Podobno media zamiast opisywać rzeczywistość, bawią się w politykę porzucając język obiektywizmu na rzecz języka emocji. Ulubionym słowem stało się słowo: hańba.
Sytuacja polityczna w Polsce przedstawia się następująco: siły rządzące są zbyty słabe, by reformować kraj, a opozycja nie dość silna, by obalić rząd w drodze demokratycznych procedur. W drodze demokratycznych nacisków bądź (nie)demokratycznych rewolt społecznych też nic nie da się zrobić, bo Polacy, by przejawiać chęć wyjścia na ulicę w celu wyrażenia dezaprobaty, muszą posiadać w portfelu legitymację partyjną taj czy innej partii, a dodatkowo mieć zapewniony dojazd do miejsca, w którym będą mieli protestować, ciepły posiłek i... gotowe hasła na wcześniej przygotowanych transparentach.
Należy zadać sobie pytanie czy politycy w jakikolwiek sposób w związku z tym powinni, czy w ogóle i czy to robią, się ze społeczeństwem (poza partyjnymi aktywistami) komunikować. Wydaje się, że wcale im na tym nie zależy.
Dlaczego więc media te, którym zarzuca się odejście od obiektywizmu oraz przerzucenie się na język emocji, mają wciąż tak wielki nakład?
Przypomnijmy, że w pewien sobotni dzień w pewnym prowincjonalnym, choć lokalnie znaczącym, mieście w EU zebrało się na 9 manifestacjach około 25 tys. osób... W ten sam dzień ponad 400 tys. osób kupiło największy dziennik opinii w Polsce - Gazetę Wyborczą (Fakt, jako brukowiec, nie może być moim zdaniem uważany za dziennik opinii). Co sprawia, że - wliczając inne tytuły - około 1 mln osób w Polsce codziennie chce czytać o HAŃBIE właśnie?
Przysłowie mówi, że jeśli wszyscy mówią ci, że jest tak, a tak, to nie marudź, ale idź i się zastanów.
Tischner pisał, że "Lud ma zawsze rację - jest nosicielem prawdy" [Etyka Solidarności].
Czym są media? Jak możemy określić relację między społeczeństwem (ludem) a mediami? Emanacją ludu? Śmiała teza? Dziś wydaje się być ze wszech miar uzasadniona. Tylko media bowiem chcą, czy też muszą kierowane wskaźnikami poczytności czy oglądalności, komunikować się i wsłuchiwać w to, co lud czuje, mówi, wyraża.
Bestseller ostatnich dni? Książka T. Lisa, dziennikarza. Osoba, która w początkowej fazie publikowania sondaży prezydenckich w ubiegłym roku miała największe szanse na objęcie urzędu? Tomasz Lis. [Czy zbieżność ta wskazuje na to, że jest to dziennikarz doskonały? Ja osobiście go nie za bardzo lubię, ale w środowisku jest ceniony.] Inni dziennikarze także cieszą się ogromną popularnością. Od podróżników pokroju Pawlikowskiej do publicystów takich jak Żakowski, Rybiński, Michnik, Ziemkiewicz czy inni.
Pewne medium publikuje dziś wywiad z posłem korumpującym posłankę B. Pytają dziennikarze czy po tym wszystkim się upił, by zapomnieć (?), ze wstydu (?), po doznaniu hańby (?). Nie - odpowiada poseł, po czym dodaje, że on tego w ogóle nigdy nie widział, bo... nie ma TVNu...
Skoro politycy nie chcą kontaktować się ze społeczeństwem bezpośrednio, a więc nie wiedzą co ma ono im do zakomunikowania, a co więcej - nie chcą czerpać swej wiedzy o opinii społeczeństwa z mediów, to znaczy, że żyją nie w Polsce, Twojej i mojej, ale własnym wytworze wyobraźni, niemającym wiele wspólnego z tym, co codziennie widzimy w radiu, telewizji, gazetach, w tramwaju, w pracy czy kinie.
Cóż więc nam, społeczeństwu pozostaje? Dlaczego tak łatwo łykamy wielkie słowa w mediach? Bo są to także nasze słowa. Bo nie możemy zbyt wiele zrobić, ponad to, że kupując bułki, chce nam się schylić po ulubioną gazetę czy posłuchać program publicystyczny zaufanego dziennikarza.
Hańba? Tak, hańba Kaczyńskich, PiSuaru, Platfusów, itd., itp... Bo przecież należy dać odpowiednie rzeczy słowo. Media są krezusami języka i wyobraźni. Kreują, ale w przeważającej większości - nade wszystko opisują.
Czy powinienem się obawiać dzisiejszego wyjścia do kiosku po gazety?
Nie - zobaczę Polskę taką, jaką ona jest, a nie tę, która stanowi wytwór wyobraźni zhańbionych demagogów.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)