W porównaniu z bombą, jaką były taśmy Sienkiewicza, taśmy Sikorskiego nie są nawet zmokniętym kapiszonem - są raczej strzelaniem z folii z bąbelkami. Ktoś powie: "jak to? Przecież treść tych nagrań kompromituje ministra jako dyplomatę". Tak, to prawda, ale czy jego zupełnie jawne, publiczne wypowiedzi, przynoszą mu chlubę? Sikorski "wsławił" się tym, że za pośrednictwem Twittera obalił Asada i postawił go przed Trybunałem w Hadze. Potem, w Sejmie, sprzeciwił się nazwaniu wołyńskiego ludobójstwa po imieniu, by nie zaszkodzić "europejskiej perspektywie" Ukrainy, choć nie wiadomo co ma jedno z drugim wspólnego. Na końcu wynegocjował dla tejże Ukrainy wspaniały rozejm między Janukowyczem a Majdanem, uprzednio oskarżając na Twitterze Janukowycza o korupcję, zaś przywódcom Majdanu - już osobiście - grożąc, że jeśli nie zgodzą się na stawiane im niekorzystne warunki, to "będą martwi". Porozumienie już następnego dnia zostało zerwane przez obie jego strony, Moskwa znalazła dzięki niemu wygodny pretekst, by uznać nowe ukraińskie władze za "nielegalne", ale Sikorski i tak był w Polsce chwalony jako geniusz dyplomacji. Dziś jest natomiast powszechnie krytykowany. Dlaczego? Co może zmienić w ocenie jego działań ujawnione przed kilkoma dniami nagranie? Nic, zupełnie nic.
Nie widzę nic złego w tym, że Sikorski w zeszłym roku krytycznie oceniał sojusz Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Ten sojusz w tamtym czasie praktycznie nie funkcjonował, Stany Zjednoczone nie interesowały się wówczas ani Polską, ani Europą w ogóle. Polska również zaczęła przywiązywać mniejszą wagę do stosunków z Ameryką, to było widoczne w działaniach rządu i to, że szef dyplomacji w prywatnej rozmowie powiedział coś, co i tak wszyscy dostrzegali, nie jest niczym szokującym. Tym co obciąża Sikorskiego nie jest jego krytyka sojuszu z USA, ale to co proponował jako alternatywę wobec tego aliansu, czyli wycieranie kolanami posadzek w Berlinie i wiernopoddańcze dopominanie się, by Niemcy wzięły na siebie rolę lidera Unii Europejskiej - Unii przekształconej w federację, w której Polska nie byłaby już suwerennym państwem, lecz miałaby jedynie autonomię, podobną do autonomii amerykańskiego stanu. W ogóle politykę Sikorskiego wobec Niemiec i Rosji można określić jako maksimum ustępliwości w zamian za minimum korzyści, na tych nagraniach też jest wyraźne, że jedną z głównych trosk ministra jest unikanie "drażnienia" sąsiadów. Kłóci się to z jego narzekaniami na niską samoocenę i brak dumy narodowej Polaków, tak samo jak jego szumne żądanie zburzenia Pałacu Kultury i Nauki kłóci się z niemrawą reakcją (była w ogóle jakaś reakcja?) na skandaliczne działania rosyjskich dyplomatów w sprawie pomnika sowieckiego zbrodniarza, stojącego w Pieniężnie. Widać w tym miejscu zderzenie dwóch cech Sikorskiego, mianowicie tendencji do brnięcia w skrajności z jednej strony i swoiście pojmowanego "realizmu" z drugiej. Ten "realizm" - biorę go w cudzysłów, bo różni się on od realizmu właściwego - jest zresztą cechą charakterystyczną myślenia wielu Polaków o polityce międzynarodowej i o wielu innych kwestiach.
Realizm pojmowany w sposób normalny, oznacza, że dążąc do celu, który sobie wyznaczyliśmy, dobieramy środki właściwe do okoliczności. W Polsce, niestety, mało kto rozumie realizm w ten sposób, myląc to pojęcie albo ze skrajnym cynizmem, z brakiem jakichkolwiek zasad, albo z rezygnacją z wszelkich bardziej ambitnych celów, z uznaniem, że się nie da, więc nie ma sensu się wysilać. To drugie podejście jest szczególnie mocno zakorzenione w polskim myśleniu o polityce zagranicznej. Nasi "realiści", wychodząc z całkowicie słusznego założenia, że Polska jest krajem słabym, wyciągają z niego błędne wnioski. Zamiast dążyć do uczynienia jej krajem silniejszym, wolą pogodzić się z jej niską pozycją, uznać, że jej zmiana jest niemożliwa i poszukać sobie możnego protektora, pardon - sojusznika. W każdym razie kogoś, kto rozwiąże za nas nasze problemy, kto w zamian za pełen serwilizm i pełną dyspozycyjność, udzieli nam hojnej "pomocy" gospodarczej, politycznej, dyplomatycznej, militarnej. Nie chce jej udzielić? A to niedobry, zdradziecki sojusznik. Wobec tego zrezygnujemy zupełnie z obrony naszych interesów, licząc, że w ten sposób nikomu się nie narazimy i będziemy bezpieczni. Nie jesteśmy? Zatem znów trzeba żebrać o sojuszniczą "pomoc", którą też ujmuję w cudzysłów, bo nie chodzi przecież o to, by sojusznik nas wsparł, ale o to, by zrobił wszystko za nas. My i tak jesteśmy za słabi, by cokolwiek zrobić. W ten sposób błędne koło "realistycznego" myślenia się domyka.
Tymczasem są kraje, które znajdując się w sytuacji dużo trudniejszej niż Polska, potrafiły w krótkim czasie wybić się na pozycję regionalnego a nawet ponadregionalnego mocarstwa. Dość wspomnieć Koreę Południową, Turcję czy Izrael. Wszystkie te państwa są sojusznikami USA, wszystkie też otrzymują od USA potężne wsparcie, jakiego Polska nigdy nie widziała na oczy. Bez tego wsparcia ich sytuacja byłaby dużo gorsza, ale też nie osiągnęłyby one niczego, gdyby wyłącznie na amerykańskiej pomocy miały się opierać. Sukces tych krajów nie tkwi bowiem w tym, że przyjechał dobry wujek zza oceanu i dał im dolary, bo były grzeczne, ale w tym, że dokonały one olbrzymiej mobilizacji i rozbudowy własnego potencjału. Polska, niestety, nie jest do tego zdolna, ale nie z powodu jakichś obiektywnych przeszkód, lecz ze względu na mentalność żebraczą, o której pisałem jakiś czas temu i która jest u nas mocno zakorzeniona. Słuchając wystąpień polskich polityków, można na palcach jednej ręki policzyć te, w których prezentowali oni jakiekolwiek pomysły na rozwój gospodarczy inne niż "wykorzystanie środków unijnych" czy jakiekolwiek pomysły na zwiększenie bezpieczeństwa kraju inne niż "obecność w NATO i strategiczny sojusz z USA". Tymczasem środki unijne kiedyś się skończą, NATO jest organizacją coraz bardziej fikcyjną, zaś USA nieustannie błagają europejskich sojuszników, by zechcieli wziąć na siebie chociaż część odpowiedzialności za swoją obronność i przeznaczyć na wojsko przynajmniej 2% PKB. Polski te prośby również dotyczą. Jeśli chcemy być dla Stanów Zjednoczonych poważnym sojusznikiem, musimy się choć trochę postarać, przy czym nie chodzi tu o wysługiwanie się Amerykanom na egzotycznych misjach "stabilizacyjnych", ale o wzmocnienie własnego potencjału. Musimy też bardziej się cenić. To jednak wymaga innego niż dotychczasowe myślenia o polityce zagranicznej. I innego ministra.
Komentarze
Pokaż komentarze