Byłem w stanie zrozumieć histerię związaną z doborem dnia 7 lipca jako daty ślubu - nie tyle ze względu na wyrozumiałość wobec numerycznych zabobonów, co powodów natury praktycznej i estetycznej. Wiadomo, trzy siódemki wyglądają ładnie na zaproszeniach ślubnych, a i potem tak jakoś łatwiej pamiętać o rocznicach.
Tego, co dzisiaj napisało 'Metro' - że podobno ma obecnie miejsce trend odwrotny, a pary masowo odwołują ustalone na 7 lipca śluby - nie jestem w stanie jednak zrozumieć.
"Na początku wszyscy byli pod wrażeniem tej daty. Już pół roku temu dzwonili pierwsi chętni na ślub w tym terminie. Jednak wszyscy zrezygnowali, bo dowiedzieli się o przesądzie, że jak dwie "kosy" [czyli siódemki] są w dacie obok siebie, to przynosi nieszczęście. A tu były aż trzy "kosy" - tłumaczy Renata Ścierska, z-ca kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Lędzinach, gdzie już wiadomo, że 7 lipca nie odbędzie się żaden ślub."
Jak to możliwe, że młodzi, w domyśle dobrze wykształceni ludzie, wierzą w sprawczą moc konkretnych konfiguracji kalendarzowych? No dobra, natura ludzka irracjonalną jest... dziwi mnie jednak także i to, że zapewne większość z tych ludzi określa się mianem katolików, i nie widzi żadnego problemu w godzeniu wiary z zabobonem.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)