Chwiał się na nogach, lekko przynapity. Szedł wolno, rozglądał się. Na widok dużego billboardu wyborczego przystanął. „Kaczka, ja ub’ju tebja” – zabełkotał pod nosem i ruszył dalej. Był pogodny, słoneczny dzień pod koniec maja 2010, w jednym z niewielkich przygranicznych miast tzw. ściany wschodniej, gdzie wybory tradycyjnie wygrywają kandydaci prawicy.
Ukrainiec? Białorusin? Ktoś z Rosji? Wygląd i wolapik, jakim się posłużył, żeby wymamrotać pijacką w formie, ale w treści morderczą groźbę pod adresem jednego z dwóch kandydatów na prezydenta RP, praktycznie uniemożliwiały identyfikację etniczną. Ot, jeden z setek żulików penetrujących strefę niedostatku w okolicach polskiej części granicy Unii Europejskiej.
*
Ale wybrano Łódź. Miejsce w środku kraju. Miasto nie największe, ale przecież nie z tych małych. Co wiemy o zabójcy? Że nazywa się Ryszard C., że przez cztery dni mieszkał w dwugwiazdkowym hotelu Centrum (120 zł/noc), o pół kilometra od biura poselskiego PiS, że był taksówkarzem… Ciekawe jednak, co robił wcześniej, w czasach PRL. Dziennik „Polska-theTimes” do tego skromnego dossier dodał tylko, że dwaj pasierbowie Ryszarda C., który od lipca przebywał poza Częstochową (na obozie treningowym?), są policjantami.
O sprawcy mordu politycznego w Łodzi, mimo że kwestia tożsamości zabójcy jest bezdyskusyjna, wiemy jednak dziwnie mało, zwłaszcza w porównaniu z niewiele wcześniejszym przypadkiem z Rybnika, gdzie media skwapliwie poinformowały, że sprawcą morderstwa jest Grzegorz Wróbel, syn ofiary. Z użyciem pełnej formy nazwiska. A przecież na dobrą sprawę, nie wiadomo jeszcze na pewno, że były wojewoda nie żyje, bo ciała dotąd nie odnaleziono.
Warto zauważyć, że rzutki prywatny detektyw, który zaraz skierował podejrzenia w stronę syna, jest również emerytowanym policjantem. Motywy zabójstwa, w wersji przedstawianej przez media, naprawdę nie przekonują. Bystry, dobrze wykształcony, sprawny intelektualnie trzydziestolatek miałby zabić ojca za to, że nie chciał mu sfinansować podróży od USA? Przecież w takiej sytuacji szanse na podróż maleją do zera, głównie z przyczyn pozaekonomicznych. A dziś informatyk na wojaże po świecie dość łatwo może zarobić. W kraju lub zagranicą.
O ile jeszcze, od biedy, można by uwierzyć w spowodowanie śmierci ojca w afekcie, w jakiejś gwałtownej kłótni, to już ćwiartowanie zwłok bliskiej sobie ofiary i wywożenie takich fragmentów opakowanych w tapety, brzmi jak kiepsko napisany scenariusz filmowy. Chyba bardziej wiarygodna byłaby wersja, że podczas podróży Wróbla juniora do Indii (lub w USA, gdzie też przebywał) poddano specjalistycznej obróbce mentalnej z udziałem hipnozy, za sprawą której można skłonić osobę do irracjonalnych działań na hasło.
Taką hipotezę – owszem, egzotyczną i filmową – racjonalizuje jednak fakt, że Eugeniusz Wróbel był m.in. specjalistą od elektronicznego sterowania maszyn latających i konsultantem ministra Polaczka w sprawie interpelacji poselskich dotyczących kwietniowej tragedii rządowego tupolewa w Smoleńsku. A pikanterii, przynajmniej na obecnym etapie (dez)informowania opinii publicznej o tej sprawie, dodaje fakt, że Wróbel junior, dziwnie poraniony na rękach i nogach, przed sądem odwołał swoje wcześniejsze przyznanie się do winy.
*
Sugestia, że spektakularny, ale bezsensowny przecież mord w Łodzi, tyle że dokonany w precyzyjnie określonym terminie – przez cztery dni Ryszard C. czekał w hotelu na sygnał i właściwą broń?! – miał przykryć medialnie sprawę rybnicką, nosi sporo cech racjonalności. Oczywiście, mowa tu racjonalności operacyjnej, właściwej działaniom służb, szykujących tzw. montaż. Racjonalności, z punktu widzenia ludzi o zdrowym sumieniu, zbrodniczej.
Biorąc jednak pod uwagę przyzwolenie kierownictwa państwa na eskalację działań „Niemca” czy kucharza-Tarasa oraz ich bojówek pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie, a także długookresowe przyzwolenie kierownictwa Platformy Obywatelskiej na gesty oraz działania Biłgorajczyka, trudno zakładać, że to tylko przypadkowe zbiegi okoliczności, które jacyś nadgorliwcy stroją w szatki niepoważnych teorii spiskowych.
Niestety, chyba się zaczęło. Łódzki eksces, oprócz swej praktycznej funkcji, może być rozpisanym na serię eventów „pożarem Reichstagu”. Gdzie widzę podobieństwa? Nie, wcale nie w tym, że pomysłodawcy podpalenia gmachu parlamentu w Berlinie pasjami lubili urządzać nocne marsze z pochodniami. Lecz raczej w tym, że taką medialnie efektowną, a społecznie efektywną prowokację zorganizowali dla wytrzebienia opozycji.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)