1 obserwujący
21 notek
6031 odsłon
114 odsłon

dwie strony wyborczego medalu

Wykop Skomentuj2

Chodzi oczywiście o wybory prezydenckie, ale w ujęciu ograniczonym do ich terminu oraz państwowotwórczych (lub przeciwnie) konsekwencji każdego z wyborczych scenariuszy, załóżmy że realizowanych w porównywalnie bezpiecznych warunkach medycznych. 

Pierwsza z opcji to wybory w maju - w formie tradycyjnej lub korespondencyjnej. Zasadniczym argumentem przemawiającym za tym terminem jest formalno-prawna konieczność dotrzymania konstytucyjnych terminów. Ale też jak najszybsza konsolidacja ośrodka władzy państwowej zapewniająca jej stabilność oraz sprawność. I to jest bardzo poważny argument, bo kryzys polityczny - ostry lub pełzający - to ostatnia rzecz jaka nam teraz jest i będzie potrzebna.

Taka jest też linia oficjalnej argumentacji. Jej nieoficjalnym (z oczywistych względów) rozszerzeniem jest wyczuwalny między wierszami sygnał, że gospodarczo znaleźliśmy się w sytuacji fatalnej, a skutki wyjątkowo głębokiego kryzysu ekonomicznego i społecznego (zapaść gospodarcza plus niezbędne odgórne cięcia) sprawią niebawem, że wybory staną się niesłychanie ryzykowne. Nie tyle dla „naszego” kandydata, co dla państwa w ogóle. Bo nieprzewidywalny, zdezorientowany i skrajnie sfrustrowany elektorat może sobie i nam zafundować jakiegoś nowego Stana Tymińskiego, przywiezionego w czarnej teczce nie wiadomo skąd i przez kogo.

A jeśli nawet nie, to samo w sobie przełożenie terminu wyborów stwarza atmosferę niepewności i tymczasowości, a permanentnie tląca się kampania wyborcza oraz związane z nią napięcia bez wątpienia staną się dodatkowymi czynnikami destabilizującymi sytuację w kraju. I z państwowotwórczego punktu widzenia są to argumenty równie poważne i odpowiedzialne.

Choć pojawiają się też poważne mniej lub wręcz kłamliwe, rozpowszechniane chyba celowo, również przez osoby wysoko postawione. O tym na przykład, że w razie przesunięcia wyborów w drodze wprowadzenia stanu klęski żywiołowej grożą nam jakieś ogromne rekompensaty na rzecz poszkodowanych podmiotów. Bo tak jakoby stanowi jeden z zapisów odpowiedniej ustawy. Co nie jest prawdą, bo dotyczy on jedynie tzw. szkód bezpośrednich, a gdyby nawet, to co stoi na przeszkodzie ową ustawę profilaktycznie znowelizować? Nie mówiąc już o tym, że po minięciu pandemii, jedynym rozsądnym rozwiązaniem będzie powszechna, wewnętrzna i międzynarodowa abolicja wszelkich tego typu roszczeń, wszystkich wobec wszystkich.

Podobnie jest z pokrętnym argumentem o braku rzeczywistych podstaw i przesłanek dla wprowadzenia przesuwającego wybory stanu klęski żywiołowej (epidemicznej). No bo co jeszcze musiałoby się stać, więcej niż się stało, aby takie podstawy zaistniały? Ponadto rządzący obóz już nie takie konstytucyjno-ustrojowe numery wycinał, aby teraz nagle obawiać się rozwiązania naturalnego, powszechnie uznawanego i zrozumiałego. Tym bardziej, że możliwa jest rezolucja polskiego parlamentu wzywająca polski rząd do wprowadzenia stanu klęski - jeśli w najbliższym czasie uda się znaleźć dla niej odpowiednią większość.

A co przemawia za przełożeniem wyborów, najlepiej (aby niepotrzebnie nie grzebać w Konstytucji) poprzez wprowadzenie wspomnianego stanu klęski i jego ewentualne, w miarę potrzeby, przedłużanie przez sejm? Mówiąc najkrócej przemawia za tym ogólna sytuacja w kraju, sprawiająca że w maju możemy wybrać co najwyżej pseudprezydenta w siłowo przepchniętych pseudowyborach. Owszem, formalnie urząd zostanie obsadzony, a bieżące kryzysowe zarządzanie zabezpieczone. Ale co z państwem jako demokratyczną wspólnotą, powagą jego urzędów i instytucji, elementarnym, obustronnym zaufaniem i szacunkiem, kapitałem społecznym - imponderabiliami ważnymi zawsze, ale najbardziej w momentach przełomowych. I czy jako naród potrafimy wyprowadzić się z tak ostrego dziejowego zakrętu, jeśli głową naszego państwa będzie ktoś wybrany w tak nieczysty, szemrany sposób? O jego żałosnej międzynarodowej pozycji nawet już nie wspominając. Podobnie jak o wizerunku całego obozu politycznego, upodabniającego się w ten sposób coraz bardziej do bezdusznego, aroganckiego reżymu. I to w sytuacji, gdy nasze dalsze losy w ogromnym stopniu zależne będą od wewnętrznej spójności, dyscypliny i solidarności. A zewnętrznie od pomocy ze strony europejskiej „wyimaginowanej wspólnoty”, zwanej też „eurokołchozem” w niektórych intelektualnych inaczej kręgach, totalnie obecnie zbankrutowanych.

I czy wobec tego wszystkiego nie lepsza byłaby obopólna polityczna zgoda na doraźnie obniżenie temperatury sporu i przełożenie wyborów - wstępnie mniej więcej o rok - a potem spokojne wybranie Prezydenta RP w porządnych, uczciwych wyborach? W znacznie bezpieczniejszych jak się wydaje warunkach medycznych. Dając przy okazji ubiegającemu się o reelekcję prezydentowi szansę wykazania się w latach trudnych i chudych, bo łatwe i tłuste minęły bezpowrotnie.

Wydaje się, że zawiązane wokół tej sprawy porozumienie mogłaby złagodzić obawy i zażegnać niebezpieczeństwa wskazane w części pierwszej, stając się (oby!) zalążkiem zgody szerszej, ogólnonarodowej, która teraz jest nam potrzebna jak powietrze, nomen omen…



Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale