26 obserwujących
32 notki
181k odsłon
370 odsłon

Einstein pokazuje język

Wykop Skomentuj

Jednym z wielkich „odkryć” Einsteina jest tzw. statystyka Bosego-Einsteina. W 1924 roku Einstein otrzymał pracę nieznanego, młodego hinduskiego fizyka Satyendra Nath Bose opisującą nowy model statystyczny. Po odrzuceniu swojej pracy przez wydawnictwo, Hindus wysłał ją bezpośrednio do Einsteina w nadziei, że pomoże mu w jej publikacji. I tak się stało. Dzięki rekomendacji Einsteina praca Bosego została szybko opublikowana. Ale wkrótce Einstein publikuje szybką kilka artykułów na ten temat, swą własną wersję tej teorii. I tak mamy statystykę Bosego-Einsteina zamiast statystyki Bosego. Dobrze, chociaż, że nazwisko Bose jest na pierwszym miejscu. Statystyka Bosego, czy Bosego-Einsteina to jedna z fundamentalnych odkryć w fizyce statystycznej. W tej historii, jak w soczewce, widać metodę działania Einsteina, jego metodologię. Przejąć cudzy pomysł, przetworzyć, nieco zmienić i opublikować, jako swój. Bose – jeden z wielu – jak Poincarè, Hilbert, Smoluchowski, Minkowski…

   Historycy nauki pisząc o dokonaniach Alberta Einsteina często używają określenia zdumiewające zbiegi okoliczności (amazing coincidences) [ ], lub podobne. Istnieją inne wyrażenia, określające takie wydarzenia, z których najłagodniejsze to plagiat. Zostańmy jednak przy nadzwyczajnych zbiegach okoliczności. Istotnie, zdumiewające zbiegi okoliczności bardzo często towarzyszyły publikacji ważnych, czy „genialnych” prac Einsteina. Tak często, iż nie były u tego naukowca niczym niezwykłym. Należy uznać, że owe nadzwyczajnie zbiegi okoliczności były charakterystyczną, permanentną cechą prac Alberta Einsteina. O statystyce Bosego-Einsteina pisałem powyżej, mamy więc koincydencję pierwszą 1) Bose – Einstein. 2) Ruchy Browna, Smoluchowski – Einstein. 3) Ogólna Teoria Względności, Hilbert – Einstein [2]. 4) Szczególna Teoria Względności, przypadek szczególny, teoria Henri Poincarè, na podstawie wcześniejszej pracy Hendrika Lorentza. Byłaby to koincydencja Poincarè – Einstein. Jednakże autorem pracy podpisanej przez Einsteina “Zur Elektrodynamik bewegter Körper” [1] jest raczej… Herman Minkowski. Inaczej A. Einstein musiałby w ciągu dwóch miesięcy, maj, czerwiec 1905, nie tylko opanować doskonale całkiem nowy dział fizyki, ale i napisać przełomową pracę! Takie cuda nie zdarzają się nawet miedzy geniuszami. Szczególna Teoria Względności to podwójna koincydencja Poincarè – Einstein oraz Minkowski – Einstein [3].

 Matematycznie praca “Zur Elektrodynamik bewegter Körper” jest całkiem odmienna od prac Poincarè. Znając wynik z pracy Poincarè autor “Zur Elektrodynamik…” doszedł do celu odmienną matematycznie drogą [2]. Podobna sytuacja jak z ruchami Browna i pracami Smoluchowskiego i Einsteina. Albert Einstein był inteligentnym, bardzo inteligentny człowiekiem i naukowcem. Nie stosował metody „Copy and Paste” przepisując zdania, akapity, czy wyprowadzenia z prac innych naukowców. No, może poza początkami swej kariery naukowej i pierwszymi pracami z termodynamiki. Poza tym w jego czasach nie istniały komputery. Znając wynik, dojść do niego odmienną matematycznie drogą i ogłosić to jako swoje i tylko swoje odkrycie – oto metoda pracy Alberta Einsteina.

Po bliższej analizie okaże się, iż prawie wszystkie naukowe osiągniecia Alberta Einsteina są w mniejszym lub większym stopniu odkryciami innych, pośród których Einsteinowi przysługuje, co najwyżej, miano współautora. Przede wszystkim Szczególna i Ogólna Teoria Względności, czy wyjaśnienie ruchów Browna. Piszę prawie, bowiem jest jeden wyjątek; jedna praca, której autorstwo jest niekwestionowane – przynależy tylko i wyłącznie Einsteinowi. Mam tu na myśli efekt fotoelektryczny praca z 1905 roku, za które to odkrycie A. Einstein otrzymał nagrodę Nobla z fizyki w 1921 roku. Odkrycie ta świadczy, kim Einstein mógłby być, gdyby zechciał samodzielnie pracować. Einstein był dobrym, może nawet wybitnym fizykiem. Pracował dużo i ciężko. Stale się rozwijał, uczył się, nie spoczywał na laurach. Miał wybitną intuicję naukową, wiedział gdzie szukać, gdzie są najciekawsze problemy. Einstein wolał jednak iść inną, łatwiejsza drogę. I chyba od samego początku swojej kariery naukowej. Po co się wysilać? Po co pracować? Na co się dręczyć pracą na nowymi teoriami, skoro można było podpatrzeć rozwiązanie? Po co się wysilać, gdy ludzie sami podawali mu swoje wyniki? Sami tego chcieli, sami są sobie byli winni. Albert Einstein zamiast pracować samodzielnie wolał… pomoc innych, nawet jeśli tego nie chcieli.

Ale też Einstein robił to, co było mu wolno. Nie tylko Einstein był winien. Gdyby taki numer, jak z pracami Satha Bose wykonał inny, byłby skończony, jako naukowiec. Einsteinowi uszło to na sucho. Do dziś studenci uczą się o statystyce Bosego – Einsteina. Albertowi Einsteinowi wolno było więcej. I doskonale o tym wiedział. Nie tylko uchodziło mu płazem, ale przysparzało coraz więcej sławy to, co byłoby końcem kariery dla każdego innego. Albert Einstein idealnie wpasował się w miejsce i czas. Takiego kogoś szukano. Geniusz potrzebny od zaraz. I zjawił się Einstein. Albert Einstein miał wygląd roztargnionego geniusza, starannie zresztą przez niego pielęgnowany, był odpowiednio przystojny, lecz bez urody amanta filmowego, no i miał właściwe pochodzenie. Nie miał żadnych skrupułów, czy zahamowań, w robieniu kariery niczym nie dał się niczym ograniczyć, a już szczególnie jakimiś moralnymi przesądami. W bezpośrednim kontakcie, podczas spotkań, czy wywiadów dla mediów Einstein, był bezpośredni, miły i czarujący, i dowcipny. W rozmowie sypał bon mottami, którymi zachwycali się dziennikarze. Zawsze umiał się właściwie zachować: czy na sali wykładowej, w rozmowie z kolegami, czy podczas wywiadów, czy spotkań z wielkimi tego świata. Właściwy człowiek na właściwym miejscu, tutaj miejscu geniusza.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale