2 obserwujących
234 notki
17k odsłon
48 odsłon

B.85 Zapiski wartownika - 26 kwietnia cd

Wykop Skomentuj

Ta zmiana  w pracy nastąpiła chyba w czerwcu osiemdziesiąt dziewięć. W kwietniu wziąłem trzy tygodnie urlopu i pojechałem do Jastrzębiej Góry na kurs prawa jazdy. Na początku tego roku dojrzałem do podjęcia kolejnej próby zdobycia tego dokumentu. Przez kilka błędów znalazłem się w sytuacji, że nikt nie wiedział, że go nie mam. Dlatego nie chciałem robić kursu w mieście. Jak z nieba spadło mi ogłoszenie o wczasach z kursem w jakiejś gazecie. Drogą pocztową zamówiłem turnus zaraz po świętach Wielkanocnych. I tak zacząłem kurs 29 kwietnia 1989 roku. Kurs trwał trzy tygodnie i kosztował tylko tyce co dwutygodniowe wczasy. 

Dochodzi czwarta. Sporo napisałem tej nocy. Muszę zrobić małą przerwę. Chwilowo się wypaliłem...

Znowu jestem w pracy. I znowu dochodzi północ. Z Tereską byłem na małych zakupach i zastrzyku. Moja Żona powoli wraca do używalności. Problemy z korzonkami bardzo pomału ustępuje.

Skosiłem trawę w ogrodzie. Ledwo pochowałem kosiarkę do garażu, zaczęło padać. Niezbyt dużo, taki sobie deszczyk, ale zawsze. Miałem troszkę szczęścia.

Cały turnus wczasokursantów był zbieraniną różnych typów i typek (?) z całego kraju. Śląsk, Wybrzeże i Warszawa. Ja w pokoju mieszkałem z Józkiem. Młody synek z Chorzowa, który wyrwał się z domu, ciągnął do kieliszka.

Instruktorów na naszym kursie było chyba trzech. Nasz miał na imię Michał. Pochodził z Gdańska. Sympatyczny, spokojny brodacz. Jeżdziliśmy maluchem. Szło mi nawet nieżle. Każdego dnia mieliśmy jedną jazdę i trzy godziny zajęć teoretycznych. Zwykle polegały one na cichym rozwiązywaniu testów. Instruktorzy byli obecni, albo nie.

Życie towarzyskie kwitło w najlepsze. Jeden z instruktorów bawił się chyba ze trzy dni i oczywiście jego grupa miała wtedy wolne. Dwóch synków ze Stolicy poznało jedna z kucharek i w trójkę nie opuszczali pokoju. Dziewczyna omal nie straciła pracy.

Kilka starszych kursantek o wysokiej "samoocenie" też chyba nie przyjechało, żeby zdać egzaminy.

Ja miałem plan minimum: zdać testy. Cały materiał z przepisów, budowy i pierwszej pomocy opanowałem analizując zbiór pięciuset pytań, które były w testach. Zajęło mi to chyba trzy dni. Z teorii więc byłem przygotowany i pewny swoich umiejętności.

  27 kwietnia niedziela

Z jazdą też sobie radziłem. Problemy (małe) miałem tylko na placyku. I to też tylko z parkowaniem tyłem przy chodniku między samochodami. Ostatnie trzy jazdy na parkingu w Pucku dla mnie polegały na ćwiczeniu do znudzenia tego manewru.

Ostatniego dnia po obiedzie miałem ostatnią jazdę. Nie bardzo mi poszło. Zrobiłem kilka prostych i głupich błędów. Wstępnie umówiłem się z Michałem na dodatkową jazdę po kolacji. Jednak po przemyśleniu, na spacerze nad morzem, zrezygnowałem z tej jazdy. Doszedłem do wniosku, że gdyby znowu mi nie wyszło to bym się dobił. Jutro egzamin. Michał nie był zbyt zadowolony. Nie dziwię mu się bo to jednak dodatkowa kasa. Ale trudno.

Inni kursanci jeżdzili różnie. Była jedna pani, która przyjechała z "opiekunem". Ten pan wynajął poloneza i na własną rękę szkolił panią w jeżdzie. I to tak skutecznie, że pani rozbiła samochód w bramie ośrodka.   (cdn)


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale