Czy warto w dzisiejszych czasach mieć wyższe wykształcenie? Taka debata ( między innymi nad stanem wykształcenia w Polsce oraz kondycją młodych - wykształconych na rynku pracy ) zapoczątkowana została niedawno w środkach masowego przekazu. Najczęstsze powody niepokojów to dewaluacja wyższego wykształcenia oraz nasycenie rynku magistrami szkół wyższych, w szczególności dotyczy to wykształcenia humanistyczno - ekonomicznego.
Obserwując rynek pracy nad Wisłą, można dojść do wniosku że jesto on przesiąknięty niczym gąbka " wykształconymi" absolwentami kierunków humanistycznych którzy o swoje tytuły zabiegali w uniwersyteckich aglomeracjach. Nie trzeba być uczonym socjologiem, biegłym w dziedzinie satystyki by wywnioskować tą tendencję. Wystarczy odwiedzić w dowolnym mieście urząd pracy lub wejść na stronę internetową odpowiedniej placówki by dostrzec gdzie i jakie wakaty ma do zaoferowania gospodarka. Są to takie " łakome kąski " jak kierownik prac leśnych, mechanik pojazdów samochodowych czy mechanik pojazdów
ciężarowych, czyli stanowiska pracy gdzie poszukiwani są wykwalifikowani pracownicy i które realnie, w najbardziej rzeczywisty sposób tworzą pkb. Są to miejsca pracy w produkcji przemysłowej i w branży przemysłowo - usługowej. Głównie w tych sektorach gospodarki jest zapotrzebowanie na nowych pracowników oraz pewne zatrudnienie na umowę o pracę.
Dla porównania warto zwiedzić jakąkolwiek stronę internetową w poszukiwaniu pracy biurowej, czyli pracy skierowanej w stronę osób o wykształceniu humanistycznym. Na jedno ogłoszenie odnośnie pracy biurowej na umowę zlecenie, mamy kilkaset lub kilka tysięcy kliknięć. W obecnej sytuacji rynek pracy z jendej strony oferuje wolne miejsca pracy, z drugiej wyrzuca kolejnych teoretyków i potencjalnych pracowników biurowych.
Biorąc pod uwage strukruę wykształcenia, szczególnie młodych Polaków, osób kończących edukację i zaczynających dorosłe życie, jest on dla nich mocno niekorzystny.
Nie jest to jednak sytuacja nienormalna co można sensownie uargumentować oraz wskazać dlaczego tendencja ta, bez głębokich reform w edukacji i szkolnictwie wyższym nie będzie się zmieniać.
Obecnie dla ogromnej rzeszy filozofów, socjologów, politologów a nawet prawników, ekonomistów czy administratywistów rynek nie jest w stanie wytworzyć kolejnych biurek przy których wykształceni magistrowie tychże kierunków mogli by przeglądac dokumenty i korespondencje różnego rodzaju podmiotów gospodarczych.
Powszechność studiów jest pierwszym powodem dla którego absolwent uniwersytetu nie jest dla pracodawcy atrakcyjny pod żadnym względem. Nie ma z reguły bowiem doświadczenia w postaci stażów, praktyk dłuższych niż miesiąc a jeżeli studiował dziennie przegrywa doświadczeniem na przepełnionym rynku. W tym momencie jego tytuł staje się nieżauważalny przy wspomnianym nasyceniu magistrów, nie tylko kończących studia dzienne lecz coraz liczniej zaoczne. Aby wybić się ponad przeciętność nadprodukcji magistrów nie wystarczy więc sam dyplom. Studia podyplomowe czy doktoranckie obecnie nie są już tylko możliwością poszerzania horyzontów, intelektualnym awansem, czy szybką ścieżką zdobycia kierowniczych stanowisk, lecz coraz częściej próbą przetrwania na rynku pracy. Owszem, wciąż jest to forma wybicia się, pokazania wyższego statusu społecznego ale gra już idzie o to by wywalczyć socjalne minimum w postaci zatrudnienia zapisanego w kodeksie pracy.
Bardzo charakterystyczną tendencją opisaną w tygodniku POLITYKA jest obowiązek ciągłego przekwalifikowywania się, dokształcania, zbierania nowych doświadczeń w różnych miejscach pracy, na elastycznym rynku. Zdaniem tygodnika czasy pewnej, stałej i zabezpieczonej przepisami kodeksowymi pracy odchodzą w przeszłość i ciężko się z tym nie zgodzić w sytuacji kiedy o jeden etat w firmie, kancelarii prawnej, finansowej czy urzędzie walczy po stu wykształconych humanistów i humanistek. Co więc jest potrzebne by w tej dżungli przetrwać ? Niezbędną wydaje się redukcja oczekiwań, zdolność do pracy na pół etetu, pracy zadaniowej, na umowy cywilnoprawne, bez przywilejów pracowniczych wynikających bezpośrednio z przepisów prawa pracy. Coraz częściej w dużych miastach młodzi ludzie odbywają w dzień staże, bezpłatne praktyki, wieczorami dorabiają w pubach a w weekendy uczęszczają na studia podyplomowe z europeistyki, politologii lub stosunków międzynarodowych.
Pochodną powszechności studiów jest ich dewaluacja. Wynika to po części z naszych kompleksów narodowych a nawet z naszej historii. Zapatrzeni po 1989 roku na zachód Europy, z optymizmem przyjmowaliśmy do wiadomości informacje o coraz wiekszej liczbie studentów studiujących na krajowych uczelniach, w swoim mniemaniu przestawaliśmy być krajem robotniczym. Państwo, chcąc nadrobić szybko dystans do krajów lepiej rozwiniętych, zaczęło produkować magistrów za pomocą kredy i tablicy a w ślad za tym poszły likwidacje szkół zawodowych. O sukcesie edukacyjnym zapewniali nas politycy wywodzacy sie z Solidarności, Unii Demokratycznej, Unii Wolności czy AWSu. Mówili o tym ojcowie nowej republiki, na czele z Tadeuszem Mazowieckim, a także politycy związani dziś bezpośrednio z parlamentem krajowym i europejskim. Być może też cynicznie wmawiali nam sukces na zasadzie sztucznego PRu.
Obserwuję więc jak moi znajomi ze szkolnych ław którzy mieli problemy w gimnazjum i szkole podstawowej ze zdawaniem z klasy do klasy, studiują na uniwersytetach, zaocznie lub na kierunkach gdzie miejsc jest znaczna podaż. Koleżanka która od 4 klasy szkoły podstawowej miała zagrożenia studiuje na uczelni państwowej w Olsztynie.
Inna znajoma, trójkowa uczennica z liceum dla której pisałem eseje z języka angielskiego i rzadziej sprawdziany z historii skończyła prawo na tym samym uniwersytecie.
Oczywiście szanuję zasadę że każdy ma prawo do edukacji, każdy też może zmienić poglądy na życie i zdabać o swój los. Mamy przecież zapisaną w Konstytucji zasadę równość szans, równości wszystkich obywateli, a także równego dostępu do edukacji, jednak jako osoba myśląca racjonalnie, bliżej mi do poglądu zgodnie z którym spora część uczelni nie dbając o prestiż stała się zagłębiem studentów, a ich poziom często nie dorównuje poziomem dobremu liceum czy nawet gimnazjum.
Co jest tego przyczyną? Najszybszą odpowiedzią która przychodzi mi na myśl jest biznes. Uczelnie otrzymują z budżetu państwa pieniądze za każdego studenta. Im więcej osob studiuje na państwowej uczelni tym więcej dostaje ona pieniędzy.
Uczelnie tworzą więc egzotyczne kierunki lub zaniżają pułap którego przekroczenie pozwala zdobyć indeks na danym kierunku. Wszystko to jest walką o pieniądze z budżetu państwa. Palącym problemem wydaje się niezbędna lecz trudna do wprowadzenia zmiana finansowania uczelni. Reszta ureguluje się sama.
Na zachodzie Europy system finansowania szkolnictwa wyższego wygląda inaczej niż w naszym kraju. Na ilości studentów uczelniom zależy mniej niż na jakości kształcenia, więc finansuje się w wiekszym stopniu badania naukowe. Być może zabrzmi to górnolotnie lecz jeżeli Polska nie zainicjuje żadnych reform to nasze szkolnictwo wyższe będzie w coraz większym stopniu produkować niskozatrudnionych pracowników umysłowych. W XVII i XVIII wieku upadek polskiego szkolnictwa symbolizowały uczące niepraktycznej teorii szkoły Jezuitów, dziś pewne analogie niedopasowania w szczególności do potrzeb rynku a także w budowaniu nowoczesnej inteligencji można odnaleść w obecnym systemie oświaty.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)