Rozciągnięta w czasie i nieco zawoalowana polemika na linii Tusk–Komorowski o kształt raportu MAK, jest jednocześnie przejawem zmagań możnych sąsiadów Polski o sfery wpływów w naszym kraju. Szkoda, że praktycznie nie uczestniczą w tych zmaganiach Polacy, a Prawo i Sprawiedliwość – jedyne większe parlamentarne stronnictwo deklarujące obronę narodowych interesów – pozbawia się, trochę na własne życzenie, resztek dotychczasowych politycznych wpływów.
Przypomnijmy fakty: projekt raportu MAK liczy 240 stron, uwagi strony polskiej – aż 150. Premier Tusk przed świętami obecną wersję raportu uznał za niemożliwą do przyjęcia. Natomiast prezydent Komorowski w noworocznym orędziu okazał się spolegliwym rzecznikiem dezinformacyjnej propagandy rosyjskiej. Co to oznacza? Wróćmy na chwilę do przeszłości.
Polityczne dowcipy rysunkowe zamieszczane w „Gazecie Polskiej” oraz satyrycznym dodatku do tego pisma są na ogół dość miernej jakości, często budzą wręcz zażenowanie. Pisał o tym kiedyś nawet współpracujący z GP Krzysztof Wyszkowski. Znany komentator potwierdził w ten sposób niezależność myślenia i odwagę cywilną, dowiódł przy okazji swego dobrego gustu, ale niewiele wskórał. Rysunkowa satyra polityczna bynajmniej nie zniknęła, choć częściowo przeniosła się do internetu. Znakomita większość tej produkcji mogłaby konkurować z dawnym sowieckim „Krododiłem”. Ale perełki mimo wszystko się zdarzają. Dlatego warto przypomnieć dzisiaj tę, która stanowi rodzaj lapidarnej diagnozy geopolitycznej, i to diagnozy od wielu lat najcelniejszej.
Niemiecka kanclerz Merkel trzyma przy obfitej piersi wesołego piłkarzyka Donka. U boku pułkownika Putina w pokornej pozie przypadł gajowy Bronek. A kanclerz Aniela odzywa się do premiero-prezydento-pułkownika w te słowa: Wasz prezydent, nasz premier!
Ten zjadliwy opis sytuacji RP, po dwóch dekadach geopolitycznej pieriedyszki w Europie Środkowowschodniej, trafnie charakteryzuje katastrofalną zapaść polskiej polityki zagranicznej, do której walnie przyczyniły się przede wszystkim polityczne tuzy UD i UW, w rodzaju Krzysztofa Skubiszewskiego, „drogiego” Bronisława Geremka oraz Władysława Bartoszewskiego. Jednak niemałe zasługi położyli również nominalnie wolni strzelcy w rodzaju Andrzeja Olechowskiego czy Stefana Mellera. Choć nie wolno zapominać o szefach polskiej dyplomacji wywodzących się z SLD: Włodzimierzu Cimoszewiczu, Dariuszu Rosatim i Adamie Danielu Rotfeldzie.
Cała nasza korzyść z polityki kadrowej w MSZ jest taka, że raz nawet sam New York Times, Wall Street Journal czy inny Washington Post pochwalił Polaków, że wzięli sobie Żyda na ministra spraw zagranicznych. Z kolei fachowiec od tajności Antoni Macierewicz, wskazując na daleko posuniętą konsekwencję w obsadzaniu szefów resortu spraw zagranicznych, mówiąc o osobach ministrów RP po roku 1989 nie akcentował bynajmniej pierwiastka plemiennego, lecz raczej trwałą przynależność kolejnych kandydatów do Firmy, by użyć współczesnego, popkulturowego eufemizmu.
Wróćmy jednak do politycznej satyry z „Gazety Polskiej”. Opublikowana tam niedawno saga rodzinna Rojerów-Deptułów-Dziadziów-Dembowskich-Komorowskich pozwala lepiej zrozumieć rzeczywiste motywy nagłej decyzji Donalda Tuska sprzed roku. Premier zaskoczył nas wtedy wieścią o rezygnacji z kandydowania w wyborach prezydenckich. Sam też chyba został zaskoczony, bo przyboczni nie zdążyli mu nawet przygotować wiarygodnego uzasadnienia tak gwałtownej zmiany zamiarów.
Ani lekceważąca fraza o pałacowych żyrandolach, ani zapowiedź wdrożenia finansowych reform w państwie, jakich z pozycji premiera miałby koniecznie dopilnować, nie przydały Tuskowi powagi. Wręcz przeciwnie, opinia publiczna raczej podśmiechiwała się z kandydata, który dopiero po pięciu latach przymiarek do prezydentury zorientował się, że to przecież nic atrakcyjnego. Co innego, jeśli założyć, że decyzja Tuska została wymuszona. Warto przecież pamiętać, że Sowa gwałtownie wtedy zatrzepotała skrzydłami, a co wymowniejsi generałowie peerelowskich i popeerelowskich służb zaczęli znów udzielać się w mediach, więc człowiek z Sopotu, rad nierad, scedował prezydenturę na myśliwego z Budy Ruskiej. Było to mniej więcej dwa miesiące przez smoleńską katastrofą.
O kandydacie Komorowskim już wcześniej było wiadomo, że sprzeciwiał się rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych, że pod sfingowanym pretekstem kryminalnym pozbył się z resortu obrony Romualda Szeremietiewa, że był żywotnie zainteresowany aneksem do raportu z likwidacji WSI. Ciemne smugi tego portretu równoważyła jednak złota legenda opozycjonisty z lat 80.: wykładowcy historii w niższym seminarium duchownym i osoby zdecydowanie niechętnej układom „okrągłego stołu”. Wieść o pracy magisterskiej, dzięki pomocy teścia napisanej w 11 dni, dodawała wręcz mołojeckiej sławy. Przynajmniej dopóki nie wyszło na jaw długoletnie zakorzenienie rodziców Anny Komorowskiej w resorcie bezpieczeństwa PRL.
Gdyby taka informacja przedostała się do opinii publicznej w trakcie kampanii prezydenckiej, to zwycięstwo kandydata PO byłoby chyba problematyczne. Wprawdzie po internecie krążyły nieprzychylne Komorowskiemu wywody genealogiczne, kwestionujące nie tylko prawomocność używanego tytułu hrabiowskiego, ale wręcz podważające związki krwi między nim a rodziną Komorowskich, ale za bardzo przypominały one opowieści z magla.
Co innego opowieść o przodkach prezydentowej przedstawiona niedawno przez Dorotę Kanię w „Gazecie Polskiej”. Tutaj wymowa resortowej dokumentacji ma ciężar gatunkowy. To nic, że jest raczej lakoniczna, a często nieporadna intelektualnie czy językowo, ale stoi za nią przerażająca powaga faktów i upiorna groza Urzędu Bezpieczeństwa. Dlaczego GP udało się „dotrzeć” do tych materiałów dopiero teraz? Przecież oboje państwo Dembowscy widnieją jako pracownicy resortu (akta osobowe) w upublicznionym już kilka lat temu katalogu IPN. Czyli na tzw. liście Wildsteina.
Czy polscy wyborcy równie chętnie głosowaliby na zięcia Dembowskich z resortu MBP, jak na hrabiego K. znanego z opozycji oraz życia w błękicie? Czy inny lokator Pałacu Prezydenckiego walczyłby z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu lub rugał w kościele kaznodzieję za nauki moralne? Czy przenosiłby swą siedzibę do Belwederu, skąd do ambasady Federacji Rosyjskiej jest już naprawdę tylko krok?
Nie znamy odpowiedzi na te pytania, ale z dużą dozą pewności możemy założyć, że podział polskiego tortu byłby jednak trochę inny. Może i dla Polaków znalazłaby się tam jakaś porcja.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)