Odwiedziłem ostatnio NATO, aby porozmawiać o nadchodzącym szczycie Sojuszu w Chicago (daty). Nie mam niestety pozytywnych wieści. Siedziba Sojuszu – ulokowana „tymczasowo” w belgijskim szpitalu wojskowym, po wyrzuceniu go z Paryża przez De Gaulla ponad 40 lat temu – oddaje stan ducha dzisiejszego NATO. Panuje atmosfera zgrzebności, oszczędza się na wszystkim, włącznie (niestety !) z kawą.
Takie czasy – Europa jest pogrążona w kryzysie, wszyscy szukają oszczędności, a budżety obronne są z reguły pierwszym kandydatem do cięć. Państwa NATO wydają więc na obronę coraz mniej, nikt prawie już nie spełnia kryterium 2% PKB, a wiele państw wydaje poniżej lub niewiele więcej niż 1%. Naturalnie odbija się to niekorzystnie na zdolnościach NATO do prowadzenie operacji – było to widoczne choćby w Libii, gdzie bez amerykańskiej pomocy europejscy członkowie NATO mieliby autentyczne problemy w pokonaniu malutkich i niesłynących z bojowości sił pułkownika Kaddafiego. Dodajmy, że na agendzie w Chicago będzie również sytuacja w Afganistanie (wyjście Sojuszu w 2014) i Rosja (brak przełomu) – w obu wypadkach trudno mówić o sukcesie.
Sekretarz Generalny NATO ma więc autentyczny problem. Jak spowodować, aby szczyt w Chicago zakończył się pozytywnym przesłaniem? Rasmussen jest jednak politykiem z krwi i kości i potrafił wykorzystać kryzys dla promowania integracji sił zbrojnych państw NATO, a więc znalazł potencjalnie optymistyczne przesłanie. Pomysł ten – nazwany pijarowsko smart defence – jest prosty i oczywisty. Skoro państwa NATO tną wydatki na potęgę i nic się nie da z tym zrobić, to połączmy nasze siły i dokonujmy wspólnych zakupów, wymieniajmy się patrolowaniem przestrzeni powietrznej, koordynujmy nasze plany obronne. Tym sposobem mniejszym kosztem osiągniemy więcej – wilk syty i owca cała
Jest w tym myśleniu – logicznym, to na pewno – pewien problem. Otóż poziom wzajemnego zaufania miedzy państwami NATO może się okazać zbyt niski, aby pozwolić na realizację wspólnych projektów. Załóżmy na przykład, że bliscy sojusznicy Francja i Niemcy kupują wspólnie samolot transportowy. Jak wiadomo państwa te zajmowały skrajnie przeciwne stanowiska w kwestii libijskiej. Co się dzieje ze wspólnymi zasobami w takich sytuacjach? Po prostu nie zostają wykorzystane. Tak więc oszczędności mogą okazać się pozorne. Naturalnie Libia to przypadek skrajny. Można mieć nadzieje, że Rasmussenowi z powodzeniem uda się znaleźć wspólnie realizowalne (zapewne na mniejszą skalę), praktyczne projekty łączące państwa NATO, ale wątpliwości pozostają….
Pozytywnym akcentem na tym tle jest sytuacja Polski. Otóż z danych przedstawionych przez NATO jasno wynika, ze Polska wyróżnia się pozytywnie. Jesteśmy jednym z nielicznych państw Sojuszu w którym wydatki na obronę pozostają na stałym poziomie – w okolicy 2% PKB, co oznacza że w rzeczywistości nasz budżet obronny stale rośnie proporcjonalnie do wzrostu gospodarczego. Na przykład: obecnie wydajemy na obronę więcej niż dwukrotność naszych wydatków z 1991 roku, co stawia nas w absolutnej awangardzie NATO. To dobra wiadomość, bo jak wiadomo przezorny zawsze ubezpieczony, a nasze środowisko nie należy do najspokojniejszych.
Życząc Rassmusenowi powodzenia, cieszę się, że nie musimy polegać na tym, czy faktycznie uda nam się skorzystać więcej ze stale zmniejszającego się tortu o nazwie NATO.




Komentarze
Pokaż komentarze (23)