Większość z Was nie dowierza, iż Tomasz Sakiewicz i jego medium realizowało (świadomie bądź nie) dziką lustrację na polityczne zamówienie. Jednak analizna sytuacji właśnie na taki scenariusz wskazuje.
Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Pojawiały się wtedy pierwsze informacje prasowe, a dodatkowo domniemywano, iż władze prowadziły konsultacje na linii dyplomatycznej Warszawa-Watykan (także pół-oficjalnie w trakcie wizyty Kaczyńskiego), mające na celu wysunięcie takiej lub innej kandydatury. Oznaczało to, iż podejmując tego typu działania, dla których trudno znaleźć precedens w przeszłości, musiały dysponować informacjami na temat jednego bądź kilku spośród kandydatów pojawiających się na "rynku". Dodajmy informacjami jednoznacznie (?) podważającymi ewentualną nominację.
Informacje prasowe nie wzbudziły jednak dostatecznej dyskusji i reakcji, a Watykan na próby wpłynięcia na swoje decyzje zareagował chłodno, choć korzystając z "dyplomatycznego arsenału środków wyrazu".
Pojawił się więc palący problem co z tym zrobić. Gra bowiem nie idzie tu o stanowisko arb warszawskiego. Całą istotą była bowiem polityka prowadzona przez PiS i Kaczyńskich wokół teczek i lustracji, a ta jak wiemy stanowi jeden z filarów ich polityki w ogóle.
Gdyby bowiem wybór "umoczonego" kandydata doszedł jednak do skutku, wizja wyrażona już w pewnym kawale od wczoraj pojawiającym się także tutaj, faktycznie byłaby bezcenna.
Poprzedni model lustracji zakładał, że osobie, która współpracowała, ale się do tego faktu przyznała, społeczeństwo wybaczało i pozwalało na dalszą publiczną działalność i sprawowanie urzędów. Ten model został przez obecną władzę jednoznacznie odrzucony. W zmienionej formie lustracji nie ma już miejsca ani na akt skruchy, ani tym bardziej przebaczenia. Wystarczy wspomnieć choćby zakładane prawo pracodawcy do zwolnienia osoby, która współpracowała.
Oznaczałby więc wybór St. Wielgusa, iż model przyjęty przez władzę, która tak bardzo lubi posiłkować się autorytetem Kościoła Katolickiego, nie jest jednocześnie modelem Kościoła, a co więcej nią samą wystawia na pośmiewisko - jak we wspomnianym kawale, czyli wizji klęczących Kaczyńskich przed TW...
Skoro zawiodły tamte sposoby, należało się posłużyć bardziej radykalnymi instrumentami. Ponieważ osoby duchowne nie podlegają w Polsce lustracji, więc żadna z oficjalnych władz/instytucji nie mogła wystąpić do IPNu z jakimkolwiek wnioskiem o wyjaśnienie domniemanej współpracy hierarchy z agenturą.
Pozostawał więc sprawdzony wcześniej i dozgonnie lojalny kanał - Gazeta Polska pod wodzą Sakiewicza. Otrzymała ona materiały, reszta - wiadomo to było z całą pewnością - zrobi się sama. Po atakach na GP należało ją wspomóc i uwiarygodnić, by atakujący powzięli jednak jakieś wątpliwości (vide: I. Janke w swoim ostatnim poście), więc obdzielono tymi samymi materiałami także redakcję Wprostu, a następnie Rzeczpospolitej. Machina ruszyła.
Pragnę też zwrócić jeszcze uwagę na jeden fakt. Pominięcie w całości w tej "procedurze" tzw. Kościoła krakowskiego. Dotychczas był on medium pośredniczącym między tymi, którzy wiedzieli/dysponowali materiałami, a Watykanem. Tak było choćby w przypadku abp Peatz'a sprzed kilku lat. Wiemy doskonale jaki jest stosunek tzw. Kościoła krakowskiego do obecnej władzy (polityka historyczna, lustracja, poparcie dla PO, itd.). Tym bardziej musi skłaniać do refleksji fakt pominięcia tego kanału w naciskach na Watykan, a tym samym wskazywać na prowodyra tej "akcji dywersyjnej" - wszechwładnie nam panujących braci K. Potwierdzeniem niech będzie już chociażby zdziwienie, jakie wyraził kard. Dziwisz.
Dziś zwycięzca jest jeden: Kaczyńscy wraz ze swoją wizją "sprawiedliwości", lustracji i moralnego ładu w państwie. Znów przegraliśmy my wszyscy.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)