26 obserwujących
43 notki
176k odsłon
326 odsłon

Sztuka fugi, sztuka życia i umierania, cz. II

Wykop Skomentuj2

Za główny temat Sztuki Fugi Jan Sebastian Bach wybrał piękną, przejmującą i prostą melodię. Temat ten wprowadza zaraz na początku pierwszej fugi i ten sam temat w różnych wariacjach powtarza się do ostatniej fugi (Contrapunctus XIX). Bach był mistrzem improwizacji. Brał prostą, ładną, wpadającą w ucho melodię – ale w sumie nic nadzwyczajnego – i tworzył z niej arcydzieło. Jest to jeden z tajemnic jego geniuszu, czy geniuszu w ogóle. Zwyczajni, pospolici muzycy, artyści postępują inaczej. Czekają z utęsknieniem na genialny motyw muzyczny, na owe mityczne natchnienie, aby wpadło im do głowy i uczyniło z nich geniusza i/lub osoby bardzo bogate. Gdy ich spytać, to mówią, że ciężko pracują i są gotowi: ołówki naostrzone, papier przygotowany, gitara nastrojona, nawet przy łóżku mają papier i coś do pisania – na wypadek, jakby im się to przyśniło, jak wiadomo, we śnie przychodzą najlepsze pomysły – i czekają, czekają, czekają na ten cudowny pomysł, na genialny motyw, a wtedy stworzą arcydzieło, który rzuci wszystkich na kolana… tylko te cudowne zrządzenie losu, ten los na loterii jakoś ich omija. Taki pech, albo złe szczęście. I tak na tym wyczekiwaniu schodzi im życie; lata mijają, w końcu umierają ze starości a oni nadal są dobrze zapowiadającymi się, ciągle młodymi muzykami, czy artystami.

   Rzeczywiście, w muzyce tak bywa, że ktoś napisze ładną, melodyjną piosenkę, która trafia na listy przebojów. Szczęśliwy traf się zdarza. Nawet jeden przebój wystarczy na dostanie życie dla fartownego kompozytora i jego potomków również. Lepsze to od szczęśliwego losu na loterii. Ten kto wygra na loterii dostaje dużą, ale jednorazową kwotę pieniędzy i potem tylko patrzy jak jego pieniądze na koncie topnieją, jak śnieg na wiosnę. Szczęśliwy kompozytor przeboju na swoim koncie banowym również widzi zmieniające się cyfry, ale na plus, nie na minus. W dzień i w nocy, przez wszystkie dni roku na jego konto wpływa nieprzerwany, stały strumień, a cyferki na kocie mielą i mielą, rosną i rosną, dzięki rozbudowanemu systemowi prawa autorskich. Czyż to nie cudowne uczucie? To tak jakby mieć własną, prywatną drukarnię pieniędzy w dodatku całkowicie legalną! Nieliczni szczęśliwi autorzy kilku, czy kilkunastu przebojów, jak niektóry piosenkarze, czy autorzy musicali zdobywają majątek, który stawia ich w rzędzie najbogatszych. Muzyka to wielki biznes. Pośród 100 najbogatszych, prawie 40 to muzycy: piosenkarze, kompozytorzy. Ale jakże wielu czeka, czeka, i umiera nie doczekawszy się tego muzycznego, czy artystycznego… datku z nieba.

    I pomyśleć, że Jan Sebastian Bach przez całe życie z trudem wiązał koniec z końcem i aby dorobić i utrzymać liczną rodziną oprócz pracy organisty musiał dawać lekcję muzyki i zmagać się z tępymi nieukami, którym słoń nadepnął na ucho, a których jedyną zaletą był bogaty tatuś, czy mamusia, niezłomnie wierzący w urojony talent muzyczny słodziutkiego cukiereczka. Jan Sebastian nie czekał na szczęśliwy traf. Dla niego nie brakowało pięknych, muzycznych motywów. Muzyczne zabawy, ludowe melodie, niańka nucąca kołysankę, czy muzyka w kościele… Gdyby Bach przeżył operację oczu i żył powiedzmy jeszcze ze dwadzieścia lat, to nie zabrakłoby mu muzycznych tematów do swoich kompozycji. Współcześnie Bach ze swoim talentem do znajdowania muzycznych motywów i ich pięknego opracowywania, jako autor przebojów, muzyki filmowej, czy musicali byłby miliarderem, wkładając w to może jedną setną, lub jedną tysięczna pracy, jaką wykonał. Ba, Jan Sebastian Bach współcześnie nawet jako autor muzycznych dzwonków do smartfonów zarabiałby miliony, wykonując pracę dla niego równie łatwą jak kiwanie palcem w bucie.

   Michał Anioł, rzeźbiarz, zapytany, jak on to robi, że rzeźbi takie piękne posągi odpowiadał dowcipnie, że tak naprawdę te postacie już są w bloku marmuru, a jego skromnym zadaniem jest je tylko wydobyć. Ani Jan Sebastian Bach, ani Michał Anioł nie musieli czekać i nie czekali na przebłysk geniuszu, na mityczne natchnienie. Na ten… los szczęścia.


Ciemna strona księżyca

Starożytny, grecki filozof Epikur napisał: „A zatem śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma. Wobec tego śmierć nie ma żadnego związku ani z żywymi, ani z umarłymi; tamtych nie dotyczy, a ci już nie istnieją” (Epikur z listu do Menoikeusa). I precyzuje: „Bo zaiste, jeśli jakaś rzecz nie mąci nam spokoju swą obecnością, to niepokój wywołany jej oczekiwaniem jest zupełnie bezpodstawny” (Epikur, list do Menoikeusa). Strach przed śmiercią jest śmieszny, głupi, nieracjonalny i po prawdzie dziecinny. Przecież śmierci nie ma! A przynajmniej nic nas ona nie obchodzi, czy nie powinna nas obchodzić. Bać się śmierci to jakby bać się pożarcia przez chimerę, czy stratowania przez centaury, czy wyssania twojej krwi przez wampiry – wszystko twory wyobraźni, które nie istnieją i istnieć nie mogą. W tym strachu przed śmiercią jesteśmy jak dzieci, które boją się Baby Jagi, złego wilka z lasu, czy innych postaci z bajek. Pod względem logicznym podważyć zdania Epikura się nie da. Śmierci nie ma. Kropka. Nie ma? Śmierci nie ma? Sprzeczne to ze zwykłymi odczuciami, ze wspomnieniami. Tak wielu pochowaliśmy bliskich, krewnych, przyjaciół, a tu ten grecki filozof mówi, że to złudzenie. Że śmierci nie ma! Że śmierć się nie liczy, że jest bez znaczenia.

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura