38 lat temu. No dobra, oszukuję: wylądował 20 lipca 1969 roku, wczoraj jednak nie miałem czasu, by o tym napisać.

Trudno sobie dziś wyobrazić, jak czuli się ludzie tamtego wieczora, gdy widzieli na ekranie telewizorów postać Armstronga, niezgrabnie zeskakującego po drabince LeMa na powierzchnię Księżyca, po czym mogli wyjrzeć za okno i powiedzieć sobie - cholera, to się dzieje tam, na górze!
Wszechświat - a przynajmniej Układ Słoneczny - wydawał się zapewne być wtedy w zasięgu ręki. Skoro teraz lądujemy, to zapewne za 15 lat założymy tam stałą bazę, a za lat 20 odwiedzimy także Marsa, a potem, kto wie, może i gwiazdy?
Historia potoczyła się zupełnie inaczej. Program Apollo skończył się wraz z szóstą wizytą człowieka na Księżycu, i szybko stało się jasne, że ludzka eksploracja Układu Słonecznego pozbawiona jest ekonomicznego i naukowego uzasadnienia. Jednocześnie NASA niepotrzebnie wpakowała się w eksploatację wahadłowców i program budowy stacji kosmicznej, pochłaniające ogromne ilości środków, które można było wykorzystać na robienie prawdziwej, sensownej nauki.
NASA planuje wrócić na Księżyć przed 2020 rokiem, w ramach programu Constellation (takim nowym, lepszym Apollo), z pewnych jednak względów nie budzi to takiego entuzjazmu jak pionierska astronautyka 40 lat temu. O ile chęć posiadania przez USA możliwości wyniesienia na niską orbitę ludzi i ciężkich ładunków jest zrozumiała, to sam program księżycowy jest uważany wśród ludzi pionu naukowego NASA jako kolejne marnotrawstwo funduszy.

Użyteczność programu księżycowego - podobnie jak międzynarodowej stacji kosmicznej - zawsze była ograniczona, tyle że czasy zimnowojennych rywalizacji i romantycznych przedsięwzięć pozostawiliśmy już dawno za sobą. Dzisiaj kibicujmy więc dzielnym łazikom Spirit i Opportunity, zmagającym się z marsjańskimi burzami pyłowymi. Niech ludzie zajmą się lepiej Ziemią, a Układ Słoneczny pozostawią robotom.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)