Po upływie ponad doby od zamknięcia lokali, PKW (Przedpotopowej Komisji Wyborczej) udało się wreszcie policzyć głosy oddane w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie mam pojęcia jak to możliwe, że przy tak niskiej frekwencji liczenie trwało dłużej niż w przypadku wyborów do Sejmu i Senatu, w których głosowało ponad 2 razy więcej obywateli. Nie rozumiem też czemu ostatnie 3% głosów liczono przez blisko 11 i pół godziny, choć z poprzednimi 97% uporano się w 13 godzin, a więc w niewiele więcej. Dziwi mnie wreszcie liczba unieważnionych głosów, których było blisko 100 tysięcy więcej niż 5 lat temu, mimo nieco niższej frekwencji. Być może wynika to z faktu, że społeczeństwo głupieje i zdolność prawidłowego wypełnienia kartki wyborczej zanika w naszym narodzie, być może przyczyną jest rosnąca liczba wyborców, którzy chcą zamanifestować swój sprzeciw wobec wszystkich partii i kandydatów, oddając głos nieważny, ale biorąc pod uwagę cud nad urną, jaki wydarzył się w Choszcznie, sprawia to nieprzyjemne wrażenie. Tak czy inaczej to sprawa drugorzędna (choć wymagająca oczywiście wyjaśnienia) i nie ma sensu rozwodzić się nad tym dłużej. Przejdźmy więc do omówienia tego co wynika z wyników.
Po pierwsze, trzeba sobie jasno powiedzieć, że największym przegranym wyborów jest mit o karnym, zmobilizowanym elektoracie PiS i o niskiej frekwencji, która sprzyja tej partii. Frekwencja w wyborach do PE była żałosna, bodaj najniższa w historii wszystkich wyborów do czegokolwiek, które odbyły się w III RP. Mimo to PiS nie wygrał, lecz jedynie zremisował z Platformą. Mało tego, już w przedwyborczych sondażach "europejskich" partia prezesa Kaczyńskiego wypadała gorzej niż w sondażach "krajowych". W poprzednich wyborach do PE jej wyniki również były bardzo słabe, gorsze niż w wyborach do Sejmu i Senatu, gdzie frekwencja jest znacznie wyższa, za to PO radziła sobie w nich lepiej niż podczas jakiejkolwiek innej elekcji. Wynika to z faktu, że wielu wyborców niechętnych Unii Europejskiej bojkotuje te wybory, zaś elektorat najbardziej prounijny jest w nich nadreprezentowany, co w oczywisty sposób osłabia PiS i wzmacnia Platformę.
Po drugie, PO będzie zapewne długo chełpić się kolejnym zwycięstwem, choć wynik wyborów nie powinien jej nastrajać optymistycznie. Przeciwnie, jak już wspomniałem, w głosowaniach "krajowych" Platforma radzi sobie gorzej niż w "europejskich", zaś PiS lepiej. Remis w wyborach do PE oznacza zatem zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych, chyba, że Putin w międzyczasie najedzie jeszcze kilka sąsiednich krajów, co pozwoli Tuskowi na dalsze kreowanie się na męża stanu (swoją drogą jest w tej roli tak rażąco sztuczny, że Kaczyński udający spoko gościa, robiącego sobie selfie z nastolatkami, wypada w porównaniu z nim całkiem naturalnie), podsycanie histerycznych nastrojów i straszenie co głupszych obywateli, że "jak PiS dojdzie do władzy, to będzie wojna z Ruskimi". Jeśli Putin tego nie zrobi, to Platforma powinna już dziś pogodzić się z zaszczytnym drugim miejscem w przyszłych, ważniejszych niż wczorajsze, wyborach. Tym bardziej, że w minionej kampanii wytoczyła swoje najcięższe działa, a i tak - mimo straszenia Polaków wojną na wschodzie i obciachem na zachodzie, mimo sympatii większości mediów, mimo wspomnianej już nadreprezentacji elektoratu prounijnego i platformerskiego w wyborach do PE - udało się jej osiągnąć tylko wymęczony remis z wątpliwym (biorąc pod uwagę wspomniany cud nad urną i problemy z liczeniem głosów) wskazaniem.
Po trzecie, PiS nie ma powodu do smutku, ale do zbytniej radości też niestety nie. Choć o zwycięstwo w wyborach do sejmików wojewódzkich, a potem do Sejmu i Senatu może być - oczywiście pod warunkiem, że nie zdarzy się żadne polityczne trzęsienie ziemi - spokojny, to jednak efekt propagandowy wynikający z tych 0,35% przewagi wzmocni na jakiś czas Platformę i być może zmniejszy skalę przyszłego zwycięstwa partii Kaczyńskiego. Z pewnością szanse na to, że PiS-owi uda się sformować w przyszłości samodzielny gabinet po raz kolejny zmalały. Ujawnił się również problem PiS-u z mobilizacją żelaznego elektoratu. Pod tym względem znacznie skuteczniejszy okazał się prawicowy plankton, z wyjątkiem Ruchu Narodowego. Tu trzeba zauważyć, że część głosów, których zabrakło partii Kaczyńskiego do zwycięstwa, dostał Ziobro. Wynik Ziobry wygląda niczym wyjęty z marzeń Tuska. Dostał 4%, a więc wystarczająco dużo, by pozbawić PiS wygranej, ale nie dość dużo, by przekroczyć próg wyborczy i uczestniczyć w podziale mandatów (co osłabiłoby Platformę, która w tej sytuacji dostałaby mandatów mniej). Na szczęście są to tylko wybory do PE. W wyborach do Sejmu taki wynik miałby gorsze konsekwencje, ale do tego czasu Solidarna Polska, która straciła swoich europosłów (a zatem ważne źródło finansowania) oraz klub parlamentarny przestanie istnieć i zostanie słusznie zapomniana. PiS powinien jednak wyciągnąć wniosek z tej sytuacji i przypominać prawicowym (czy ogólnie antyplatformerskim) wyborcom przy każdej okazji o tym wyniku. Przypominać i pokazywać do czego prowadzi głosowanie na małe partyjki, które odpadły swego czasu od PiS lub od PO i których jedynym sensem istnienia jest zaspokojenie gigantycznych ambicji ich liderów.
Po czwarte, niewątpliwy sukces odniósł KNP, choć wszystko wskazuje na to, że jest on jedynie chwilowy. Korwin chełpi się, że jest dziś czwartą siłą w Polsce, ale swego czasu nie czwartą, lecz nawet trzecią siłą był Lepper, który dysponował znacznie większym poparciem od Korwina. Podobnie zresztą jak Palikot, którego kariera polityczna dobiegła prawdopodobnie końca. 3,5%, które wczoraj dostał, to prawdziwa masakra, na którą, co trzeba przyznać, uczciwie sobie zapracował. Spoty wyborcze palikociarni, wyglądające jakby były obliczone na zniechęcenie do siebie wyborców, były jednym z najbardziej idiotycznych i żenujących w historii III RP, a trzeba przyznać, że konkurencja była spora, również w tej kampanii. Przy okazji Palikot pociągnął za sobą na dno kilku lewicowych celebrytów, z Kwaśniewskim i Kaliszem na czele. Nie będziemy po nich płakać, zwłaszcza, że wkrótce Korwin dostarczy nam sporo rozrywki.
Podsumowując, wyniki wyborów są dalekie od ideału, trudno mi je określić nawet jako dobre, ale dramatu też nie ma. Najważniejszym zadaniem jakie stoi przed opozycją jest teraz praca nad większą mobilizacją elektoratu i nad przezwyciężeniem podziałów, które nie mają żadnego ideowego uzasadnienia i które odebrały jej wczorajsze zwycięstwo i zmniejszają skalę przyszłego. Nie należy przy tym jednak wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, raczej spokojnie punktować rząd (zwłaszcza, że jest za co) i uczyć się na własnych błędach. Reszta przyjdzie sama, bo tak jak wspomniałem, bez politycznego trzęsienia ziemi, PiS jest skazany na zwycięstwo w wyborach do sejmików wojewódzkich oraz do Sejmu i Senatu. Pod znakiem zapytanie stoi jednak skala tego zwycięstwa i właśnie to powinno mobilizować opozycję do działania.
Komentarze
Pokaż komentarze (65)