Ludność Tuskanii i jedyna znacząca partia opozycyjna zlekceważyły sobie ostatnie wybory parlamentarne. Połowa wyborców tuskańskiej prowincji głosować w ogóle nie poszła, a opozycjoniści lekkomyślnie zrezygnowali z przeprowadzenia niezależnego liczenia głosów. Fakt, że właśnie taki zabieg umożliwił Polakom jedyne od 1945 roku, relatywne wprawdzie, ale zawsze jednak zwycięstwo w wyborach kontraktowych z 4 czerwca 1989, z Garym Cooperem w tle, zlekceważono.
Dlaczego? W bliskim otoczeniu lidera opozycji już na dobry miesiąc przed datą wyborów pojawiły się opinie, że w obliczu nadciągającego kryzysu Prawu i Sprawiedliwości „nie opłaca się” tych zmagań wygrać. Cóż, PiS-owi może nawet się to nie opłacało, ale dla Rzeczypospolitej wyrwanie władzy z rąk dotychczasowego zarządcy Tuskanii stanowiło o szansach na przetrwanie państwowości, a więc urastało do rangi racji stanu.
Rezygnacja z alternatywnego liczenia głosów spowodowała, że w społeczeństwie chlubiącym się wysokim odsetkiem wykształcenia (pozornie) wyższego, aż 700 tys. głosów z ponad 15 milionów oddanych okazało się nieważnych. Co oznacza, że około 5 proc. uczestników wyborów, w znacznej mierze tzw. młodych z wielkich miast, wykształconych za czesne w szkołach pozakładanych przez funkcjonariuszy resortów siłowych z czasów PRL, nie radzi sobie z instrukcją, jak oddać głos formalnie poprawny. Bo o sensownym merytorycznie wyborze konkretnych kandydatów, przy uwzględnieniu manipulacyjnej sprawności mediów, nie ma już co wspominać.
Inna, oszołomska możliwość interpretacyjna głosi, że znaczącą część głosów nieważnych „zdyskwalifikowano” już po wrzuceniu do urn. Ale jeśli nawet tak właśnie by było, to wracamy do kwestii dwóch fatalnych zaniechań: braku równoległego liczenia głosów (czyli niezależnego zsumowania wyników z poszczególnych komisji wyborczych) oraz zignorowania wyborów przez co drugiego z uprawnionych do udziału.
Skutki umocnienia się obecnej ekipy zarządzającej u władzy były niemal natychmiastowe. Bezczelne, z udziałem sprowadzonych z Niemiec najemników, zakłócenie przebiegu obchodów Święta Niepodległości i narażenie tysięcy uczestników legalnej, radosnej manifestacji na terroryzm rozwydrzonych lewaków oraz policji, w znacznej mierze po cywilnemu. Prawdziwe obrazy brutalnych prowokacji, w tym także policyjnych, łącznie z efektownym podpaleniem samochodów zaprzyjaźnionej z władzą telewizji, poznaliśmy tylko dzięki drugiemu obiegowi informacyjnemu. Być może, za sprawą niezależnych mediów on-line, czyli dzięki aktywności blogerów oraz reporterów spoza mainstreamu dziennikarskiego nie uda się utrzymać w mocy prowokacyjnego wyroku na jednego z uczestników manifestacji za naruszenie nietykalności buta policyjnego tajniaka na służbie za pomocą głowy i osłanianego rękoma ciała. Może, ale pewności wciąż brak.
Rozzuchwalony bezkarnością zarządca Tuskanii manewr z uczeniem Polaków moresu wobec neototalitarnej władzy (chodzi oczywiście o subtelny totalitaryzm w wersji soft) powtórzył w 30. rocznicę Nocy Wielkiej Zdrady, zamykając przed uczestnikami protestu ulicę Ikara, przy której w ukradzionej prawowitym właścicielom willi rezyduje od lat dyktator stanu wojennego Jaruzelski, osłaniany przez obecne władze polityczne oraz kapłanów świątyni Antypisa z Czerskiej.
Takie gierki z poczciwymi manifestantami to jednak drobiazg wobec niekonsultowanej ani z parlamentem, ani z ośrodkiem prezydenckim decyzji o przeznaczeniu około 10 miliardów euro, na ratowanie polityczno-walutowego planu niemieckiej dominacji w Europie. Spontaniczny akces Tuska (i Sikorskiego) będzie kosztować Polskę, licząc według obecnego kursu, około 45 miliardów złotych, przy budżecie państwa na rok 2012 rzędu około 300 miliardów złotych. Tyle pan Wilcze Oczy jest gotów wydrzeć Polakom z kieszeni za obietnicę listu żelaznego i ciepłe miejscu u boku pani Anieli, gdy odsunięty na parę miesięcy kryzys gruchnie z całą mocą, a do tłumienia zamieszek trzeba będzie skorzystać z postanowień traktatu lizbońskiego, który w jednym z przypisów zezwala na użycie ostrej amunicji przez siły pacyfikujące demonstrantów w państwach UE.
Tak szczodrobliwy gest wsparcia niemieckich planów przez władcę Tuskanii, który za Polską nigdy nie przepadał, odczują już wszyscy jej mieszkańcy. I ci, którzy październikowe wybory zlekceważyli. Ci, którzy nie stanęli na głowie, aby władzę z rąk nieodpowiedzialnej ekipy PO przejąć. I nawet ci, którzy na eleganckie towarzystwo w rodzaju Janusza Arabskiego, Sławomira Nowaka, Tomasza Siemoniaka, Jacka Cichockiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Vincenta Rostowskiego i Donalda Tuska głosowali.
Na ile jedynowładca prowincji tuskańskiej może sobie (wedle własnego rozeznania) wobec rządzonych pozwolić, zobaczymy dziś wieczorem na Placu Trzech Krzyży. Oby ta tradycyjna nazwa, w trzydzieści lat po grudniowej rozprawie Jaruzelskiego z Polakami, nie zyskała nowych okrutnych znaczeń.


Komentarze
Pokaż komentarze