przebyłem długi tydzień
w tętniącym pulsie nocy i dni
które przefrunęły nade mną
porozchodziły się po kątach
czasu zaprzeszłego
niemal w niebycie już
a chciałem by zaistniały
chociaż sekundę
nie miałem czasu ani sił
spisać ich więc utkwiły martwy wzrok
w zakamarkach czarnej jaźni
a jednak gdzieś one istnieją i są
jak półszepty mgieł nadwiślańskich lunatykujących nadbrzeżami
gwałtownie rozbudzanymi przez pierwsze pociągi które wstrząsają ciszą ustępującej nocy
jak pomruk ostatniego chrapania Warszawy przed chłodną pobudką
jak całus letniego poranka w drodze na kajakowy spływ
struna południowego skwaru w stłoczonym ZOO
gdzie więcej zwiedzających obładowanych członkami rodzin niż zwierząt
i nie wiadomo nawet kto tu kogo obserwuje ocenia
aparat atrybutem zbędnego pozoru normalności
są jak smak soku pomarańczowego skórki pańskiej i dotyk lepkiej waty cukrowej
na festynie na odpuście i Bóg wie gdzie jeszcze
może na Powązkach?
są niczym krwawa trasa wycieczki szlakiem polskich Żydów
jak mocny uścisk dłoni poety Bandera spotkanego na ławce praskiej w cieniu klombów
jak wieczór na Mokotowie smakujący pistacją i maliną w lodziarni zamykanej o dwudziestej pierwszej
chociaż w Pizie i w Rzymie lodziarnie dopiero zaczynają życie o dwudziestej pierwszej
w końcu nocna przejażdżka po Grochowie
jakże inspirująca poetę
nie ujarzmię moich dni i nocy które
pospadały z gałęzi
nieustępliwego odchodzenia wszystkiego co jest i było dla mnie ważne
co sprawiało wrażenie bliskiego
ostatnie uśmiechy i ostatnie objęcia
zasmakowałem w następstwach tulenia się w zaprzeszły cień skryty
w otchłani drobiazgowego łkania nad przepaścią
mego nieprzejednanego roztrwaniania istnienia


Komentarze
Pokaż komentarze