Zaraz następnego dnia po zdarzeniu w Poznaniu prokurator Mikołaj P. powiedział, że chciał się zabić, ale zadrżała mu ręka, więc chybił. Przyznał również, że był zainteresowany lotem pocisku po wystrzale, toteż w obawie przed rykoszetem otworzył okno i odpowiednio się przy oknie ustawił.
Mniejsza już o brak uzasadnienia dla takiej drobiazgowości w przypadku osoby, która naprawdę zamierza się pozbawić życia, tym bardziej gdy jest w pomieszczeniu sama, więc ewentualny rykoszet zagraża najwyżej martwemu ciału desperata. Strzał w podniebienie bywa przecież definitywnie skuteczny.
Skoro jednak prokuratorowi P. zależało na tym, by pocisk po samobójczym strzale wyleciał na zewnątrz, to – podejmując realną próbę zamachu na swe życie – musiałby stanąć tyłem do otwartego okna. Jeśli w takiej pozycji drgnęłaby mu ręka i strzał, skręcając w bok, przeszyłby policzek, to pocisk nie trafiłby w światło okna, lecz przeciwnie utkwiłby w ścianie, ewentualnie dokonał owego tak niechcianego rykoszetu.
Ale pocisku w pomieszczeniu nie ma. Co oznacza, że jeśli w ogóle był, to mimo nieplanowanej zmiany kierunku lotu wyleciał przez okno. W takim razie, jeśli pocisku, który – według relacji – przeszył mięśnie policzka Mikołaja P., nie ma w pomieszczeniu, to znaczy, że desperat w mundurze ustawił się do okna bokiem, więc nie myślał bynajmniej o zadaniu sobie śmierci, lecz o bezpiecznym, jak najmniej inwazyjnym wykonaniu zaplanowanego scenariusza.
Upadek i położenie ciała (na zdjęciach w prasie oraz filmikach, które pojawiły się na portalach internetowych) potwierdzają zresztą taki właśnie przebieg incydentu poznańskiego. Wychodzi na to, że prokurator P. za dużo we wtorek powiedział, a scenariusz i dialogi wydarzenia zostały przygotowane niezbyt starannie. Casting zresztą pozostawia również wiele do życzenia. Tajemniczy bohater z poniedziałkowej sensacji medialnej bardziej kojarzy się z komediową produkcją w rodzaju „C.K. Dezerterzy” niż patriotycznym obrazem wojennym typu „Szeregowiec Ryan”.


Komentarze
Pokaż komentarze (23)