Teraz już piszą o Unii Europejskiej: coraz mniej zrozumiała, coraz bardziej pozbawiona demokratycznej kontroli.
I kto to mówi? Te same euromądrale, które w mediach głównego nurtu przez lata zachęcały Polaków do śmiałego otwarcia się na Europę, do porzucenia zaściankowych uprzedzeń, irracjonalnych obaw. Ci sami – pozyskiwani grantami, podróżami studyjnymi do Brukseli, stypendiami, europejskimi nagrodami etc. – którzy wtedy bez najmniejszej, choćby zdroworozsądkowej refleksji – nęcili nas tanią i zdrową żywnością z UE (śmiech na sali). Zachęcali do udziału w ewangelizacji laicyzującej się starej Europy (śmiech na sali). Przestrzegali przed pozostaniem w strefie wzorowanego na białoruskim autorytaryzmu (śmiech na sali). Nie chcieliście Łukaszenki, macie Euro-Tuska.
Część tamtych piewców unijnoeuropejskich uroków, no bo jednak zdecydowanie nie wszyscy, uważa się dziś za autorów niepokornych i dziarsko przed Unią ostrzega… Ale przecież ci sami euromądrale prawdziwych eurosceptyków mieli za oszołomów, z którymi się nie dyskutuje. Szkoda, że nie byli równie przezorni np. na łamach dawnej Rzepy, która owszem, kulturalniej (bez takiej chamówy jak Gazownia), ale przecież konsekwentnie Polaków do integracji zaganiała. To były czasy, przez moment nawet z Ryszardem Czarneckim jako instytucjonalnym integratorem na czele (śmiech na sali). I wszystko to całkiem bezwstydnie z hasłami głoszącymi korzystne przybliżenie władzy do obywatela (śmiech na sali). Tak jakby kiedykolwiek w dziejach ludzkości władza cesarska była blisko obywatela. Coś takiego nie występuje przecież w naturze.
Dlaczego niby władza cesarska? No, a jak, jeśli nie cesarstwem, czyli imperium nazwać twór państwowy o scentralizowanej, całkowicie niedemokratycznej władzy, z niepodlegającą kontroli i bezkarną kastą urzędniczą, wchłaniający kolejne kraje, obejmujący terytorialnie (z grubsza) cały kontynent, i dysponujący zwierzchnością, o coraz bardziej totalizującym charakterze, nad przeszło pół miliardem ludzi (502,5 miliona w 2011). A uwzględniwszy kraje stowarzyszone jeszcze więcej. Bagatela.
W nieużywanej konstytucji Związku Sowieckiego były przynajmniej zapisane procedury „występowania z Sojuza” (śmiech na sali). W traktatach ustanawiających UE nie ma już takich zapisów. Ukryta siła, czyli towarzystwo totalniaków (używając formuły nieocenionego Stanisława Michalkiewicza) dwa razy tego samego błędu nie popełnia. Dlatego Unii nie grozi już samorozwiązanie, tak jak to stało się z imperium sowieckim. Kres UE może się dokonać jedynie przez dekapitację uzurpatorskiej władzy.
Pytanie, czy stanie się to w ramach eksplozji (rewolucyjnej, wojennej) czy (oby) poprzez relatywnie łagodną implozję. Tak czy inaczej, epoka „śmiechu na sali” przechodzi do historii. Będzie ciężko, będzie dramatycznie, będzie gorzko, bo za społeczną niefrasobliwość i brak narodowej jedności, za nieprzezorność polityków i przefrymarczenie szansy na niepodległość Rzeczypospolitej, jaka pojawiła się w roku 1989, przyjdzie nam drogo zapłacić. I to już nie będzie „śmiech na sali”, lecz raczej „płacz i zgrzytanie zębów”.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)