san quentin tarantino san quentin tarantino
2013
BLOG

Smoleńsk 2010: Krótka kołdra blogerów śledczych (2)

san quentin tarantino san quentin tarantino Polityka Obserwuj notkę 55

 

Z mieszanymi uczuciami obserwuję rezultaty trudu blogerów śledczych w sprawie tragedii w pobliżu wojskowego lotniska Smoleńsk-Północny. Szanuję ich pełną pasji postawę, podziwiam zadziwiającą chwilami umiejętność wychwycenia ważnych szczegółów, cenię drobiazgowość analiz, pracowitość, gotowość poświęcenia czasu na dociekanie i polemiki. A jednocześnie zdumiewa mnie częsta u nich skłonność do tworzenia konceptów tak pokrętnych, skomplikowanych i wymyślnych, że praktycznie nierealizowalnych. Zatem nierealistycznych.

Wiem, do czego bywa zdolny zrozpaczony umysł. Przędziwa do stworzenia wiarygodnie brzmiącej, ale i spójnej opowieści potrafi wytworzyć sobie pod dostatkiem. Często zresztą imponuje wiedzą z zakresu lotnictwa, typów maszyn, niuansów elektronicznej awioniki, systemów i zasad naprowadzania, meaconingu, działania bomby paliwowo-powietrznej, rozstawienia markerów, analizy ścieżki schodzenia etc. Nie potrafię ocenić, na ile jest to wiedza realna, a na ile – jedynie pozór kompetencji, zdolny wywrzeć wrażenie na laikach.

*

Bloger-pasjonat przeanalizuje kąty pod jakimi zostały ścięte drzewa, z płaskich zdjęć niespecjalnej jakości i nie wiadomo przez kogo wrzuconych do sieci. Pochyli się pracowicie nad printscreenem z jakiejś niemieckiej telewizji. Zbuduje piętrową konstrukcję na wyrwanym z kontekstu zdaniu przypadkowego świadka (dzieci w Smoleńsku, pilot-działkowicz itp.) lub na lapsusie prezentera telewizyjnego, który nie potrafił przeczytać ze zrozumieniem dokumentu wskazującego na typ samolotu, jakim miał odbyć podróż do Smoleńska prezydent Rzeczypospolitej i towarzyszące mu osoby.

Szum informacyjny, od początku produkowany przez stronę rosyjską, ale i wspierające ją niestety polskie media głównego nurtu – krążenie nad lotniskiem, transportowy Ił, polski Jak, rozmowy w eterze z jakąś maszyną niemiecką – po trosze usprawiedliwia np. koncepcję rozbicia się tam kilku samolotów, inscenizacji wypadku w innym miejscu czy transportu części tupolewa cichym helikopterem. Ale powiedzmy sobie, w dobie elektronicznej i satelitarnej penetracji przestrzeni wokółziemskiej, tak złożonej operacji, po pierwsze, nie da się przed wścibskimi ukryć. No, chyba że założymy spisek co najmniej ogólnoeuropejski przed oraz ogólnoświatowy po smoleńskiej zagładzie znacznej części niepodległościowej elity polskiego państwa.

Po drugie z kolei, takie działania wymagają jednak trochę czasu. Tym bardziej zdumiała mnie przed miesiącem polemika, z której wynikało, że co najmniej jeden z blogerów-analityków, niewykluczających przemedytowanego zamachu z udziałem kilku maszyn, dobijania rannych i przenoszenia szczątków tupolewa w inne miejsce, upierał się na serio przy założeniu, że złowieszcze syreny alarmowe na smoleńskim lotnisku zostały włączone praktycznie zaraz po tym, jak porucznik Wosztyl, pilot z Jaka, usłyszał odgłosy katastrofy.

Dla ratowania tej wersji – szczerze mówiąc, szersza opinia publiczna zna tylko interpretację słów Wosztyla w wydaniu pracowników „Gazety Wyborczej”, a nie protokoły jego składanych pod przysięgą zeznań, więc przyjmowanie tego za precyzyjny opis stanu rzeczy jest założeniem nader optymistycznym i dość ryzykownym – trzeba było rozbudować koncept o katastrofę jakiejś niewielkiej maszyny, np. właśnie drugiego Jaka, tuż przed godziną 8. 56 (czasu polskiego), co miałoby przykryć fakt wcześniejszego przymusowego lądowania tutki z delegacją w zupełnie innym miejscu. Jak dla mnie, to dość typowe ściąganie w swoją stronę zbyt krótkiej kołdry.  

*

Sprawa zagłady polskich elit pod Smoleńskiem nie jest ani trochę przejrzysta. Od początku śmierdzi. Zbyt wiele było w tym (i pozostaje do dziś) mataczenia strony rosyjskiej. Poczynając od znacznie opóźnionego włączenia alarmu, przez uporczywą szacherkę z czasem zdarzenia, aż po forsowanie, właściwie zaraz w godzinę-półtora po zdarzeniu, rzekomej winy ofiar. Do tego trzeba dodać celowe zatarcie śladów na miejscu zdarzenia, niszczenie najważniejszych dowodów, sprzeczności w zeznaniach kontrolerów lotniczych, nieprzesłuchanie trzeciego człowieka z wieży, paniczna ucieczka jednego z kontrolerów przed rosyjską milicją…

Materiału, który przeczy kolejnym wersjom oficjalnym, jest naprawdę pod dostatkiem. I tym trzeba się zająć, o tym stale przypominać. Wskazywać na sprzeczności, ujawniać propagandowe fałsze. Dlatego z pewnym sceptycyzmem czytam prowadzone w najpoważniejszym tonie analizy ścieżki dźwiękowej z tzw. filmiku Koli. Ale naprawdę zdumiewa mnie, gdy po długiej wnikliwej dyskusji pod kolejnym postem dwaj śledczy blogerzy na serio spierają się, czy na zdjęciu kiepskiej jakości, które nie wiedzieć czemu uczynili przedmiotem swej analizy, widać prawy czy lewy statecznik tupolewa.  

 

ciąg dalszy nastąpi

 

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (55)

Inne tematy w dziale Polityka