Dzisiejszy świat, pełen poprawności, "tolerancji" i otwartości, boryka się z jednym problemem. Jakim? A no z ludźmi "ciemnymi", "zacofanymi", którzy nie zgadzają się z panującymi na świecie "modami". Pełno jest przeciwników aborcji, eutanazji i związków homopedałków. Co gorsza, wielu z nich to ludzie wierzący, fanatycy Watykanu i wogóle bestie (sprawa dotyczy jedynie chrześcijan, zwłaszcza konerwatywnego katolicyzmu, broń Boże, aby ktoś krytykował islam!) Gdy w krajach zachodnich "kochający inaczej" zawierają związki małżeńskie, matki wyskrobują ze swego łona nienarodzone dzieci, starców wysłanych do domu opieki usypia się na życzenie rodziny, a muzułmanie budują więcej meczetów niż mają we własnych islamskich krajach, w jednym państwie pewna grupa osób broni krzyża. Krzyża? W dzisiejszych czasach to przecież głupota! Ludzie ci muszą być chorzy psychicznie, trzeba ich leczyć albo zamknąć w psychiatrykach! Co więc robi polski Salon (ten tytułowy z książki Łysiaka), aby Europa i świat zobaczyły, że i my skończyliśmy już z "ciemnogrodem" i panującym u nas od wieków "średniowieczem"? Co więcej, co należy zrobić, aby ludzi "szerzących" wstyd i hańbę na skalę światową unicestwić? Sposób taki, zaraz po obaleniu komunizmu, znalazł bożyszcze i guru, redaktor naczelny Gazety Wyborczej, ukochany Adaś Michnik. Główne zagrożenie dla "dobra Polski", Michnik znajdował w narodowym duchu polaków, ich popędów (oczywistych zresztą) do rozliczania się z komunistami, nawet przy użyciu siły. Redaktor przestrzegał "inteligencje" przed powrotem II RP i stworzeniem przez "oszołomów" państwa wyznaniowego. Zaczęto więc działać. Adaś wypisywał w GW niestworzone rzeczy, Geremki zaczęły uspokajać naród, a wspaniałomyślny Mazowiecki oddzielił wkońcu tamte czasy "grubą kreską", namawiając do zaniechania sporów i rozmowach o przyszłości kraju. Nie wspomnę już o panice jaka wybuchła w gabinecie Wałęsy, po tym jak "opętany nienawiścią" Macierewicz wyskoczył ze spisem SBków. Jak dobrze wiemy, rząd Olszewskiego został rozwiązany, a sprawa ucichła. Rządy się zmieniały, zmieniała się Polska, wszystko było ok, majątek polski sprzedany, byli komuniści zdążyli się już ustawić w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości, coraz większe bezrobocie, świetnie. Mazowiecki i Wałęsa zapewne do dnia dzisiejszego są dumni, że powstrzymali falę dekomunizacji i zapewne cieszą się, że "biedni", schorowani generałowie Kiszczak i Jaruzelski mają się dobrze na swych wojskowych emeryturach (jeden z nich nawet poparł Komorowskiego w wyborach!). Ale przyszedł taki pechowy rok dla naszych "elit", rok 2005, wygrana w wyborach prezydenckich Lecha Kaczyńskiego i jego partii Prawa i Sprawiedliwości. I tu zaczęło się wszystko (za przeproszeniem) piepszyć. Oto u szczytu władzy stanęli katoliccy konserwatyści, narodowcy, ogłaszający dekomunizację, utajnienie teczek SB, rozliczenie z chorym systemem III RP i walkę z coraz bardziej rosnącą biurokracją. "O nie, towarzysze, alarm, trzeba nam działać!"- tak zapewne pomyślał Adaś, rozpoczynając swoją kampanię przeciwko PiS. Polaków zaczęto karmić informacjami o totalitarnych skłonnościach nowych władz, o zamknięciu się na UE i Rosje, o odchodzeniu Polski od ideału świeckości państwa, o homofobii, rasizmu itp, itp. Później zaczęto jeszcze bardziej atakować prezydenta, wyzywając go od karłów, obrażalskich, wkońcu wyzywając go od chama, alkoholika i degenerata. Prawda o śp. Lechu, wyszła w mediach dopiero po tragicznym wypadku pod Smoleńskiem. Tego było za wiele. Tego zaburzonego emocjonalnie katola wszyscy żałowali! Adaś i Salon musiał zatem działać. Zjednoczenie polaków przerwał ideowy postępowiec, pupilek władz komunistycznych, inteligent Andrzej Wajda. Zawołał, aby uchronić wawel od pochówku tam pary prezydenckiej. No i się zaczęło. Wśród panującej żałoby zaczęto mącić i prowokować. Chociaż Kaczyński spoczął koniec końców na Wawelu, nie na powązkach, Michnik mógł jednak razem z Wajdą i innymi pupilkami pogratulować sobie udanej akcji. Gdy już coraz ciszej było o tragicznej śmierci prezydenta, a powolnymi krokami zaczynała się kampania wyborcza partii przed wyborami prezydenckimi, alarm wśród pracowników GW Michnik podniósł raz jeszcze. Naród wkońcu poznał prawdę o prezydencie, który miał do końca zostać warchołem i zakompleksionym chamem. Zatem istniało niebezpieczeństwo, że wybory wygra jego brat bliźniak Jarosław. Powoli, powoli i znów zaczęły się ostre jazdy pod adresem prezesa PiS. Jarosław wyborów nie wygrał, PO uzyskała "monopol na władze", wszyscy "poprawni postępowcy" mogli odetchnąć z ulgą. Palikot z Niesiołowskim zaczęli od nowa swoje, jakże przepełnione miłością uwagi wobec prezesa, jednak to już nie było to. Dopóki przy władzy byli bliźniacy, dopóty wszystko można było zwalić na nich. Największe absurdy i całe zło tego świata było winą Kaczyńskich. A teraz? 3 lata rządzą swoi, a ostatni pisowski urząd ma już Komorowski. Przecież to tak nie ładnie krytykować swoich, co więc biedna GW, TVN i Polsat miałoby robić? Oprócz naśmiewania się z dążeń PiSu do jak najszybszego rozwiąznia zagadki katastrofy tupolewa i śledzenia poczynań wielkiego przegranego, największe media w Polsce nie miały co robić. Ale pewnego sierpniowego dnia zapaliła się lampka nadziei. Oto pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, grupka wyżej wymienionych "wariatów" domagała się pozostawienia owego krzyża na swoim miejscu. Oczywiście było to niedopuszczalnie. Tak więc całkiem przypadkiem (takiego wała!), inteligencka i postępowa młodzież zorganizowała pikiete, domagając się usunięcia krzyża spod pałacu. Okrzyki "krzyż do góry nogami", zaczepianie starszych osób i kazanie im, aby powtarzały za nim słowa "penis", "cycki", były według Michnika słuszne i pokazywały te pozytywną strone naszego narodu. Znowu te same środowisko, tak jak to było w przypadku pochówku prezydenta na Wawelu, rozpoczęło burde, zrzucając winne na swych przeciwników.
(ciąg dalszy w drugiej części)


Komentarze
Pokaż komentarze