Może zastanawiać, dlaczego media z taką łapczywością zajmują się każdym głupstwem wychodzącym z ust Pawła Grasia. No, wprawdzie nominalnie jest on rzecznikiem rządu Donalda Tuska, ale przecież wielokrotnie okazywało się już, że jego skrzydlate słowa wylatują wołem, a wracają cielęciem, więc chyba nie warto przywiązywać do nich aż takiej wagi.
Było tego sporo, łącznie z szeroko komentowaną „zdradą stanu”, którą parę miesięcy temu mieli – według Grasia – popełnić Anna Fotyga i Antoni Macierewicz, zwracając się o pomoc w sprawie smoleńskiego śledztwa do gremiów międzynarodowych, a którą to „zdradę” całkiem niedawno publicznie powtórzył za nimi urzędujący minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski, grożąc palcem samej generał Anodinie.
Gaf, niezręczności, przejęzyczeń i zatajeń ma Graś na swym koncie wystarczająco dużo, aby pytanie o zainteresowanie mediów jego paplaniem warto było już odwrócić: dlaczego mediów nie dziwi fakt, że tak zwykle czuły na politykę wizerunkową Tusk, którego przecież kompromitacje rzecznika rządu powinny niemile dotykać, nie wyciąga wobec swego ministra od gadania żadnych konsekwencji.
Dajmy zresztą spokój mediom głównego nurtu, które w Polsce wcale nie pełnią wobec władzy funkcji kontrolnej, więc należałoby je – z tego punktu widzenia – nazwać mediami niepoważnymi czy wręcz służalczymi. Ciekawe, że ci sami dobrowolni chwalcy aktualnego stanu establishmentu w Polsce, zaatakowali gwałtownie nową węgierską ustawę medialną, która próbuje wprowadzić jako zasadę to, co oni od zawsze robili i robią niejako zwyczajowo, na zasadzie: ja wiem, a pan to rozumiesz!
Oczywiście, między naszymi krajami jest różnica i to spora, bo rząd Viktora Orbana działa na rzecz ściśle patriotycznie definiowanego interesu państwa i narodu węgierskiego, podczas gdy interes narodowy Polaków byłby ostatnią rzeczą, jaką zaprzątaliby uwagę własną oraz swojej publiki nasi zaprzyjaźnieni z establishmentem mainstreamowcy medialni.
Wracając do Grasia… Być może, na obecnym etapie pytanie tytułowe jest już nieaktualne, bo nie wiadomo dziś, kto kogo bardziej trzyma. Być może to Paweł Graś – jako były: wiceprzewodniczący Komisji Nadzwyczajnej ds. projektów ustaw o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego i Służbie Wywiadu Wojskowego (oraz likwidacji WSI), przewodniczący parlamentarnej Komisji ds. Służb Specjalnych, wreszcie pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa i koordynator służb specjalnych – ma większy wpływ na realną pozycję polityczną Tuska niż premier na umocowanie rzecznika przy swoim rządzie.
Tym bardziej, że Donald Tusk coraz bardziej zaczyna przypominać sarnę dryfująca na niebezpiecznej krze. Jeśli w meczu ekstraklasy o Puchar Wisły szala zwycięstwa przechyla się na korzyść Dynamo Moskwa, podczas gdy Dynamo Berlin w oczach słabnie, to trampkarze z Zoppot (Sopot, Copot po kaszubsku oznacza błoto), popadają w coraz większe kłopoty. W tej sytuacji Paweł Graś, jako były szef polsko-niemieckiej firmy informatycznej Pro-Holding, może stanowić wsparcie ważne i nie do pogardzenia. Zwłaszcza że raport MAK, czyli ewentualne starcie z Anodiną tuż, tuż. Lokator Belwederu również przejawia coraz większe oznaki może nie tyle samodzielności, co uniezależnienia się od Donalda Tuska: wygłasza zdania odrębne, posługuje się Trybunałem Konstytucyjnym, straszy inicjatywami ustawodawczymi… A całkiem ostatnio spuścił znów z uwięzi swoją biłgorajską wunderwaffe, wzmocnioną skandalistą Piotrem T.
Zapowiada się ciekawie i widowiskowo. Tylko Polski szkoda.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)