Druga rocznica również jest symboliczna. 5 lat temu, uszkodzona podczas startu osłona termiczna skrzydła wahadłowca Columbia nie wytrzymała ogromnych temperatur na które narażony jest prom kosmiczny wracający na Ziemię, co doprowadziło do zniszczenia pojazdu i śmierci całej siedmioosobowej załogi. Wahadłowce uziemiono na dwa lata, ogłaszając jednocześnie plany ostatecznego wysłania ich na złomowisko w roku 2010.
Dzisiaj, mądrzejsi o trzydzieści lat, po dwóch katastrofach - Challengera i Columbii - możemy oceniać że program wahadłowców był krokiem wstecz. Kolejna generacja amerykańskich załogowych pojazdów kosmicznych Orion (nie mylić za programem atomowego napędu kosmicznego o tej samej nazwie!) to powrót do starych, sprawdzonych rozwiązań programu Apollo. Taniego transportu kosmicznego jak było, tak nie ma; prywatne "samoloty kosmiczne", takie jak SpaceShipTwo, jeszcze długo nie będą potrafiły osiągnąć nawet niskiej orbity. W międzyczasie umarł duch współzawodnictwa i eksploracji, i nie sądzę by powrót na Księżyc w roku 2020 zmienił tu cokolwiek.
Załogowe loty w kosmos od dawna nie mają naukowego, a tym bardziej ekonomicznego uzasadnienia. Za miliardy, które idą na program wahadłowców, można byłoby wysłać dziesiątki takich sond takich jak chociażby MESSENGER, o którym tyle pisałem. I chociaż ta bardziej romantyczna część mojej duszy chciałaby zobaczyć zdjęcia astronauty zatykającego flagę (obojętne nawet, czyją) w rdzawych piaskach Marsa, wolałbym by po zmianie warty w Białym Domu nowa administracja zmieniła priorytety NASA, inwestując w naukę, zamiast w przygodę. To pierwsze nie wyklucza zresztą drugiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)