Blog
Brun
Brun
0 obserwujących 16 notek 7078 odsłon
Brun, 11 października 2018 r.

Wspomnienie o Człowieku

206 5 0 A A A
Longyearbyen
Longyearbyen

Czytam, czytam i własnym oczom nie wierzę, chociaż zaczynam wierzyć, że wojny religijne miały swoje dobre powody. Aby wybuchnąć.

 Całe to salonowe, męskie gotowanie trąci amatorszczyzną, Nic zatem dziwnego, że, w tej sytuacji, ciepło myśli się o profesjonalistach.

Zaraz, niedługo będzie pierwsza rocznica śmierci mojego kolegi, zawodowego kucharza, z którym przez kilka lat razem pływaliśmy na jednym statku. Janek nigdy by nie podał na stół konserwy z odgrzanym makaronem, nigdy też nie chrzaniłby o jakiś żywieniowych zamiennikach. Gotował sam jeden, z niewielką pomocą bajkoka, codziennie dla trzydziestu osób, śniadania, obiady, kolacje....

image

Budzik za piętnaście minut do północy bo zawsze jakoś, mimo że nie chcę sen kapkę przed wachtą mnie morzy. Nigdy więcej niż siedem godzin, jednym ciągiem, spania zatem i nic dziwnego, że każde przyłożenie, z książką nawet, do koi kończy się przenikliwym piszczeniem budzika i, tak jak teraz półprzytomnym spojrzeniem i jaskrawym, mrużącym zaspane oczy światłem w kabinie.

   Silnik mruczy swoje, przechylamy się na burty zwykłym rytmem. W mesie mechanik w elektrycznym czajniku wstawia wodę na kawę do swego niebieskiego kubka, w pentrze woda przelewa się na dnie zlewu i jakieś niepomyte dwa kubki obijają się o blachę, w rytm przechyłów, z głuchym stukotem. biorę z talerzyka garść pokrojonych cytryn i, zanim pójdę na mostek zamieniam mruknięcie z mechanikiem i dwa słowa z Jankiem, który w kabinie telewizyjnej kończy właśnie swój długi statkowy dzień nad drugim już tego wieczora kryminałem.

Chociaż najbardziej lubi Janek horrory. Kiedy kuchnia już na noc zamknięta, półmiski na nocne wachty przygotowane i zamknięte w podręcznej lodówce, zaparza kucharz kubek herbaty, z sobie tylko znanego zakamarka wyciąga dużą torbę chipsów, które w salaterce do sałatek sprawiedliwie stawia na środku stołu w zaciemnionej i tylko blaskiem od filmu oświetlonej kabinie telewizyjnej. Rozsuwa na kanapie towarzystwo i sam się sadowi w najwygodniejszym miejscu.

Przy drugim horrorze, tuż przed północą cały statek już śpi, Janek sam jeden przed telewizorem, z nogami na stołeczku, nad pustą już chipsową miską też zaraz pójdzie spać. Mijamy się po drodze z, i do pracy. Ja na cztery godziny na górę, Janek na sześć godzin do koi, bo dzień kucharza okrętowego zaczyna sie o szóstej rano, kiedy trzeba rozpocząć przygotowania do całodziennego wyżywienia trzydziestu marynarzy i naukowców.

Tak to pamiętam, te conocne, przez lata, spotkania przed północą. Najczęściej we mroku, ale pływaliśmy przecież także i w blasku wiecznego dnia polarnego, wtedy i o północy do mesy, przez bulaj, wpadały czasem jaskrawe, słoneczne smugi światła. Ma to wspomnienie swoje kolory.

Zdarzyło się kiedyś, że przez czas jakiś zmieniłem wachtę na późniejszą. Główną zaletą tego układu było to, że wachta kończyła się o ósmej rano. Śniadanie na statku przetaczało się przez mesę o wpół do ósmej. O ósmej w pentrze piętrzyły się stosy talerzy do pozmywania a w pustej mesie do posiłku zasiadało trzech szefów działów; starszy oficer, starszy mechanik i kucharz. Na stopie przyjacielskiej i bardzo zfraternizowanej.

Steward sprzątał tam swoje i, przy okazji, podrzucał na stół to co tam Janek zaordynował. Szło oczywiście to samo co i na głównym śniadaniu, za to w ilościach nieograniczonych prawie. Do dyspozycji były wszystkie śniadaniowe nadwyżki.

– Nie chcesz szóstej paróweczki? Zjedz, zjedz, marnie coś dzisiaj wyglądasz…. Jajeczko?

Dzień się kończył, czy też zaczynał, trudno to było określić, w mesie cisza i spokój, Stary na mostku wyznaczał jakieś nowe dzienne zadania i kierunki a myśmy spożywali śniadanie.

[…]

Z lekka zmoknięci i przewiani wiatrem siadamy w mesie do obiadu. Nic się nie dzieje, żadnego ruchu w kuchni mimo jak najbardziej właściwej godziny.

Jest z deka stresująco. Steward ulatnia się z mesy dyskretnie, cisza.

Cisza i niezwyczajny o tej godzinie bezruch.

Kucharz wychodzi na środek mesy, patrzy nerwowo na zebrane i milczące towarzystwo.

– Nie ma obiadu. Nie będzie, za wcześnie przyszliście, muszę was wszystkich karmić, jeszcze piętnaście minut bo

kartofle nie doszły.

Cisza. Jak makiem zasiał, oczy wszystkich, jakby jedną myślą powodowane wędrują spojrzeniem to na Janka to na

kapitana który na statku ma władzę najwyższą. No, nad niedopieczonymi kartoflami nie, Stary jednak czuje, że musi coś zrobić, chrząka;

– Zupa, Szefie, jest?

– Zupa jest.

– To dawaj zupę.

Janek czerwienieje na twarzy, znika w kuchni i po chwili z rozmachem stawia wazę zupy na stole.

Cisza i tylko słychać stukanie łyżek, czasem ktoś siorbnie.

Na to wpada Andrzej, który wstępu o piętnastu minutach nie słyszał i ordynuje;

– Dla mnie drugie danie poproszę.

– Z ziemniakiem? – Janek ma niebezpieczny błysk w oku.

Opublikowano: 11.10.2018 13:37.
Autor: Brun
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @noo  Tak, wszystkie pory roku, jak dotąd, były piękne i wyraziste, zgodne z prastarymi i...
  • @Moj Kochasiu  Generalnie, zwolennicy KO, żyjecie w oparach propagandowych absurdów wzorem...
  • @osasunna Zgoda, ludzie kopami POgonią platformę, tak jak pogonili Wałęsę w Gdańsku. To...

Tematy w dziale Rozmaitości