Teoretycznie wszystko jest odmienne. System polityczny, prawny, partyjny, sposób głosowania, tradycje historyczne i polityczne, na koniec zaś nieprawdopodobnie większa władza prezydenta USA. Jednak czy wybory prezydenckie i poprzedzająca je kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych tak bardzo różni się od polskich wyborów prezydenckich…?
U Republikanów wszystko jest jasne od wielu tygodni. Ich kandydatem na następcę George’a W. Busha będzie John McCain, zresztą kontrkandydat Busha w walce o republikańską nominację w roku 2000 i ówczesny faworyt wpływowego środowiska neokonserwatystów. Ale właśnie z McCainem część republikanów ma wyraźny problem. Nie akceptuje go konserwatywne skrzydło GOP (Grand Old Party), a nawet został raz niemiłosiernie wygwizdany na wiecu przez partyjny „beton”. Poglądy McCaina sytuują go może i w bezpiecznym centrum Republikanów, choć i pod jego adresem wysuwany jest zarzut o bycie RINO (od republican in name only, czyli republikanin tylko z nazwy). Jednak niekoniecznie musi być to przeszkodą w walce o prezydenturę. Szczególnie jeśli ubiega się o nią z pozycji republikańskiego kandydata w okresie dekoniunktury politycznej. A sam McCAin – weteran wojny w Wietnamie jest popularniejszy niż sami republikanie i niż dwóch potencjalnych kontrkandydatów. Z tego wypływa pierwsze prawo wyborów (w tym wypadku: personalnych), że
(1) ważniejsza jest osobista popularność kandydata niż zaplecza (partii, ugrupowania), które go wystawiło.
Trwałym i widocznym zjawiskiem po obu stronach Oceanu Atlantyckiego jest „centryzacja” polityki (RINO i analogiczne DINO – democrats in name only). Neogaulliści we Francji mówiący językiem związków, CDU w koalicji z SPD, przesuwający się do centrum brytyjscy konserwatyści i dwóch bezbarwnych i równie eklektycznych kandydatów na urząd prezydenta USA – to wszystko pokazuje jak arytmetyka wyborcza wymusza zmianę języka. Nie chcę już katować czytelników pisaniem o braku różnic pomiędzy naszymi – pożal się Boże – dwiema głównymi prawicowymi partiami, bo to „oczywista oczywistość”, jak mawia lider jednej z nich. Tak więc
(2) centryzacja polityki jest zjawiskiem stałym i o niemal globalnym zasięgu.
Jeśli za dwa lata kontrkandydatem premiera Tuska (którego rząd będzie dogorywał z mizernym zapleczem rozpadającej się, choć wciąż największej na scenie politycznej, partii i minimalnym poparciem niezadowolonego z sytuacji społeczno-gospodarczej elektoratu) będzie np. były koalicjant – kandydat „pojednania i zgody narodowej” Waldemar Pawlak lub też – co bardziej prawdopodobne – gwiazda popkultury i mediów, wynik nie musi być przesądzony.
Ale McCainowi udało się mimo oporów też to, co jest od zawsze marzeniem kandydata partii republikańskiej i właściwie każdej dużej europejskiej partii prawicowej, czyli zjednoczenie
- konserwatystów obyczajowych i tradycjonalistów religijnych (w USA – m.in. protestanccy fundamentaliści),
- ekonomicznych liberałów
i zwolenników aktywnej walki o bezpieczeństwo zewnętrzne (w USA ważniejsze) i wewnętrzne (casus Nowego Jorku Giullianiego);
W Polsce eksperymentalne połączenie konserwatyzmu obyczajowego, polityki „zero tolerancji dla przemocy” (choćby tylko w polskiej szkole) z liberalizmem ekonomicznym wprawdzie nie zostało entuzjastycznie przyjęte przez społeczeństwo (wynik LPR w 2007 na poziomie 1,3%). Jednak z kolei sukces PiSu opierał się poniekąd na połączeniu pierwszej grupy wyborców z plebejskim radykalizmem o socjalnym zabarwieniu schlebiającym podstawowym potrzebom ludzi, czyli bezpieczeństwa osobistego i ekonomicznego. Nie na darmo Ziobro nazywano „polskim Giullianim” a „solidarną Polskę” Kaczyńskich porównywano do przywoływanego przez Busha „konserwatyzmu współczucia” (compassionate conservatism).
(3) Tylko twórcze połączenie tradycjonalizmu (nie konserwatyzmu!) z odwołaniem się do poczucia socjalno-bytowego lęku społeczeństwa, pozwala „prawicy” wygrywać wybory.
Ostatnie wybory prezydenckie we Francji potwierdzają tę prawidłowość, szczególnie widoczną w Europie. Jeden z komentatorów życia publicznego określił niedawno wybory w USA jako wybory, którymi rządzą dwie trumny: Kennedy’ego i Reagana. Mniej więcej jak u nas swego czasu Piłsudskiego i Dmowskiego. Rzeczywiście, wśród republikanów odwoływanie się do prezydentury Reagana należy do kanon myślenia politycznego, ale i to, że rodzina Kennedych (w części) popiera Baracka Obamę na pewno pomaga młodemu politykowi „podpiąć” się pod legendę JFK. Dodatkowo, zwracam uwagę na zdominowanie kampanii sprawami wewnętrznymi (Irak też jest tam tak postrzegany jako wyłączna sprawa USA) i np. absolutne desinteressment w kampanii niedawnymi wyborami prezydenckimi w Rosji.
(4) Polityka krajowa zawsze będzie ważniejsza i nie będzie nigdy wolna od symboli odnoszących się do historii politycznej danego państwa.
Ostatnia debata w Partii Demokratycznej między Barackiem Obamą a Hillary Clinton, pokazała jej brak przygotowania do pełnienia funkcji prezydenta. Obama, z zaledwie kilkuletnim stażem w senacie, wypadł jak prawdziwy profesjonalista i mąż stanu przy - wydawać by się mogło - bardziej doświadczonej partyjnej koleżance. W Stanach debaty od czasu tej pomiędzy Kennedym i Nixonem to niesłychanie ważny element kampanii. Okazało się też – po raz kolejny – że nawet popularne i doświadczone politycznie panie w kampanii wyborczej przegrywają.
(5) Kobieta zawsze ma mniejsze szanse w osobistym starciu w brutalnej kampanii wyborczej.
Amerykańscy dziennikarze podkreślają, że Barack Obama ma niesamowitą siłę przyciągania i charyzmę, natomiast brak mu programu. Właściwie trudno byłoby wskazać na jakiekolwiek konkretne postulaty programowe prawdopodobnego kandydata demokratów. Nasuwa to nam nieodparte skojarzenie z „naszym” premierem, który choć może i sympatyczny i doskonale wypadający w mediach, to z merytorycznym przygotowaniem jest totalnie na bakier (vide: jego niewiedza nt. podatków w Irlandii i prowadzenia działalności gospodarczej Polsce).
(6) Liczy się wizerunek nie program.
Na koniec warto też zwrócić uwagę na powtarzaną bezrefleksyjnie i bezkrytycznie w polskojęzycznych mediach frazę o „młodym 47-letni kandydacie demokratów”, co pokazuje jak zróżnicowane bywają spojrzenia na pretendentów do sprawowania funkcji głowy państwa (Kwaśniewski, gdy obejmował urząd prezydenta miał 41 lat i nie przypominam sobie, aby ktokolwiek mówił o nim jako o „młodym prezydencie”). Prawdopodobne (sondaże na to wskazują) zwycięstwo McCaina oznacza też utrzymanie się, a nawet umocnienie na szczytach władzy i administracji amerykańskich neokonserwatystów (więcej o nich tutaj / http://bonislawski.blog.onet.pl/2,ID283492783,DA2008-01-15,index.html
Konrad Bonisławski - prezes Młodzieży Wszechpolskiej, prawnik, publicysta.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)