Śmieszą mnie głosy mówiące, że wizyta Baracka Obamy w Polsce jest historyczna, że stanowi jakiś przełom, że przyczyni się do wzmocnienia czy to bezpieczeństwa Polski czy też naszego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W ciągu kilku dni powstały dziesiątki, jeśli nie setki, komentarzy i analiz na temat tej wizyty, padły wielkie słowa, wystąpienie Obamy w Warszawie porównywano do słynnych przemówień Churchilla, Kennedy'ego i Reagana. Najbardziej rozemocjonowani komentatorzy piszą nawet o nowym porządku w Europie i o tym, że Polska awansowała do pierwszej europejskiej czy nawet światowej ligi. Zastanawiam się jednak czy ktokolwiek z ludzi głoszących tego rodzaju tezy, zadał sobie jedno, proste pytanie: co rzeczywiście zmieniło się w sytuacji Polski po wizycie Obamy? Nic się nie zmieniło. Nasz dochód narodowy jest taki sam jak przed tą wizytą, podobnie jak nasze obroty handlowe ze Stanami Zjednoczonymi, jak nasz potencjał militarny, potencjał demograficzny, stan finansów państwa i mnóstwo innych czynników, które stanowią o pozycji kraju na arenie międzynarodowej. Rozumiem, że nasz rząd, z braku większych sukcesów może cieszyć się ze spotkania z Obamą i z prawionych przez niego komplementów, ale fakt, że amerykański prezydent, po raz pierwszy nie zignorował Polski podróżując po Europie, nie świadczy jeszcze o niesamowitym wzroście znaczenia naszego kraju. Raczej brak tej wizyty w obecnych okolicznościach (konflikt na Ukrainie, obchody ważnej, symbolicznej rocznicy) świadczyłby o czymś przeciwnym.
Jak już wspomniałem, egzaltacja związana z wizytą Obamy mnie śmieszy, ale nie dziwi. W Polsce od dawna istnieje tendencja, by o polityce zagranicznej myśleć w kategoriach "sojuszy", a sam "sojusz" rozumieć jako uwieszanie się u pańskiej klamki i skomlenie, by ktoś nam coś zagwarantował, by nas obronił, by coś nam sfinansował, by rozwiązał jakieś nasze problemy. To widać i u tych, którzy na sojuszników liczą i u tych, którzy powołując się na historyczne analogie radzą, by sojusznikom nie ufać, bo i tak nas zdradzą. Tymczasem trzeba uzmysłowić sobie, że pozycja kraju na arenie międzynarodowej zależy od jego potencjału gospodarczego, militarnego, demograficznego, kulturalnego, itd. Sojusze też oczywiście odgrywają bardzo ważną rolę, ale jest to rola wspomagająca własny potencjał, a nie zastępująca go. Niestety w Polsce wiele osób oczekuje od sojuszników czy od innych "strategicznych partnerów" nie tyle pomocy w rozwiązaniu naszych problemów, co rozwiązania ich za nas. Wygórowane oczekiwania względem mitycznego "Zachodu" czy "Europy" idą często w parze z postawą skrajnie serwilistyczną, z przekonaniem, że należy siedzieć cicho i się nie wychylać, byle tylko się nie narazić. Najbardziej rażącym przykładem takiej postawy była kampania wyborcza Platformy z ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu, sugerująca, że stawką w wyborach jest 300 miliardów euro z funduszy unijnych i że pieniądze te dostaniemy, jeśli wygra partia, która w Berlinie, Brukseli i innych zachodnich stolicach jest lepiej odbierana. Pomijając fakt, że założenie takie było błędne - Węgry, mimo złego wizerunku Fideszu i ogólnej niechęci do tej partii panującej na unijnych salonach, otrzymały stosunkowo duże dotacje - to już sam argument tego typu jest zwyczajnie niesmaczny. Trafia jednak do całkiem wielu Polaków, którzy wierzą, że najlepszą formą obrony własnego interesu jest brak jego obrony.
To czy Polska będzie dla Stanów Zjednoczonych ważnym sojusznikiem zależy od tego czy jej potencjał ulegnie wzmocnieniu, czy Polacy nauczą się ten potencjał wykorzystywać i czy będą zdeterminowani, by bronić własnych interesów. Poklepywanie po plecach w czasie kurtuazyjnych wizyt, poczucie zależności od innych krajów i strachliwe ustępowanie innym na każdym kroku, nie są metodą na osiągnięcie sukcesu.


Komentarze
Pokaż komentarze (80)