Postmoderniści (a do takich zaliczyć trzeba lewaków spod znaku Gazety Wyborczej) wierzą w specyficzny rodzaj utopii; fundamentem owej utopii jest przyjęcie założenia, że natura ludzka jest z istoty swojej schizofreniczna. Schizofrenia ta polega na przyjęciu założenia, że o ile człowiek jest istotą quasi-boską w teorii, tzn.sam dobiera sobie normy społeczne, moralne, kulturowe etc. i tylko nieskrępowane i permanentne “ustanawianie” (w sensie poznawczym, refleksyjnym) siebie samego i otaczającej go rzeczywistości pozwala mu na “samorealizację”, o tyle w praktyce jest już raczej quasi-niewolnikiem zdeterminowanym do tego by żyć w jedynie słusznym systemie demokracji liberalnej rządzonej przez ideologię prawoczłowieczyzmu i ożywianej pionierskim zapałem indywidualizmu. Mówią nam więc postmoderniści: jesteś wolny absolutnie i każdy nakaz ludzki czy boski jest dla ciebie kajdanem – odrzuć go a będziesz mógł żyć w pełni swobodnie w naszej doskonałej, pięcioprzymiotnikowej demokracji gdzie jednostka jest wolna od rodziny, społeczeństwo wolne od narodu, rynek wolny od moralności, Kościół wolny od hierarchii, wiara wolna od religii, politycy wolni od odpowiedzialności, a prawo wolne od logiki.
Nietrudno zauważyć, że, w sensie instytucjonalnym, jedyną zorganizowaną siłą stawiającą (coraz słabszy niestety) opór barbarzyńcom spod znaku wolności, równości i kainowego braterstwa jest obecnie Kościół Katolicki, który ze swymi, fundamentalnymi dla funkcjonowania każdego zdrowego społeczeństwa zasadami Tradycji, Hierarchii i Autorytetu jest w dzisiejszej Europie niejako żywą skamieliną tego co na naszym kontynencie było niegdyś wzniosłe, piękne i niedotknięte ręką anarchicznego profana. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest więc permanentny atak na to co w Kościele jeszcze zdrowe. Atak prowadzony jest dwojako – zewnętrznie i wewnętrznie, a ostatni tydzień dał nam kliniczne wręcz przykłady na to w jaki sposób następuje rozprawa z ostatnimi przyczółkami “wstecznictwa”.
Na naszym rodzimym podwórku moraliści spod znaku GW urządzili wielokrotnie ćwiczoną już pokazówkę pod hasłem “skandal pedofilski w Kościele” . Pomijając wszystkie towarzyszące tej sprawie wątpliwości (vide list byłych wychowanków Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie w obronie oskarżonego księdza) znamienne jest użycie w niej kapłana jako narzędzia służącego uderzeniu w Kościół. Trzeba tu przy okazji z przykrościa zauważyć, że nie po raz pierwszy dominikanie (obok jezuitów) stają w pierwszym szeregu walki o liberalizację i tzw. demokratyzację stosunków panujących wewnątrz Kościoła, jak gdyby nie dostrzegając, że to właśnie te procesy rozkładowe w połączeniu z upadkiem surowego wychowania moralnego tak świeckich jak i kleru są przyczyną kolejnych skandali – zarówno tych rzeczywistych jak i tych medialnie generowanych.
Nietrudno zgadnąć, że gdyby nie owe przyczółki modernizmu w Kościele, jawnym, antykatolickim wrogom spod znaku lewicy laickiej byłoby o wiele ciężej. Najgorsze w tym wszystkim jest zaś to, że oprócz świeckich i duchownych, których z łatwością można zakwalifikować jako leninowskich “pożytecznych idiotów” mamy do czynienia z “nominalnymi katolikami” powtarzającymi wszystkie postmodernistyczne bzdury na gruncie filozofii, antropologii etc. z zaznaczeniem (parafrazując), że mówią to “z pozycji katolickich”.
W skali globalnej mieliśmy w ostatnich dniach do czynienia z połajanką jaką Ojcu Świętemu zgotowały rozmaite media, środowiska i “powszechnie szanowane” gremia w związku z brakiem natychmiastowej reakcji na wydarzenia w Tybecie. Co ciekawe, bardzo często wypowiadali się ludzie, którzy w przeszłości krytykowali Watykan za “mieszanie się do polityki” tzn. za zajmowanie stanowiska idącego pod prąd politycznej poprawności. Zostawmy jednak hipokrytów z ich własną żółcią – sytuacja wokół Tybetu dostarcza bowiem materiał do nieco głębszej refleksji. Warto bowiem zadać sobie pytanie – dlaczego Watykan miałby zajmować stanowisko w sprawie Tybetu? W imię jakich wartości? - praw człowieka, które wcale nie są tożsame z wiarą katolicką, a może egalitarnej demokracji? A może Stolica Apostolska zobowiązana jest do wspierania buddystów, którzy od kilkudziesięciu lat stanowią na Zachodzie poważne wyzwanie dla chrześcijaństwa? Nic z tych rzeczy – Watykan w pierwszym rzędzie powinien dbać o zagwarantowanie chińskim katolikom swobód i możliwości działania, a to nie jest obecnie wykonalne bez w miarę poprawnych stosunków z Pekinem. Histeryczne reakcje nigdy nie były cechą polityki Stolicy Apostolskiej i uznać należy, że dzisiejsza stonowana wypowiedź Benedykta XVI nie jest ani spóźniona, ani niewystarczająca. Dołączenie przez Ojca Świętego do chóru “święcie oburzonych”, którzy w przestrzeni działań realnych wykazują się co najwyżej masową produkcją listów otwartych, nie pomogłoby ani Tybetańczykom, ani chińskim katolikom.
Nieprzypadkowo na gruncie polskim w kwestii tybetańskiej krucjatę “tysiąca otwartych listów” ogłosiła Gazeta Wyborcza. Środowisko to jest bowiem (wbrew niektórym opiniom oskarżającym je o cynizm) niezwykle mocno ideowo zaangażowane. Lansując postmodernistyczne wartości oparte na fałszu, ludzie ci muszą sięgać oczywiście po obłudę, niemniej nie można odmawiać im żarliwości ideologicznej z pogardą traktującej wszelką realpolitik. Warto w tym miejscu skonstatować, że rzeczywistym celem redaktorów z Czerskiej i ich towarzyszy (a jest ich przecież niemało wśród tzw. inteligencji) nie jest dobro Tybetu, czy troska o morale duchownych - celem jest utopijna wizja człowieka, do której spełnienia konieczne są wspomniane na początku warunki. I trudno się dziwić, że, ze względów taktycznych, lewica i liberałowie nie występują wprost kamienując Kościół jako ostatni znak sprzeciwu; wygodniej jest przecież być faryzeuszem niż krzyczeć “krew Jego na nas i na dzieci nasze”.
Robert Winnicki - prezes okręgu dolnośląskiego Młodzieży Wszechpolskiej, student Uniwersytetu Wrocławskiego


Komentarze
Pokaż komentarze (6)