Wśród kilku prymitywnych klisz językowych wbijanych uporczywie odbiorcom tzw. telewizji publicznej w Polsce po 10 kwietnia 2010, od niedawna szczególną furorę robi również ta tytułowa, w zamierzeniu powtarzających ją wykonawców oraz bezmyślnych sojuszników prorosyjskiej propagandy, przesądzająca o bezsensie jakichkolwiek dalszych starań o wyjaśnienie prawdy o Smoleńsku. No bo im życia to i tak już nie przywróci…
Nic dziwnego, że zaraz po przydługiej konferencji prasowej znacznie bardziej milkliwego dziś niż przed tygodniem gen. Parulskiego, może dlatego że z jednej strony oskrzydlał go prokurator generalny Seremet, po powrocie z Moskwy używający głównie czasu przyszłego, a z drugiej, sprawiający mimo trudnej pozycji naprawdę niezłe wrażenie pułkownik Ireneusz Szeląg – nieco się zagotowało…
Potem do boju ruszyły panienki z okienka z uporem godnym lepszej sprawy klepiące mantrę, że wprawdzie dowodu na obecność gen. Błasika w kokpicie brak, ale nie ma też dowodu na jego nieobecność. Czy taka brunetka z blondynką mają świadomość, że zachowują się jak rozpoznawalne gołym okiem i z daleka funkcjonariuszki szerokiego zespołu propagit, nie potrafię rozstrzygnąć. Może warto byłoby je kiedyś o to zapytać.
Żadnych wątpliwości nie mam za to wobec wytrawnego redaktora naczelnego lewicowego „Przeglądu” Jerzego Domańskiego, który chyba zmarnował czas, przysłuchując się konferencji, skoro i tak od początku wiedział, że przyczyną śmierci stu osób z rządowego tupolewa był „błąd pilotów”. Po prostu. Bo rzeczywiście… Po co tam lecieli? (Tak jakby harmonogram podróży państwowych zależał od odrobiny mgły czy dymu na docelowym lotnisku). Dlaczego mimo złych warunków próbowali lądować? (Choć wiadomo, że przecież nie lądowali). No po prostu ten błąd pilotów… (choć analiza ekspertów z krakowskiego instytutu im. prof. Sehna wykazuje, że prawidłowe odczyty wysokościomierza podawał jeden z członków załogi, a nie generał Błasik, jak wcześniej na rympał usiłowano Polakom wmawiać).
Nadużywającym porzekadła o „przywracaniu życia” przypomnę, że mimowolnie, wcale o tym nie wiedząc, wkraczają w Boskie prerogatywy. Zaiste, ani przywracanie, ani nawet dawanie życia – mimo wielowiekowych złudzeń buntowników – nie leży w granicach ludzkich możliwości. Życie daje Bóg, człowiek pozostaje tylko Jego narzędziem. Matka i Ojciec (nie dwóch tatusiów, dwie mamusie czy rodzic A z rodzicem B) dar życia wyłącznie przekazują, więc trzepanie jęzorem o „przywracaniu życia” dowodzi jedynie bezmyślności i/lub niewiedzy.
Darem życia z pewnością nie dysponujemy. Natomiast ustalenie prawdy o zdarzeniu i wymierzenie sprawiedliwości tym, których działania lub zaniechania doprowadziły do utraty życia przez blisko stu patriotycznie usposobionych przedstawicieli naszego narodu, w okolicznościach tak modelowo nieprzejrzystych, że po prostu podejrzanych – pozostaje nie tylko naszym prawem, ale wręcz obowiązkiem i fundamentem racji stanu.
Podział uroczystości katyńskich w 70. rocznicę tamtego strasznego ludobójstwa, okoliczności rezygnacji z ochrony polskiej delegacji przez BOR, uzurpatorska pozycja akredytowanego Edmunda Klicha, skandaliczne przekazanie śledztwa stronie rosyjskiej, ale przede wszystkim dziesiątki kłamstw, matactw i obstrukcji w kuriozalnym działaniu MAK oraz nieustannej propagandowej agresji na ofiary od pierwszych chwil po katastrofie – nie tyle dopuszczają, ale po blisko dwóch latach wręcz nakazują uznanie hipotezy zamachu za hipotezę podstawową w procesie wyjaśniania tej tragicznej zagadki.
Im życia nie przywrócimy, ale wyciągając stosowne konsekwencje z postawy m.in. ministra Janusza Arabskiego, szefa BOR-u Mariana Janickiego, pułkownika Edmunda Klicha, ale również premiera Donalda Franciszka Tuska, mamy szansę ochronić honor i państwo Polaków, którego suwerenne istnienie wydaje się w obecnej chwili poważnie zagrożone.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)