Po wczorajszej wizycie Adama Hofmana w programie ”Tomas Lis na żywo” pozostaje jedno pytanie, w jakim celu ludzie z Prawa i Sprawiedliwości przyjmują zaproszenia do programu, w którym z założenia odbywa się gotowanie pisowca. Goście zwołani, kociołek ustawiony, warzywa spokojnie bulgocą na wolnym ogniu, komplet czeka na szefa kuchni. Jest, wchodzi przy aplauzie widowni, telewidzowie teraz z zainteresowaniem oczekują na recepturę ściskając kartki w jednej, a długopis w drugiej dłoni, podobno potrawa jest wyśmienita, według najnowszej receptury z wchodu europy. W tym momencie można oprawić mięsiwo i zanurzyć w roztworze. Wszyscy spoglądają na rzecznika PiS-u, ponaglają słowami wyskakuj z szat na zaproszeniu małymi literkami w prawym dolnym rogu wszystko było przekazane, obecny w charakterze wkładu do zupy. Cóż robić Hofman spokojnie ląduje w kotle. Przystępujemy do kucharzenia, w trakcie prowadzący wyczytuje składniki, trochę tego jest ledwo zdążam notować. Pozostali zaproszeni się niecierpliwią urozmaicając sobie czas oczekiwania opowieściami o antysystemowym ugrupowaniu, totalitarnym państwie, wykluczaniu obywateli itp. Jedynie rzecznik PiS ma pełne ręce roboty odgrywając kluczową rolę, żeby nie rzec gwiazdy programu, a z pewnością postaci, bez której zupa nie miałaby właściwego aromatu i konsystencji. Jest niezastąpiony. Uczestnicy kulinarnego show dopomagają kuchmistrzowi, co róż podrzucają szczapy ognia, aby nie zagasł, przykrywają i odkrywają pokrywkę. Mistrz od czasu do czasu kosztuje wywaru dorzucając przypraw, pierwszego dania starczy dla wszystkich w studiu. Co za widowisko, zgniotłem kartkę wiedziony refleksją, po co mi ta receptura przecież ja ludożercą nie jestem? Z niesmakiem wyłączyłem odbiornik.
ps. Moje subiektywne odczucia!


Komentarze
Pokaż komentarze (18)