Spośród wszystkich komercyjnych stacji telewizyjnych niewątpliwie najciekawszym repertuarem filmów dysponuje TVN Siedem. Dzieła, które mamy okazje oglądać, rozbudzają w nas niezdrowe refleksje.
Przed chwilą skończyłem oglądać amerykański dramat pt. "Najlepsi z najlepszych". Ten film, wyemitowany przez TVN7, osadzony jest w środowisku amerykańskich sportowców uprawiających wschodnie sztuki walki. Jest to smutna, mroczna, a zarazem optymistyczna opowieść o wewnętrznej walce, o przezwyciężaniu własnych słabości i o pojednaniu. Amerykanie, zlepek indywidualistów nie mających pojęcia o duchowości kryjącej się za uprawianym przez nich sportem, mają walczyć z Koreańczykami, z tą duchowością zrośniętymi. Skazani na pożarcie w całości, podejmują nierówny bój. W imię zasad, dla amerykańskiej flagi, dla setek prostych obywateli przesiadujących w zadymionych barach, dla chorego synka.
Walka jest ciężka i z góry skazana na niepowodzenie. Padają nasi bohaterowie jak muchy w mroźny dzień, a my oglądamy istne Termopile, Wiznę, Verdun i Fontenoy w jednym. Podnoszenie się z kolan, gładkie porażki i porażki "o mały włos". Gwiazda amerykańskiej ekipy, Tommy Lee, którego brat 15 lat wcześniej poległ w pojedynku z obecnym przeciwnikiem Tommy'ego, pokonuje swoje Nemezis, lecz w ostatniej chwili powstrzymuje się przed dobiciem go. Amerykanie przegrywają jednym punktem... I oto w najsmutniejszej dla sportowca chwili - gdy ogląda triumf swojego przeciwnika - pojawia się promyk światła, który zupełnie odmienia nasze postrzeganie. Oberszwarccharakter koreańskiej ekipy, jednooki Khan, podchodzi do swojego niedawnego przeciwnika i, z trudem cedząc słowa, dziękuje za darowanie życia i przeprasza za incydent sprzed lat, gdy zginął z rąk (i nóg) Khana brat Amerykanina. Potem zdejmuje złoty medal i wiesza go na szyi Tommy'ego Lee. Widząc to, pozostali Koreańczycy podchodzą do swoich oponentów i kopiują dobroduszny gest poobijanego jednookiego Khana. Po bitwie są tylko przegrani, chciałoby się powiedzieć, ale ten film uczy nas, że po bitwie mogą być tylko zwycięzcy. Magia kina.
Ta wymowna scena przypomina mi legendarny artykuł Włodzimierza Cimoszewicza i Adama Michnika z GW z 1995 r., właśnie, "O prawdę i pojednanie". Dwaj ludzie, wywodzący się z przeciwstawnych tradycji, zasypali leżącą pomiędzy nimi przepaść i postanowili wspólnie rozpocząć marsz ku przyszłości. Drogą pojednania i wspólnej kontemplacji przeszłości, która - choć ciężka - nie daje się jednoznacznie ocenić. Wiele ich w tym względzie dzieliło i wiele nadal dzieli. Inaczej oceniają te same wydarzenia, ale przecież te interpretacje są częścią tego samego polskiego dziedzictwa i nie wolno nam ich się wypierać, ani wykluczać z kolektywnej świadomości. Różnymi ścieżkami kroczyli Polacy w mijającym półwieczu, ale - tak, jak "wszystkie drogi prowadzą do Rzymu" - tak wszystkie one doprowadziły do wolnej, demokratycznej Polski, zbudowanej wspólnym nakładem sił, skupiwszy się najpierw przy Okrągłym Stole, gdzie w ogniu negocjacji wykuto zasadę porozumienia. Zasadę, dodajmy, której nie udało się w pełni wcielić w życie, przez co ucierpiały polskie reformy.
Autorzy zdecydowali się przemówić w trudnym dla Polski okresie, gdy wciąż nie było wiadome, czyja i jaka będzie ona. Nigdy wcześniej i nigdy później wybór przyszłości nad przeszłość nie był tak potrzebny, jak wtedy. Żadna inna kampania wyborcza nie wymagała od mężów zaufania z róznych stron barykad apelu, który mógłby rozpocząć refleksję i, w konsekwencji, moralną odnowę życia publicznego. Wszystko dlatego, bo demokracja jest niekompatybilna z długo utrzymującą się polaryzacją sceny politycznej i właśnie jedność jest najbardziej potrzebna, ażeby kraj mógł być wiarygodny dla zagranicznych partnerów. Ogromna szkoda, że w ostatnich latach kultura dialogu i współpracy zaczęła zanikać tak, jak lody Arktyki. Nie wiem, czy autorzy artykułu widzieli film "Najlepsi z najlepszych", ale jestem głęboko przekonany, że jego humanistyczne i na wskroś chrześcijańskie przesłanie będzie oczywistością dla każdego widza.
Przed chwilą skończyłem oglądać amerykański dramat pt. "Najlepsi z najlepszych". Ten film, wyemitowany przez TVN7, osadzony jest w środowisku amerykańskich sportowców uprawiających wschodnie sztuki walki. Jest to smutna, mroczna, a zarazem optymistyczna opowieść o wewnętrznej walce, o przezwyciężaniu własnych słabości i o pojednaniu. Amerykanie, zlepek indywidualistów nie mających pojęcia o duchowości kryjącej się za uprawianym przez nich sportem, mają walczyć z Koreańczykami, z tą duchowością zrośniętymi. Skazani na pożarcie w całości, podejmują nierówny bój. W imię zasad, dla amerykańskiej flagi, dla setek prostych obywateli przesiadujących w zadymionych barach, dla chorego synka.
Walka jest ciężka i z góry skazana na niepowodzenie. Padają nasi bohaterowie jak muchy w mroźny dzień, a my oglądamy istne Termopile, Wiznę, Verdun i Fontenoy w jednym. Podnoszenie się z kolan, gładkie porażki i porażki "o mały włos". Gwiazda amerykańskiej ekipy, Tommy Lee, którego brat 15 lat wcześniej poległ w pojedynku z obecnym przeciwnikiem Tommy'ego, pokonuje swoje Nemezis, lecz w ostatniej chwili powstrzymuje się przed dobiciem go. Amerykanie przegrywają jednym punktem... I oto w najsmutniejszej dla sportowca chwili - gdy ogląda triumf swojego przeciwnika - pojawia się promyk światła, który zupełnie odmienia nasze postrzeganie. Oberszwarccharakter koreańskiej ekipy, jednooki Khan, podchodzi do swojego niedawnego przeciwnika i, z trudem cedząc słowa, dziękuje za darowanie życia i przeprasza za incydent sprzed lat, gdy zginął z rąk (i nóg) Khana brat Amerykanina. Potem zdejmuje złoty medal i wiesza go na szyi Tommy'ego Lee. Widząc to, pozostali Koreańczycy podchodzą do swoich oponentów i kopiują dobroduszny gest poobijanego jednookiego Khana. Po bitwie są tylko przegrani, chciałoby się powiedzieć, ale ten film uczy nas, że po bitwie mogą być tylko zwycięzcy. Magia kina.
Ta wymowna scena przypomina mi legendarny artykuł Włodzimierza Cimoszewicza i Adama Michnika z GW z 1995 r., właśnie, "O prawdę i pojednanie". Dwaj ludzie, wywodzący się z przeciwstawnych tradycji, zasypali leżącą pomiędzy nimi przepaść i postanowili wspólnie rozpocząć marsz ku przyszłości. Drogą pojednania i wspólnej kontemplacji przeszłości, która - choć ciężka - nie daje się jednoznacznie ocenić. Wiele ich w tym względzie dzieliło i wiele nadal dzieli. Inaczej oceniają te same wydarzenia, ale przecież te interpretacje są częścią tego samego polskiego dziedzictwa i nie wolno nam ich się wypierać, ani wykluczać z kolektywnej świadomości. Różnymi ścieżkami kroczyli Polacy w mijającym półwieczu, ale - tak, jak "wszystkie drogi prowadzą do Rzymu" - tak wszystkie one doprowadziły do wolnej, demokratycznej Polski, zbudowanej wspólnym nakładem sił, skupiwszy się najpierw przy Okrągłym Stole, gdzie w ogniu negocjacji wykuto zasadę porozumienia. Zasadę, dodajmy, której nie udało się w pełni wcielić w życie, przez co ucierpiały polskie reformy.
Autorzy zdecydowali się przemówić w trudnym dla Polski okresie, gdy wciąż nie było wiadome, czyja i jaka będzie ona. Nigdy wcześniej i nigdy później wybór przyszłości nad przeszłość nie był tak potrzebny, jak wtedy. Żadna inna kampania wyborcza nie wymagała od mężów zaufania z róznych stron barykad apelu, który mógłby rozpocząć refleksję i, w konsekwencji, moralną odnowę życia publicznego. Wszystko dlatego, bo demokracja jest niekompatybilna z długo utrzymującą się polaryzacją sceny politycznej i właśnie jedność jest najbardziej potrzebna, ażeby kraj mógł być wiarygodny dla zagranicznych partnerów. Ogromna szkoda, że w ostatnich latach kultura dialogu i współpracy zaczęła zanikać tak, jak lody Arktyki. Nie wiem, czy autorzy artykułu widzieli film "Najlepsi z najlepszych", ale jestem głęboko przekonany, że jego humanistyczne i na wskroś chrześcijańskie przesłanie będzie oczywistością dla każdego widza.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)