Wrzesień 1987 roku. Polska jest smutnym, szarym i biednym krajem. Panuje apatia, Solidarność jest słaba, ludzie są zniechęceni polityką, myślą przede wszystkim, jak związać koniec z końcem. Nikt już nie wierzy w komunizm, ale również niewielu wierzy w koniec komunizmu. W tej atmosferze marazmu i powszechnego zniechęcenia do Polski przyjeżdża wiceprezydent USA George Bush. Oferując normalizację stosunków z Warszawą, stawia polityczne warunki, między innymi spotkanie z Lechem Wałęsą i telewizyjne przemówienie do Polaków.
Jak dziś pamiętam szok i radość, jakich doznałem, słuchając słów Busha o Wałęsie, o wolności i prawach człowieka. Pada również sakramentalne „będziemy zawsze z wami”, a wszystko to w telewizji kontrolowanej przez komunistów. W 2012 roku te słowa mogą brzmieć jak frazesy, lecz w 1987 były one ciosem dla komunistów i nadzieją dla mojego pokolenia. Nie wiedzieliśmy jednak wtedy, że te gesty Busha miały również wydźwięk wewnętrzny w USA. Wkrótce po powrocie Bush ogłasza, że będzie kandydować w wyborach prezydenckich. Zdjęcia z Wałęsą i w tłumie entuzjastycznych warszawiaków pojawiają się w jego kampanii i pomagają mu zbudować wizerunek naturalnego następcy Reagana, którym Bush w istocie zostaje już rok później.
Przyjazd Mitta Romneya do Polski (30–31 lipca) również należy odczytać przede wszystkim w kategoriach wewnętrznej polityki amerykańskiej. Naturalnie cieszyć może, że kandydat republikanów wybrał właśnie Polskę do wygłoszenia ważnego przemówienia w końcówce kampanii. Barack Obama w trakcie wyborów w 2008 roku ominął nasz region, wybierając Londyn, Paryż i Berlin – i tak mniej więcej zostało aż do dziś. Romney dokonał innego wyboru – to dobry znak, świadczący o tym, że Polska jest ważnym sojusznikiem, przynajmniej dla części elit amerykańskich.
Ale nie powinniśmy się łudzić, że jeśli Romney wygra w listopadzie, to stosunki amerykańsko-polskie ulegną gwałtownej naprawie. Wizy nie znikną z dnia na dzień, bazy amerykańskie czy tarcza antyrakietowa nie pojawią się w najbliższych latach, jeśli w ogóle. Główny trend w polityce zagranicznej USA stanowi poluzowywanie związków z Europą, a relacje z Polską są pochodną tej tendencji, która ma korzenie strukturalne (wzrost znaczenia Chin, wyzwania na Bliskim Wschodzie), a nie polityczne.
Przemawiając w 1987 roku z ekranów naszych czarno-białych telewizorów wiceprezydent Bush przyniósł Polsce nadzieję i pomógł obudzić się nam z apatii. Mitt Romney z pewnością podkreśli znaczenie Polski dla USA, w co w istocie można było ostatnio powątpiewać. Ciesząc się z wyróżnienia Polski przez kandydatów Partii Republikańskiej w 1987 roku i teraz, musimy pamiętać jednak o tym, że odbiorcą takich wydarzeń ma być przede wszystkim wyborca amerykański. Natomiast Polska będzie musiała współpracować ze zwycięzcą listopadowych wyborów bez względu na to, kto nim będzie.


Komentarze
Pokaż komentarze (62)