Pół Polski zastanawia się, kto stoi za nagraniem i ujawnieniem taśm Platformy. Nie zamierzam brać udziału w tej zgadywance, z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, dywagowanie nad tym kto nagrywał, ani do niczego nie prowadzi - i tak się tego nie dowiemy, przynajmniej nie w najbliższym czasie - ani nie służy niczemu poza odwracaniem uwagi od zasadniczego problemu, tzn. od tego co zostało nagrane. Apeluję zatem: nie pomagajmy politykom Platformy w uprawianiu ich propagandy i w spychaniu treści nagrań na dalszy plan. Nie bądźmy oszołomami, tropiącymi spiski, lecz skupmy się na twardych faktach, które znamy.
Po drugie, ważniejsze od tego, kto nagrywał, jest to, kto mógł to zrobić, kto był w stanie przez szereg tygodni czy miesięcy inwigilować czołowych funkcjonariuszy publicznych, w tym człowieka będącego zwierzchnikiem - przynajmniej teoretycznym - służb specjalnych. I tak się składa, że odpowiedź na to pytanie już znamy: mógł to zrobić każdy. Oczywiście nie "każdy" w dosłownym tego słowa znaczeniu, jednak lista potencjalnych sprawców ciągnie się kilometrami. Każdy może bowiem przyjść do nieistniejącego państwa, nagrać jego ministrów i upublicznić nagrania, gdy będzie miał w tym jakiś interes. Nie trzeba do tego być ani potężnym wrogim mocarstwem, ani tajemniczym wajchowym, pociągającym za sznurki z tylnego siedzenia. Równie dobrze można być strażnikiem żyrandola, upokorzonym wewnątrzpartyjnym konkurentem, funkcjonariuszem służb, który ma na pieńku z szefem czy biznesmenem, któremu Tusk popsuł interesy. Każda z tych opcji jest nieskończenie bardziej prawdopodobna niż rzekoma zemsta Putina, zresztą co takiego zrobił Tusk, by Putin miał się na nim mścić? Nic nie zrobił. Trochę popyskował i wykorzystał inwazję na Ukrainę, by poudawać w kampanii wyborczej męża stanu, co nawiasem mówiąc wychodziło mu dziesięć razy gorzej niż Kaczyńskiemu udawanie hipstera, ale poza tym w żaden sposób Putinowi nie zaszkodził. W każdym razie nie na tyle, by nie dało się go ukarać subtelniej, bez stwarzania ryzyka, że partia będąca gwarantem dalszego "teoretycznego istnienia" państwa polskiego, straci władzę.
Również bajki o wajchowym, który postanowił wymienić marionetki na mniej zużyte, można włożyć między bajki. Istnienie "wajchowego" oznaczałoby, że ktoś tym państwem jednak rządzi, wprawdzie zza kulis i w swoim a nie w publicznym interesie, ale jednak. Tymczasem państwa istniejące tylko teoretycznie mają to do siebie, że nie rządzi nimi nikt. Nie ma tu nikogo, kto by pociągał za sznurki, mamy raczej na przemian ścieranie się i uzgadnianie interesów polskich i obcych służb specjalnych, krajowego i zagranicznego wielkiego biznesu, różnego rodzaju grup nacisku oraz armii działaczy partyjnych i ich rodzin poutykanych w państwowych i samorządowych spółkach. W takim "państwie" prezes Rady Ministrów może łatać budżet rezerwami NBP a prezes NBP może dokonywać zmian w składzie Rady Ministrów. W takim państwie nie trzeba też nadzwyczajnej potęgi, by taśmami uderzyć w "rząd", zwłaszcza, gdy "rząd" sam się podkłada. Z tych powodów kompletnie nie interesuje mnie autorstwo taśm, interesuje mnie natomiast ich treść, którą Platforma chciałaby zagłuszyć swoim jazgotem.
Obraz aktualnych władz, wyłaniający się z taśm Platformy, pokrywa się w stu procentach z wyobrażeniami, jakie mają na ich temat ich najbardziej radykalni przeciwnicy. Jest to obraz skorumpowanej kliki, wykorzystującej państwo do swoich prywatnych i partyjnych celów. Kliki, która nie przejmuje się tym, że zrujnowała budżet, za to martwi się, by efekty tej ruiny nie stały się widoczne w czasie kampanii wyborczej i aby tego uniknąć, jest gotowa zachwiać stabilnością polskiej waluty. Z taśm dowiadujemy się, że polski rząd za pieniądze podatników wspiera zagraniczne przedsiębiorstwa, że sztandarowe projekty inwestycyjne tego rządu to "ch*j, dupa i kamieni kupa". Dowiadujemy się również - choć taśmy nagrane były w lipcu ubiegłego roku - ile warte są sojusznicze deklaracje Obamy, złożone podczas nagłośnionej propagandowo wizyty sprzed niespełna dwóch tygodni. Otóż miały one wartość teoretyczną, bo sojusze zawierane z "teoretycznie istniejącymi" państwami są z natury rzeczy sojuszami teoretycznymi. I na to właśnie warto zwrócić uwagę, tak się bowiem składa, że nikt jak dotąd nie odnotował sprzeczności między stanem polskiego państwa ujawnionym przez osobę najlepiej poinformowaną, czyli przez ministra spraw wewnętrznych, a oficjalną narracją o wielkich sukcesach Tuska i Sikorskiego w polityce zagranicznej. Sukcesach fikcyjnych, czysto propagandowych, które można podsumować w ten sam sposób, w jaki minister Sienkiewicz określił "inwestycje rozwojowe" rządu.
Wstępnym warunkiem odzyskania przez Polskę jakiegokolwiek znaczenia na arenie międzynarodowej, warunkiem niewystarczającym, ale koniecznym, jest ustąpienie gabinetu Tuska, najgorszego, mimo dość marnej konkurencji, z wszystkich dotychczasowych rządów III RP. Jest to również wstępnym warunkiem uzdrowienia finansów publicznych i życia publicznego w ogóle. Po taśmach Platformy i po skandalicznej konferencji prasowej premiera, jest to jeszcze bardziej oczywiste niż kiedykolwiek wcześniej. Widzimy dziś wyraźnie, że ci ludzie chcą za wszelką cenę zachować władzę, że władza jest dla nich celem samym w sobie, że dla jej utrzymania są gotowi posunąć się naprawdę daleko. A taka sytuacja jest niebezpieczna już nie tylko dla państwa, ale także dla obywateli.


Komentarze
Pokaż komentarze