Prof. Wawrzyniec Konarski z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej i Uniwersytetu Jagiellońskiego dla Rzepy: Może dojść do bardzo zabawnego sojuszu. Sojuszu PO i PiS, które czując się zagrożone w dominacji na scenie politycznej, mogą wspólnie Janusza Palikota atakować.
Zakładając, że to nie jest prosta kombinatoryka na politologicznych liczmanach, czyli że Wawrzyniec Konarski wie, co mówi, pamiętając też o ezoterycznych źródłach majątkowej oraz politycznej pozycji Biłgorajczyka, można postawić hipotezę, że Donald Tusk znalazł się w poważnych opałach. Dlaczego? Bo przestał się podobać Sowie lub przestał jej być potrzebny. A może wręcz zaczął przeszkadzać.
Żyrandola w pałacu (dobre miejsce na aparaturę audio-wideo?) pilnuje przecież bardziej spolegliwy Bronek. Skandalista Palikot rwie się niczym ulęgałka do zajęcia pozycji bardziej wyeksponowanej. A hazardzistom Schetyny też pewnie specjalnie na człowieku z Sopotu nie zależy. Właściwie swoje już zrobił, prezentując Władymirowi Władymirowiczowi tamtejsze molo… Cóż dziś komu po Donaldzie?
Zwłaszcza że o Januszu Arabskim, wszechwładnej do niedawna szarej eminencji z otoczenia premiera, nic nie słychać. Jest jeszcze w Polsce, czy idąc tropem biznesmena Krauzego wyjechał gdzieś na dwa lata wakacji? Ciekawa wydaje się również rola Sławomira Nowaka w kancelarii prezydenta: jest tam głównie dla Donalda, czy skrył się pod bezpieczniejszym płaszczem z piór?
Jeżeliby koncept prof. Konarskiego potraktować serio, to może warto zapytać, czy z Tuskiem jest aż tak źle, by się zdecydował na (choćby czysto taktyczny) sojusz z Prawem i Sprawiedliwością? A także czy prezes PiS, doceniając powagę zagrożenia ze strony, której medialną maską (obok „Niemca”) stał się biłgorajski skandalista, byłby zdolny do jakiegokolwiek współdziałania z Donaldem T. Wciąż jednak jakoś trudno to sobie wyobrazić.
Warto pamiętać, że konkurencja polityczna kpiła sobie z sobotniego „iwentu” Biłgorajczyka w PKiN-ie. Ludowiec Żelichowski, który zęby zjadł na byciu w polityce, oświadczył z niemałą dozą słuszności, że Palikot po prostu kupił sobie publiczność. Kalisz, Środa, Gretkowska i Taras, jako tzw. paneliści, bynajmniej nie zapewnili skandaliście politycznej wartości dodanej. Ale chyba najbardziej dotkliwy cios zadał mu deklarujący ideową przyjaźń Andrzej Celiński.
Gdyby jednak kiepska impreza w sali kongresowej była zagrywką całkowicie prywatną, to pogrążyłaby swego sponsora nieodwołalnie, tymczasem on znów kontratakuje. I twierdzi, że nagła pokazówka z dopalaczami miała tylko przykryć medialnie kongres Nowoczesnej Polski. Kto widział to kiczowate wkroczenie na salę przy dźwiękach poematu symfonicznego „Tako rzecze Zaratustra” Richarda Straussa, kto słyszał mocno obciachowe (a politycznie naiwne) przemowy ze sceny, ten przyzna, że Tusk – zaprzątając uwagę mediów czymś zupełnie innym – po raz kolejny wyświadczył Palikotowi przysługę. Pytanie, czy zrobił to mimo woli, czy może i ta medialna ustawka ma jednak drugie dno.
Bez względu na to, jak było naprawdę, Donald Tusk z pewnością zaczyna mieć poważne kłopoty. Bo Palikot-sojusznik jest zbyt kompromitujący, Palikot-harcownik zbyt nieobliczalny, a Palikot-przeciwnik polityczny po prostu groźny. Nie sam przez się. Ale za sprawą sił, które wystawiają go jako frontmana w grach ulicznych, światopoglądowych i (nie)parlamentarnych.
http://www.rp.pl/artykul/545024.html
http://niezalezna.pl/article/show/id/39503


Komentarze
Pokaż komentarze