Krzyż ustawiony przed Pałacem Prezydenckim po tragedii smoleńskiej ma znaczenie szczególne. To wokół niego gromadzili się pogrążeni w niemym bólu Polacy, opłakujący w dniach żałoby narodowej straszną śmierć Prezydenta RP, Jego żony i pozostałych dziewięćdziesięciu czterech ofiar katastrofy samolotowej. Przychodziłam tam wtedy kilkakrotnie. Pamiętam: widok opuszczonej biało-czerwonej flagi; powietrze drżące w smugach dymu unoszącego się znad płonącego dywanu ze zniczy; kwiaty. Niesamowite skupienie. Twarze ludzi stojących obok - ścięte bólem, zamodlone. Czułam dławiący ucisk w gardle i jednocześnie jakąś niebiańską ciszę, która wisiała wówczas nad tym miejscem, ciszę, która nie pozwalała mi odejść, która kazała tak trwać, tak stać, tak czuwać w milczeniu.
99
BLOG
Chwile nie do opisania. Chwile święte. Chwile, które – mimo wewnętrznego sprzeciwu wobec tego, co się stało – miały w sobie jakąś nieziemską moc. Moc Ducha.
Takie są moje wspomnienia tamtych dni . Wiem, że podobnie odczuwających były tysiące. Wiem też, że wielu, przeczytawszy kreślone przeze mnie słowa, popuka się w czoło, szyderczo roześmieje lub w najlepszym razie wzruszy ramionami. Nie wszyscy bowiem przeżywaliśmy tę tragedię tak samo. Nie wszystkimi wstrząsnęła ona w równym stopniu. Nie dla wszystkich 10 kwietnia 2010 roku stanowi cezurę, która ostrym cięciem podzieliła powojenne dzieje naszego kraju na „przed” i „po” 10 kwietnia…
Jednak tych osób pogrążonych w bólu i rozpaczy, tych wstrząśniętych do głębi i przerażonych smoleńską śmiercią pasażerów Tu-154, w tym Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, było na tyle dużo, że miejsce pod Pałacem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie pozostanie już na zawsze miejscem szczególnym, miejscem, którego nie da się wymazać z naszej pamięci, nawet jeśli usunie się postawiony wtedy spontanicznie przez harcerzy krzyż. Nawet jeśli usunie się zdjęcia Pary Prezydenckiej i zabroni zapalania zniczy. Bo są takie zdarzenia, które odciskają się niezatartym piętnem, niezniszczalnym znakiem. I nikt z ludzi tego zmienić nie potrafi.
Osobiście uważam, że krzyż ustawiony przed Pałacem Prezydenckim nie powinien nikomu przeszkadzać. Argument, że przecież nie wszyscy Polacy są chrześcijanami, jest tyleż demagogiczny, co po prostu głupi. Gdyby przyjąć takie rozumowanie za obowiązujące, należałoby pozdejmować wszelkie krzyże w miejscach publicznych, także te z wież kościołów. A do tego, mam nadzieję, nigdy nie dojdzie. Argument zaś , że dziedziniec Pałacu Prezydenckiego jest przestrzenią państwową i jako taki powinien być wolny od jakichkolwiek symboli religijnych, jest także absurdalny. Po pierwsze, mam wątpliwości, czy chodnik przed Pałacem jest rzeczywiście częścią wspomnianego dziedzińca. Ale nawet jeśli przyjąć, że istotnie jest to przestrzeń miasta znajdująca się w gestii Prezydenta, nie bardzo rozumiem, dlaczego tenże Prezydent w wolnym, niekomunistycznym już, demokratycznym kraju, należącym od 1000 lat do kręgu kultury chrześcijańskiej, miałby usuwać z tej przestrzeni najważniejszy znak chrześcijaństwa, znak postawiony tam w historycznym momencie z woli części pełnoprawnych obywateli, którzy pragnęli złożyć hołd legalnemu Prezydentowi RP, zmarłemu tragicznie podczas wykonywania swych obowiązków państwowych.
Tragedia smoleńska, jej wyjątkowy wymiar, zasługuje nie tylko na naszą pamięć, ale także na swoją symbolikę. Pozostawienie przed Pałacem tego prostego, ale jakże wyjątkowego krzyża miałoby wielki sens.
Prezydent elekt, Bronisław Komorowski jest jednak innego zdania. W wywiadzie dla GW, opublikowanym w ubiegłą sobotę, powiedział, że „Krzyż, co było zrozumiałe, postawiono w nastroju żałoby, ale żałoba już minęła i trzeba te sprawy uporządkować.” Stwierdzenie to uderza chłodem i bezdusznością. Nie jestem bowiem pewna, czy żałoba po 96 ofiarach faktycznie już „minęła”. I co to znaczy, że „trzeba te sprawy uporządkować”? Czy to znaczy, że należy uprzątnąć wszelkie ślady i symbole tej szczególnej narodowej zadumy, tego rozdzierającego smutku, tej niepowetowanej straty, tego wyjątkowo godnego i wzniosłego pożegnania Pana Prezydenta, Pierwszej Damy i towarzyszących Im w podróży do Katynia wielu wspaniałych, wyjątkowych osób.
W naszej historii nieraz się już zdarzało, że krzyż budził niechęć, że niektórym przeszkadzał. I dlatego niejednokrotnie krzyże z różnych miejsc usuwano. Teraz rządowi i Kancelarii Prezydenta przeszkadza krzyż wzniesiony po 10 kwietnia na Krakowskim Przedmieściu. Dziwię się Platformie Obywatelskiej, że postanowiła rozpocząć tę batalię przeciwko krzyżowi. Dużo z pewnością na tym straci, gdyż usunięcie krzyża sprzed Pałacu dodatkowo to szczególne miejsce pamięci rozsławi, a sam krzyż będzie miał spisaną, znaną powszechnie swoją historię i – gdziekolwiek ostatecznie trafi (być może umieszczony zostanie nieopodal, w kościele św. Krzyża) – wiadomo będzie wszem i wobec, skąd się ten krzyż tam wziął i z czyjej inicjatywy lub na czyj wniosek został z pierwotnego miejsca usunięty. Oczywistym też jest i będzie, mimo bardzo agresywnego w tych dniach jazgotu przedstawicieli PO, że to nie PiS wykorzystuje krzyż jako narzędzie politycznej walki, lecz ci, którzy, właśnie z powodu obawy i lęku o polityczną pozycję, postanowili ten krzyż zlikwidować.
A sam krzyż, nawet jeśli w ramach porządków po zakończonej żałobiezostanie sprzed Pałacu zabrany, pozostanie w naszych sercach, w naszych modlitwach. Pozostanie też naszą nadzieją. I powtórzymy za Norwidem:
(…) Oto - wszerz i wzwyż
Wszystko - toż samo.
- Gdzie się podział krzyż?
- Stał się nam bramą.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)