Kilka dni temu w komunikacie PAP o posiedzeniu Komisji Krajowej NSZZ Solidarność pojawiła się m.in. zastanawiająca informacja.
Komisja Krajowa zajęła się też złą kondycją „Tygodnika Solidarność”,który sprzedaje się obecnie w niespełna 10 tys. egzemplarzy. Delegaci przyjęli uchwałę o dofinansowaniu związkowego czasopisma kwotą 340 tys. zł. w przyszłym roku. Forma dofinansowania ma zostać określona później.
To prawda, że ostatnie dziesięciolecie nie było dobre ani dla Solidarności, ani dla jej sztandarowego tygodnika, kiedyś przez licznych czytelników poufale nazywanego „Tysolem”. Wydawany wtedy w dużym formacie i znacznie większym nakładzie związkowy periodyk był czytywany nie tylko przez związkowców. Cytowany, komentowany, obecny w mediach elektronicznych, „TS” uczestniczył w obywatelskiej debacie o stanie Rzeczypospolitej, a jego głos, bardzo często krytyczny, wyrażał odczucia sporej części ludzi pracy najemnej. Zwłaszcza tych patriotycznie usposobionych, dla których Bóg, Honor, Ojczyzna to od zawsze wartości pierwszorzędne, niepowątpiewalne i ważne dla życia narodu.
Końcówka kadencji Krzaklewskiego i dwie kadencje Śniadka to okres, w którym Solidarność niemal całkowicie zniknęła z agendy medialnej. Nic dziwnego. Kasy Chorych, oprócz IPN jedyny sensowny pomysł ekipy Buzka, zostały zniszczone zaraz po powrocie do władzy komunistycznej ekipy pod wodzą Millera. Reforma administracyjna, z niebezpiecznym dla unitarnej koncepcji państwa województwem opolskim, została z uznaniem powitana chyba tylko na drugim brzegu Odry. Dająca się od początku przewidzieć, dziś raczej oczywista klapa OFE, wkrótce ujawni w pełni swoje drastyczne skutki. O społecznych kosztach ideologicznej (często złodziejskiej) prywatyzacji, nawet nie warto wspominać. Że to „zasługi” niemałe dowodzi choćby dzisiejsza funkcja ekspremiera rządu koalicji AWS-UW w Brukseli. A o pełnym internacjonalistycznym zdyscyplinowaniu Jerzego Buzka świadczy nie tyle nawet jego nieobecność na publicznym wysłuchaniu rodzin smoleńskich w PE, ale głównie fakt niewydelegowania na nie żadnego z czternastu (sic!) swoich zastępców.
Polityczna klęska AWS, negatywne, antypracownicze skutki rządów Buzka, wreszcie brak sukcesów związku w ostatnich ośmiu latach tłumaczą, dlaczego rządzącym tak łatwo udało się zohydzić wizerunek „S” wśród ludzi pracy, a informacje o jej działaniach sprowadzić do migawek o „zadymiarzach” lub „demonstrantach palących opony”. Tym bardziej może dziwić, że kierownictwo związku przez ponad dwie kadencje nie umiało czy nie chciało wykorzystać własnego, niezależnego medium, godząc się na jego postępujące znikanie z przestrzeni medialnej.
Wiadomość, że popularny kiedyś Tysol „sprzedaje się obecnie w niespełna 10 tys. egzemplarzy”, może szokować. Przede wszystkim, niespotykaną dziś, chyba zbyt daleko posuniętą szczerością. W czasach, gdy niemal wszystko bywa tajemnicą biznesową, KK „S” bez skrępowania i do spodu ujawniła kiepski stan swego flagowego czasopisma. Owszem, zmiana polityki informacyjnej związku, przywrócenie tygodnikowi autonomii i zwiększenie jego wewnętrznej dynamiki po dłuższym okresie stagnacji wyszłoby z pewnością i pismu, i związkowi na korzyść. Ale do tego trzeba się zabrać na poważnie. I całkiem inaczej.
Za kadencji Śniadka tzw. problematyka drażliwa (w tym informacje budżetowe, biznesowe, sygnały o sporach w kierownictwie „S”) właściwie nie wydostawała się na zewnątrz. A jeżeli już coś ujrzało światło dzienne, to przecież nie w komunikacie PAP, ani nawet nie na łamach „Tygodnika Solidarność”, lecz w „Gazecie Wyborczej”, bo tak się jakoś składało, że do związkowych tajemnic najlepsze dotarcie miał nieoceniony redaktor-analityk Rafał Kalukin.
Tym razem jest inaczej. Pojawiły się też rozbieżne interpretacje tego stanu rzeczy. Niektórzy publiczne ujawnienie złej kondycji „TS” uznali za rodzaj samokrytyki, gdyż wrażliwe biznesowo informacje przedstawił w obecności dziennikarza PAP członek poprzednich władz „S”, który osobiście przez dwie kadencje – jako prezes rady nadzorczej spółki-wydawcy – sprawował pieczę na związkowym tygodnikiem.
Część obserwatorów uważa jednak, że ten niekorzystny dla pisma gest mógł być przejawem wrogości baronów z otoczenia Janusza Śniadka wobec nowego kierownictwa Solidarności. Wygląda więc na to, że po wstępnym zaskoczeniu, jakim dla dotychczasowych liderów związku, było zwycięstwo Piotra Dudy, zaczynają się dąsy i obstrukcje, demonstrowanie niezadowolenia, próby zawracania Wisły kijem. Tym bardziej, że w Gdańsku przywykło się myśleć, że kierowanie Solidarnością należy się tutejszym, wspomaganym przez spółdzielnię tzw. małych regionów, jak psu buda.
Ludzi z otoczenia Śniadka mogła ośmielić też pewna delikatność zwycięzcy, który na pierwszym posiedzeniu KK w nowym składzie wyłagodził sformułowania z czasów kampanii wyborczej i okroił, a przynajmniej odłożył na później część zapowiadanych zmian. To nie był chyba dobry pomysł, bo wyniki październikowego zjazdu dowiodły, że ludzie oczekują istotnych zmian w „S”. I dlatego postawili na Dudę.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)