Blog
Amicus Plato, sed magis amica veritas
Bielinski
Bielinski naukowiec ściśle ukierunkowany
0 obserwujących 32 notki 146538 odsłon
Bielinski, 9 lipca 2017 r.

Obrońcy ostatnich barykad

Wiele wrzawy wywołała wizyta prezydenta usa Donalda Trumpa sprzed kilku dni. W postępowych, liberalnych mediach tak w Polsce, jak i na Zachodzie, w Stanach, Anglii, we Francji, a szczególnie w Niemczech wygłoszono i napisano mnóstwo komentarzy nieprzychylnych, niechętnych, złośliwych, ogólnie wrogich. Chodzi tu o kluczowy punkt wizyty prezydenta Trumpa – przemówienie przed pomnikiem Bohaterów Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich. Przemówienie poświęcone głównie przypomnieniu bohaterstwa powstańców, co przecież było tak oczywiste w tym miejscu - na placu Krasińskich.

   Dziś to piękny plac, czysty i zadbany, w ostatnich dniach sierpnia 1944 roku tu stały ostatnie barykady upadającej Starówki. Na placu Krasińskich znajduje się właz kanalizacyjny. Jeden z tysięcy podobnych w samej Warszawie, a przecie jedyny taki i w Warszawie, i w Europie, ba na całej Ziemi nie znajdziesz miejsca o takiej historii. Jedyny to w dziejach właz do kanalizacji mający znaczenie wówczas strategiczne a dziś... magiczne. Czy magicznym można nazwać coś tak prozaicznego i brzydko pachnącego, jak właz do sieci kanalizacji? Tutaj chyba wolno. Miejsce sławne i straszne. Miejsce zagłady, gdzie zginęło, gdzie Niemcy wymordowali tysiące ludzi. Właśnie tym włazem powstańcy wycofywali się kanałami do Śródmieścia. Była to jedyna droga ocalenia. Wejście do włazu znaczyło życie. Niemcy na Starówce mordowali wszystkich: tak  powstańców, jak cywili, rannych i zdrowych, kobiety i dzieci. Dlatego powstańcy tak heroicznie walczyli o ostatnie barykady na placu Krasińskich. Ostatnia barykadę odsłaniającą sam właz wykonano pośpiesznie pod niemieckim ostrzałem z worków z piaskiem, z czego się dało, co było pod ręką. Niemcy wiedzieli o włazie. Ostrzeliwali go ogniem karabinów maszynowych rozstawionych na najwyższych piętrach ruin zdobytych budynków przy placu Krasińskim, bo już cześć pierzei placu była w ich rękach. Przykryli okolice włazu i cały plac gęstym ogniem moździerzy i granatników. Aby dojść do włazu powstańcy i cywile czołgali się pod ciągłym ogniem niemieckim za wątłą osłoną niskiej barykady, ustawicznie rozrywanej przez pociski. Kto doszedł żywy, lub ledwie lekko ranny, ten schodził do kanału i dostawał szansę na życie. Zabitych - ich koledzy i przyjaciele - wyrzucali na barykadę by podwyższyć osłonę. Ciała wstrząsane seriami z kaemów poruszały się, jakby żyli, a poniżej czołgali się ci, co jeszcze żyli.

   W ruinach okolicznych domów zgromadziły się setki, tysiące zrozpaczonych cywili: oszalałych ze strachu matek z dziećmi, starców, dzieci, jak również mężczyzn, oraz mnóstwo rannych powstańców, zostawionych przez przyjaciół, bowiem ciężko rannych nie dało się przenieść kanałami. Wszyscy chcieli dostać się do włazu. Chcieli żyć. Uciec z piekła. Ocaleć. Niemcy położyli ogień ciężkich dział i moździerzy na ruinach domów, gdzie kryli się mieszkańcy Warszawy. Niemieckie samoloty nadlatywały i zrzucały bomby. Obłe cielska granatów moździerzowych gładko wsuwały się między ściany kamienic pozbawionych dachów i stropów i eksplodowały pośród czekających na ewakuację do Śródmieścia kanałami. Ciężkie pociski rozrywały się nad ułomkami murów siekąc deszczem szrapneli. Wybuchy obalały mury, które padając przysypywały i miażdżyły ludzi.

   „Naprzeciw tego pożaru, tych ogni na ileś pięter, w słońcu był właz. Nad włazem pół kucał, pól stał ktoś. Jeden czy dwóch. I regulował ruch. Bez miłosierdzia zrzucał, zdzierał z pleców toboły, i plecaki i ciskał w bok; na stos, bo się uzbierało. Tu szło wszystko piorunem. Pociski biły wyraźnie w samo wejście. Z dwóch stron. Pożar szalał. I oblepiał. Pełźliśmy. Ile sił. Przed nami też. Za nami nieprzerwany ogon. Właz był nieduży. Płyta odrzucona w bok. Nikt nikogo nie uczył, co i jak. Zarzuciłem mego rannego na plecy. Nie. Podali mi go chyba jednak. Nie. Nie pamiętam. Może jednak z nim. W ten otwór. Ostatni widok. Kościół garnizonowy. Pali się. Dym. Słońce. Ogień. Pociski. I klamry. Raz noga. Raz noga. Coraz niżej. … I jesteśmy zupełnie, zupełnie pod ziemia. … Włazi się w to coś. Wody do pół łydki. Zaczynamy iść. W wodzie. Tak zwanej. Noga za nogą:  szszu… szszuuu… szszuu…”

   Tak te chwile wspominał Miron Białoszewski w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego. Niesamowita książka. Białoszewskiemu się udało. Przeżył, a po wojnie napisał swoje niezwykłe wspomnienia. Cywil  Zszedł do kanału. Ale inni… To mnóstwo… Ratunek okazał się pułapką. Nieliczni spośród mieszkańców Starówki dotarli do włazu i przeszli do Śródmieścia. Reszta została i zginęła. Ludzie miotali się szukając ucieczki. Lecz ucieczki nie było. Nie było ratunku. Była tylko śmierć. Większość Niemcy bestialsko wymordowali. Resztę pognali do obozów, na wyniszczenie. 

Opublikowano: 09.07.2017 17:57. Ostatnia aktualizacja: 11.07.2017 08:55.
Autor: Bielinski
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

image
Dla chcących więcej polecam książkę:
"Kto może być zebrą i inne historie"
wydawnictwo: e-bookowo

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Pointa jest taka, że niektórym wolno więcej. Ale to nic nowego.
  • Nic, żyje i ma się świetnie.
  • Cóż pan się tak denerwuje? Spokojnie, nic złego pana redaktora N. nie spotka.Mamy przecież...

Tematy w dziale