4 obserwujących
65 notek
68k odsłon
  133   0

Refleksje po demonstracji nacjonalistów 11.11.2021 r. w Kaliszu

Tekst dostępny też pod adresem http://bartlomiejkozlowski.pl/kalis.htm, dalej link do wersji PDF


Głośnym – i generalnie rzecz biorąc smutnym też (słusznie zresztą) echem odbiła się w Polsce i poza jej granicami demonstracja, jaka przy okazji Święta Niepodległości 11 listopada 2021 r. odbyła się w pierwszym powstałym na terenie Polski mieście – Kaliszu. Kilkuset narodowców wznosiło podczas niej takie m.in. hasła, jak „śmierć wrogom ojczyzny” „tu jest Polska, a nie Polin” oraz „śmierć Unii Europejskiej”. Główny organizator zgromadzenia – aktor Wojciech Olszański, wśród nacjonalistów znany jako Wojciech Jabłonowski krzyczał: „LGBT-y, pederaści, syjoniści to są wrogowie Polski! Won z naszego kraju! Do Brukseli!”. Kulminacyjnym punktem demonstracji było odczytanie przez Olszańskiego vel Jabłonowskiego treści tzw. Statutu Kaliskiego z 1264 r. – ustanowionego przez księcia wielkopolskiego Bolesława Pobożnego dokumentu, który stał się podstawą – korzystnej w porównaniu z tym, co miało miejsce w innych krajach – sytuacji prawnej Żydów Polsce, a później stworzenia częściowo autonomicznej wspólnoty żydowskiej w Polsce – czemu towarzyszyły wznoszone przez nacjonalistów okrzyki „Hańba! Śmierć Żydom!” – a następnie spalenie kopii tego dokumentu. Tymczasem obecni na miejscu demonstracji policjanci wlepili jej uczestnikom… dwa mandaty za publiczne używanie brzydkich wyrazów (na mandatach ostatecznie się nie skończyło, ale o tym w końcowej części tego tekstu). (1)

To było trochę tak, jak – takie mi się to skojarzyło - w którymś z odcinków serialu „Ranczo”, gdzie w dniu wyborów na wójta mogły być jakieś burdy i awantury – ważne (dla policjanta) było tylko to, żeby nie doszło do zakłócenia ciszy wyborczej. Ale tak poważnie mówiąc, za wznoszenie okrzyków typu (np.) „Śmierć Żydom” może grozić w Polsce nie żaden tam mandat, ale po prostu kryminał. Rzadko, to prawda, ktoś do niego za tego - czy jakkolwiek zbliżonego - typu hasła trafia, niekiedy jednak się to zdarza (weźmy tu choćby słynnego Piotra Rybaka – zresztą uczestnika kaliskiej demonstracji - który poszedł siedzieć za spalenie kukły Żyda (2), czy kogoś, kto dostał niedawno rok odsiadki za wznoszenie podczas demonstracji okrzyków „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści” i zachęcanie do ich wznoszenie innych. (3) Wyroków więzienia w zawieszeniu za (np.) antysemickie wypowiedzi znalazłoby się, myślę, całkiem dużo. Z karaniem za wzywanie do wypędzenia z Polski osób LGBT byłby pewnie nieco większy problem - osoby te nie należą do grup szczególnie chronionych przed np. (publicznym) „nawoływaniem do nienawiści” czy „znieważaniem”. Mógłby ktoś jednak twierdzić, że takie wypowiedzi dałoby się potraktować jako np. publiczne nawoływanie do popełnienia przestępstwa, z tej racji że wzywają one do dokonania czegoś, czego nie można byłoby zrobić inaczej, jak poprzez bezprawne użycie siły wobec takich osób. Lecz nie chce mi się tu wdawać w rozważania na temat tego, czy takie wypowiedzi (odnoszące się do osób LGBT) dałoby się potraktować jako przestępstwo na gruncie aktualnie obowiązującego w Polsce prawa (tu pojawiałaby się taka kwestia, na ile nawoływanie do popełnienia przestępstwa musi być konkretne, tzn. na ile takie nawoływanie musi być wzywaniem do dokonania jakiegoś choćby określonego typu czynu zabronionego prawnie. Osób LGBT nie dałoby się wypędzić z Polski bez popełnienia wobec nich takich przestępstw, jak choćby zmuszanie ich przy użyciu przemocy lub groźby bezprawnej do określonego zachowania, ale wypowiedzi wzywające do wypędzenia takich osób z Polski raczej implikują tego rodzaju działania, niż wzywają do nich wprost). Ale nad tym niech się - jak chcą - zastanawiają specjaliści od prawa karnego. Ważniejsze jest moim zdaniem inny problem - taki mianowicie, czy takie wypowiedzi powinny być karalne. To oczywiście - doskonale wiem o tym - wyjątkowo sporna kwestia. Lecz pozwolę sobie w tej sprawie przedstawić pewne argumenty. Jakiś czas temu na podstawie danych statystycznych przedstawionych na stronie internetowej FBI oraz stronie tzw. Agencji Praw Podstawowych UE policzyłem, ile antysemicko motywowanych przestępstw o charakterze bezpośrednich fizycznych ataków na osoby żydowskiego pochodzenia przypadało rocznie na milion mieszkańców takich państw, jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Szwecja, Austria i USA w latach 2005 - 2018 (w przypadku Austrii 2019 - z 2018 nie było danych). Liczby wspomnianych przestępstw (na milion ogółu ludności rocznie) mieściły się w poszczególnych krajach w następujących przedziałach: w Niemczech 0,36 - 0,83, we Francji 0,45 - 2,17, w Wielkiej Brytanii 1,09 - 2,26, w Szwecji 0,42 - 2,16, zaś w Austrii 0,23 - 1,06. Natomiast w Stanach Zjednoczonych pomiędzy 0,20, a 0,35. Należy też zauważyć, że odsetek Żydów w populacji USA jest ok. 13,07 razy większy, niż wśród ludności Austrii, 12,14 większy, niż wśród ludności Niemiec, 11,56 razy większy, niż wśród ludności Szwecji, 3,86 razy większy, niż wśród ludności Wielkiej Brytanii i ok. 2,54 razy większy, niż wśród ludności Francji. Wynika więc z tego, że w latach 2005 - 2018 r. jeden antysemicko motywowany fizyczny atak na osobę przypadał na (ok.) 74 160 Żydów w USA, na 6490 Żydów we Francji, na 2853 Żydów w Wielkiej Brytanii, na 1578 Żydów w Austrii, na 1545 Żydów w Niemczech i na 1345 Żydów w Szwecji. Jest prawdą, że we wspomnianym okresie w USA miały miejsce antysemickie zbrodnie o skutkach śmiertelnych, których nie było np. w Szwecji czy w Austrii - mam tu na myśli słynną strzelaninę w synagodze w Pittsburghu w 2018 r. w wyniku której zginęło 11 osób (inne antysemicko motywowane zbrodnie, o których mi wiadomo, miały w niedawnych czasach miejsce w 2001 r. - jedna osoba zabita i w 2019 r. – kiedy to zginęło 6 Żydów). Lecz we Francji w latach 2010 - 2018 w wyniku morderstw o antysemickiej motywacji zabitych zostało 44 Żydów. W Niemczech (w 2016 i 2019 r.) dwóch. Można twierdzić, że to względnie niewielu, lecz z medialnych informacji (jak je pamiętam) o strzelaninie pod synagogą w Halle w 2019 r. wynikało, że gdyby nie zablokowanie drzwi do budynku od wewnątrz skończyłaby się ona masakrą nie mniejszą, niż strzelanina w amerykańskim Pittsburghu w 2018 r. Najogólniej zatem rzecz biorąc, Żyd mieszkający w USA we wspomnianym tu okresie miał dużo mniejszą szansę stać się ofiarą fizycznej napaści o podłożu antysemickim, niż Żyd mieszkający we Francji, w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Austrii czy w Niemczech.

Czym jednak wymienione tu kraje w kontekście, który mnie akurat szczególnie interesuje, się różnią? Otóż, tym, że w takich krajach, jak Niemcy, Francja, Austria, Szwecja i Wielka Brytania antysemickie wypowiedzi są karalne. Co nie znaczy oczywiście, że każda antysemicka wypowiedź jest tam karana - to przecież byłoby niemożliwe z racji choćby niemożności wykrycia wszystkich autorów takich wypowiedzi - ale co oznacza jednak, to, że za antysemickie wypowiedzi można w tych krajach zostać potraktowanym solidną grzywną, bądź nawet trafić za kratki. W Stanach Zjednoczonych coś takiego nie jest możliwe. W tamtejszym systemie prawnym nie ma takich przestępstw, jak „nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, rasowych, wyznaniowych” czy jeszcze innych, znieważanie takiej czy innej grupy ludności - ani też (np.) takich, jak „propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa” czy negowanie Holocaustu, bądź innych zbrodni. Zaś wzywanie do przemocy, owszem, może być karalne, ale tylko wówczas, gdy ma ono na celu wzniecenie przemocy w sposób praktycznie natychmiastowy i w sytuacji, w jakiej ma ono miejsce występuje istotne prawdopodobieństwo, iż faktycznie spowoduje ono przemoc. Zgodne z takim kryterium (ustanowionym przez Sąd Najwyższy USA w sprawie Brandenburg v. Ohio w 1969 r.) (4) mogłoby być skazanie kogoś za bezpośrednio nawołującą do przemocy wypowiedź skierowaną do już agresywnie nastawionego tłumu, lecz na pewno nie byłoby z nią zgodne skazanie za wyrażanie opinii, że jakichś ludzi – czy to Żydów, czy osoby LGBT, czy jeszcze innych – należy wyrzucić z kraju. I nie byłoby z nią zgodne skazanie kogoś za po prostu wyrażanie nawet takiego stwierdzenia, że należy wymordować jakąś grupę ludzi. (5)

Tzw. – jak często się to mówi – „mowa nienawiści” jest więc karalna w USA w bez porównania w mniejszym zakresie, niż w znakomitej większości krajów świata – np. w krajach europejskich. (6) Lecz naprawdę groźnych, wyrządzających konkretne szkody konkretnym ludziom „przestępstw z nienawiści” – takich, jak akty przemocy, czy też przypadki zniszczenia czyjegoś mienia, bądź zastraszania konkretnych osób z powodu ich przynależności rasowej, etnicznej, religijnej czy orientacji seksualnej zdarza się w USA (per capita – bezwzględne liczby wszystkich takich przestępstw są oczywiście znaczne – np. w 2019 r. wszystkich takich przestępstw stwierdzono tam 8559 – ale pamiętajmy, że jest to kraj przynajmniej kilkakrotnie ludniejszy od któregokolwiek z państw europejskich) mniej, niż w tych krajach (pisałem o tym (m.in.) w tym tekście: https://www.salon24.pl/u/kozlowski/1098184,dlaczego-zakazy-mowy-nienawisci-sa-bez-sensu).

Jak zatem widać, zakazy „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko grupom narodowościowym, rasowym, religijnym czy jeszcze innym – np. osobom LGBT - nie zapobiegają znacznie niewątpliwie bardziej szkodliwym i krzywdzącym od publicznej (a więc przejawiającej się np. internetowych komentarzach, czy – w praktyce, również w USA - rzadko w ulicznych wystąpieniach) „hate speech” przestępstwom z nienawiści. Nie wygląda również na to, by zakazy takie prowadziły do wykorzeniania postaw, które w jakiś sposób mogą – choć oczywiście w praktyce na pewno rzadko kiedy się to zdarza – sprzyjać dokonywaniu takich przestępstw. Znana żydowska organizacja Anti-defamation League od wielu lat prowadzi badania mające na celu określenie poziomu postaw o charakterze antysemickim w różnych krajach świata. Według badania z 2015 r. antysemitów (według kryteriów przyjętych przez ADL) naliczono w USA 10%. W Niemczech – 16%. We Francji – 17%. W Austrii (badanie z 2019 r.) – 20%. W Belgii (2019 r.) – 24% (tak dla ciekawości – w Polsce, gdzie antysemicka „mowa nienawiści”, choć na pewno nie jest ścigana i karana w sposób konsekwentny – zachodzi pytanie, czy konsekwentne ściganie takiej „mowy” jest w ogóle możliwe – lecz mimo wszystko jest zagrożona poważnymi karami i przynajmniej niekiedy bywa karana – czasem nawet bezwzględnym więzieniem – antysemici według kryteriów ADL stanowią ok. 48% ludności. Najwięcej antysemitów jest na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy – 93%. Najmniej w Laosie – 0,2%). Wyznawców poglądów o antysemickim (zdaniem ADL) charakterze jest więc w niekarzących za antysemicką (ani żadną inną) „mowę nienawiści” USA mniej, niż w szeregu krajach, w których za „mowę” taką grozi nawet więzienie. Zaś brak zakazów „mowy nienawiści” w USA nie przeszkadza jakoś temu, że przekonania, czy postawy, których (stopniowej przynajmniej) eliminacji takie zakazy teoretycznie rzecz biorąc mają służyć (jak inaczej w jakiś mający przysłowiowe ręce i nogi sposób można byłoby próbować uzasadnić prawne zakazy „hate speech”, która nie powoduje bezpośredniego niebezpieczeństwa wywołania przemocy, ani też nie ma charakteru np. dręczenia czy zastraszania konkretnych osób, w których to przypadkach słowa – zgoda co do tego – są czymś bezpośrednio krzywdzącym innych ludzi – nie tylko w jakiś hipotetyczny sposób mogącym przyczynić się do wyrządzenia im krzywdy?) osłabły w USA z biegiem czasu mimo prawnej tolerancji dla takiej „mowy” (a nawet wraz ze zwiększeniem zakresu tolerancji dla niej – choćby poprzez wspomniane tu wcześniej ograniczenie możliwości karania za wypowiedzi nawołujące do popełniania przestępstw). Jak można przeczytać w tym https://www.thedailybeast.com/how-not-to-fight-racism-and-anti-semitism artykule zajmującego się problematyką wolności słowa duńskiego prawnika Jacoba Mchangamy w 1964 r., kiedy to ADL po raz pierwszy przeprowadziła badanie na temat częstości występowania antysemickich postaw wśród Amerykanów, z badania tego wyniknęło, że antysemici stanowią ok. 29% dorosłych mieszkańców USA. Lecz w 2013 r. osób o antysemickich zdaniem ADL poglądach było w USA już tylko ok. 12%, zaś obecnie – jak była już powyżej mowa – wygląda na to, że jest ich jeszcze mniej. W innym swoim tekście (https://www.hoover.org/research/harm-hate-speech-laws) Mchangama zwrócił uwagę na coś, co odnosiło się do znacznie głębiej – jak sądzę – niż antysemityzm zakorzenionego wśród amerykańskiej ludności rasizmu o charakterze anty-murzyńskim. Jak można przeczytać w tym tekście w 1958 r. zaledwie 4% Amerykanów aprobowało małżeństwa między osobami należącymi do różnych grup rasowych. Lecz w 2011 r. przeciwko takim małżeństwom nie miało nic 86% dorosłych Amerykanów, zaś wśród osób wieku od 18 do 29 odsetek osób w pełni aprobujących takie małżeństwa wynosił 97%. W USA w czasie, o którym mowa, wzrosła zresztą nie tylko deklaratywna aprobata dla międzyrasowych małżeństw, lecz także liczba takich małżeństw – o ile np. w 1980 r. małżeństwa takie stanowiły 6,7% nowo zawartych związków, to w 2010 r. już ok. 15%. Te zmiany są ważne z tego względu, że jak – trafnie wydaje mi się – stwierdził J. Mchangama „Nie ma chyba lepszego sposobu na zmierzenie poziomu tolerancji i zaangażowania na rzecz równości w zróżnicowanym etnicznie społeczeństwie niż przyjrzenie się małżeństwom międzyrasowym” (a także – biorąc na zdrowy rozum, choć są to rzeczy trudniej mierzalne z tego powodu, że raczej nie są one uwzględniane w badaniach statystycznych – innym międzyludzkim związkom – np. przyjaźniom czy życiem ze sobą „na kocią łapę”). Tak czy inaczej, radykalna – bo trudno ją inaczej określić - zmiana stosunku Amerykanów do międzyrasowych małżeństw dokonała się bez zakazania rasistowskiej, czy jeszcze innej „mowy nienawiści” (oczywiście – nie da się wykluczyć – choć też jest to tylko pewna hipoteza – myślę, że rozsądna – ale której nie jestem w stanie zweryfikować w oparciu o jakieś dane – że wpływ na dokonanie się w USA wspomnianych zmian miało wprowadzenie w tym kraju przepisów skierowanych przeciwko dyskryminacji z przyczyn (m.in.) rasowych. Z pewnością – na zdrowy rozum – bardzo znaczną rolę odegrał w tym kontekście zakaz segregacji rasowej. Ale to inna sprawa – bronienie dyskryminacji i segregacji rasowej – czy jakiejkolwiek innej – nie przychodzi mi bowiem – w odróżnieniu od obrony wolności słowa – także w przypadku np. „mowy nienawiści” – do głowy).

Mchangama wspomniał też w przytoczonym tekście o zmniejszeniu się liczby przestępstw w USA w latach 1996 (kiedy to FBI zaczęło publikować statystyki na ten temat) – 2010 – i zwiększeniu się liczby takich przestępstw w latach 2000 – 2009 r. w 11 z 14 krajów europejskich, w których badania na ten temat przeprowadziła Agencja Praw Podstawowych UE. Co do tej obserwacji o spadku liczby „przestępstw z nienawiści” w USA i wzroście liczby takich przestępstw w Europie, ktoś mógłby się przyczepić, że w ostatnich latach (tj. od 2015 r.) liczba „hate crimes” w USA się zwiększyła. Tyle tylko, że w niektórych przynajmniej krajach zabraniających – w odróżnieniu od USA – „mowy nienawiści” liczba takich przestępstw wzrosła w jeszcze większym stopniu. I tak – jak można dowiedzieć się ze strony OBWE poświęconej „przestępstwom z nienawiści” – w USA w latach 2015 – 2019 liczba oficjalnie odnotowanych w tym kraju „przestępstw z nienawiści” wzrosła od 6885 do 8559 (wzrost tej liczby nastąpił głównie w latach 2016 i 2017, później był on niewielki) – co oznacza wzrost tej liczby o blisko 20%. Lecz we Francji liczba „hate crimes” wzrosła w latach 2015 – 2019 od 1790 do 2640 (przy minimum – wynoszącym 1505 – w 2017 r.). W Wielkiej Brytanii wzrosła ona od 62 518 w 2015 r. do 106 672 w 2019 (tak duże liczby „hate crimes” w Zjednoczonym Królestwie wynikają po części – jak jakiś czas temu czytałem – z systemu rejestracji takich przestępstw, w którym warunki uznania jakiegoś czynu karalnego za „przestępstwo z nienawiści” są dużo mniej rygorystyczne, niż w innych państwach – np. Niemczech, Francji, czy w USA). W Niemczech – o których mówi się, że są najbardziej ograniczającą wolność słowa zachodnią demokracją – liczba (oficjalnie odnotowanych) „hate crimes” wzrosła w latach 2015 – 2019 od 3046 do 8585. Tu znów – a propos Niemiec podejrzewam, że znaczną część liczby owych „przestępstw z nienawiści” stanowiły w tym kraju przestępstwa „mowy nienawiści” – która rzecz jasna jest w tym kraju karalna i zagrożona karą do 5 lat odsiadki (jeśli podsumuje się liczby znajdujące się nad słupkami na stronie https://hatecrime.osce.org/germany to wyjdzie na to, że takich przestępstw z nienawiści, jak bezpośrednie akty przemocy wobec ludzi, oraz przypadki zastraszania i zniszczenia własności odnotowano w 2019 r. w Niemczech 2469, co przy liczbie ludności Niemiec wynoszącej w 2019 r. ok. 83,09 mln osób oznaczało, że na milion mieszkańców przypadało tam wówczas 29,71 takich przestępstw – w USA w tym samym roku według danych FBI stwierdzono 8559 „przestępstw z nienawiści” – co, biorąc pod uwagę, że dane na temat takich przestępstw były zbierane na obszarze zamieszkanym przez – jak zostało to oszacowane, bo przecież chyba nie dokładnie policzone – przez 305 284 239 osób – wskazuje na to, że przestępstw takich na milion mieszkańców przypadało tam wówczas niecałe 28,04 – a jeśli z liczby owych przestępstw wyeliminujemy 236 „przestępstw przeciwko społeczeństwu” i zostawimy jedynie przestępstwa przeciwko osobom – a więc różnego rodzaju akty przemocy czy zastraszania - oraz przeciwko mieniu (a więc kradzieże, rozboje, czy przypadki wandalizmu) to wyjdzie na to, że przestępstw takich na milion mieszkańców USA przypadało nieco ponad 27,26). Lecz jeśli nawet przeważająca część odnotowanych w Niemczech w 2019 r. przestępstw z nienawiści było tak naprawdę przestępstwami „mowy nienawiści” to warto zauważyć, że „mowa nienawiści” (która moim zdaniem nie powinna być karalna, o ile nie jest bezpośrednio niebezpiecznym w konkretnej sytuacji podburzaniem do przemocy, bądź też zastraszaniem albo werbalnym dręczeniem konkretnych osób) też przecież jest przejawem postaw, których zwalczanie zakazy „mowy nienawiści” mają na celu. Jak zatem widać, zakazy „mowy nienawiści” według wszelkiego prawdopodobieństwa nie zapobiegają takim postawom, ani nie redukują ich. Zaś jeśli chodzi o takie przestępstwa z nienawiści, które bezpośrednio wyrządzają konkretne szkody konkretnym ludziom to w tym temacie w zakazujących „mowy nienawiści” Niemczech jest raczej gorzej, niż w USA. A w niektórych tępiących przy użyciu środków prawnego „mowę nienawiści” krajach – jak choćby w Wielkiej Brytanii czy w Szwecji jest w tym względzie jeszcze gorzej, niż w Niemczech – i bez porównania gorzej, niż w USA (pisałem o tym we wspomnianym już tekście, zob. https://www.salon24.pl/u/kozlowski/1098184,dlaczego-zakazy-mowy-nienawisci-sa-bez-sensu).

Tak czy owak, odnośnie tego, co określa się niekiedy mianem „hate speech laws” już dawno zostało postawione pytanie: do they work? – czy one działają? Pytanie to zostało postawione w książce wydanej w 1992 r. przez międzynarodową organizacją Article 19 (książkę tę znalazłem kiedyś w Internecie, taki tytuł ma jeden z jej rozdziałów – bodajże końcowy). (7) Książka ta i postawione w niej pytanie ukazała się w czasach, kiedy czegoś takiego, jak statystyki „przestępstw z nienawiści” po prostu jeszcze nie było. Obecnie takie statystyki – oczywiście, pozostawiające wiele do życzenia – w wielu krajach są prowadzone. I choćby te statystyki wskazują na to, że właściwa odpowiedź na to pytanie brzmi: „nie”.

Czy zakazy „mowy nienawiści” można w jakiś sensowny sposób próbować uzasadnić za pomocą innych argumentów, niż ten, że „mowa” taka może – w jakiś pośredni sposób – prowadzić do aktów przemocy czy innych bezpośrednio wyrządzających krzywdę innym ludziom przestępstw (a więc niszczenia czyjegoś mienia, czy wzbudzającego strach o bezpieczeństwo własne czy osób najbliższych grożenia przemocą)? Niektórzy zwolennicy zakazów „hate speech” uważają, że „mowa nienawiści” powinna być prawnie tępiona ze względu na krzywdę moralną i psychiczną, jaką „mowa” taka wyrządza osobom należącym do grup, do których się ona odnosi. To jednak na moje wyczucie jest wyjątkowo słaby argument za zakazem takiej „mowy nienawiści” która nie jest bezpośrednio kierowana do przymusowych odbiorców (jest to, owszem, argument za zakazem werbalnego dręczenia – także np. z powodów rasistowskich czy homofobicznych – ale do zwalczania takich rzeczy nie są potrzebne zakazy w stylu np. art. 256 czy 257 polskiego k.k. – odnoszące się do „nawoływania do nienawiści” i „znieważania grup ludności” mającego charakter publiczny – a więc kierowanego zazwyczaj do ludzi chcących zapoznać się z jakimiś wypowiedziami – co ma miejsce w przypadku np. wypowiedzi zdarzających się na jakichś zebraniach, czy demonstracjach – bądź nie wiadomo konkretnie do kogo – w przypadku np. stwierdzeń zamieszczanych na ogólnie dostępnych stronach internetowych). Lecz gdyby nawet argument ten był w jakiejś mierze prawdziwy – a nie wykluczam, że jest – przecież z pewnością zdarzają się osoby, które czują się fatalnie pod wpływem jakichś wypowiedzi obrażających grupy rasowe, wyznaniowe czy jeszcze inne do których osoby te należą – to spróbujmy zastosować ten argument w sposób konsekwentny. Co z konsekwentnego zastosowania takiego argumentu by wynikło? Otóż np. – jak niedawno miałem gdzieś okazję przeczytać – istnieją osoby dosłownie wręcz chore ze strachu przed skutkami globalnego ocieplenia. Oczywiste jest to, że stan psychiczny owych osób jest wynikiem głównie, jeśli nie wyłącznie tego, co mówi się i pisze o globalnym ociepleniu – bo globalne ocieplenie – przynajmniej w krajach o umiarkowanym klimacie - raczej nie jest czymś, co po prostu można odczuwać na własnej skórze; na pewno nie jest tak, że to wzrost temperatury sam z siebie wpędza niektórych ludzi w panikę, zaś o potencjalnych skutkach globalnego ocieplenia po prostu nie da się niczego wiedzieć bez pośrednictwa coś mówiących o takich skutkach wypowiedzi. Jeśliby więc konsekwentnie zastosować wspomniany powyżej tok rozumowania (tzn. że „mowa nienawiści”) powinna być zabroniona z tego powodu, że wyrządza krzywdę psychiczną niektórym ludziom, to logicznie rzecz biorąc powinno zabronić się straszenia globalnym ociepleniem (którego – i wpływu ludzkiej działalności na to zjawisko nie zamierzam bynajmniej negować) bo może ono negatywnie – nawet np. prowadząc do depresji, czy stanów lękowych – wpływać na psychikę niektórych osób.

To samo trzeba powiedzieć o argumencie, że „mowa nienawiści” powinna być zakazana z tego powodu, że może się ona przyczyniać do „przestępstw z nienawiści” – a więc np. aktów przemocy przeciwko innym ludziom z powodu ich narodowości, rasy, wyznania, czy orientacji seksualnej. Przyjmijmy, że argument ten opiera się na pewnych prawdziwych faktach. „Przestępstwa z nienawiści” niewątpliwie mają podłoże w postaci nastawienia dokonujących takich przestępstw osób wobec tych, którzy stają się ofiarami takich przestępstw. Do kształtowania się postaw i poglądów, oraz pobudzania emocji, które czasem bywają podłożem dokonywania takich przestępstw mogą – na zdrowy rozum – przyczyniać się takie czy inne wypowiedzi. Ale czy mogą przyczyniać się do tego tylko takie wypowiedzi, o których można byłoby powiedzieć: „tak, to jest nawoływanie do nienawiści”, albo „tak, to jest znieważanie” bądź „tak, to jest nawoływanie do popełnienia przestępstwa” – czyli inaczej mówiąc te wypowiedzi, odnośnie których można byłoby argumentować, że dałoby się potraktować je jako przestępstwo – choć z tym też jest taki choćby problem, że pojęcia występujące w przepisach prawnych dotyczących tzw. „mowy nienawiści” nie grzeszą specjalną precyzją – gdzie jest np. granice pomiędzy jeszcze prawnie niezakazanym pobudzaniem do niechęci, nieufności, czy uprzedzeń wobec jakiejś np. grupy narodowościowej, czy rasowej – a nawoływaniem do nienawiści (wciąż tylko emocji) przeciwko takiej grupie, za które można nawet trafić do więzienia? Jasne jest dla mnie, że nie – że do „przestępstw z nienawiści” tak samo, jak „mowa nienawiści” – o ile nie bardziej – mogą przyczyniać się wypowiedzi nie uważane za taką „mowę”. Przykłady potwierdzające taką tezę? Otóż np. w niedawnych czasach w Polsce – jak i zresztą w innych krajach – miały miejsce werbalne, a także fizyczne ataki na osoby pochodzące z krajów Dalekiego Wschodu w związku z epidemią koronawirusa. I tak, jak można przeczytać w „Dzienniku Bałtyckim” (wydanie z 24.03.2020 r.) „w Łukowie trzech nastolatków zaatakowało kobietę narodowości wietnamskiej, która od lat mieszka w tym mieście. Napastnicy krzyczeli wulgaryzmy oraz że „jest z Chin i ma koronawirusa”. Obrzucili ją śmieciami, spluwali w jej stronę, a gdy próbowała odejść, szli za nią”. Mowa tam też jest o brutalnym pobiciu pochodzącego z Chin kucharza, mającego polskie obywatelstwo i mieszkającego w Polsce od 25 lat. Z kolei na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku (to informacja z „Faktu” z dnia 4 lutego 2020 r.) polscy studenci zaatakowali swych chińskich kolegów oskarżając ich o to, że rozsiewają wirusa z Wuhan (było to przed jakimkolwiek znanym zachorowaniem na Covid 19 w Polsce). Chińczycy próbowali tłumaczyć Polakom, że są zdrowi, jednak to tylko wywołało wściekłość tych drugich. Rozwścieczeni polscy studenci wystawili w stronę Chińczyków środkowe palce i obrzucili ich najgorszymi wyzwiskami. Do rękoczynów nie doszło ponoć tylko cudem. Co jest oczywiste, to to, że do wspomnianych sytuacji nie doszłoby, gdyby sprawcy opisanych tu aktów agresji nie dowiedzieli się czegoś o koronawirusie i o tym, że wziął się on Chin. Lecz pisanie i mówienie o takich rzeczach nie jest przecież prawnie zakazane – proponuje ktoś, by było? Nie proponuje tego, jak sądzę, żaden zwolennik zakazów „mowy nienawiści” - chyba, że chodziłoby o jakiegoś totalitarystę chcącego zakazać rozpowszechniania wszelkich poglądów i informacji niewygodnych dla władz – większość zwolenników prawnego tępienia „hate speech” nie jest, jak sądzę, za całkowitą – czy praktycznie całkowitą – likwidacją wolności słowa. Lecz stosując konsekwentnie rozumowanie, w myśl którego „mowa nienawiści” powinna być zakazana z tego powodu, że może się ona pośrednio przyczyniać do „przestępstw z nienawiści” to chyba należałoby zakazać mówienia i pisania o tym, że koronawirus pochodzi z Chin – bo przecież jakiś świr może pod wpływem tej informacji skojarzyć np. spotkanego na ulicy Chińczyka z tą groźną chorobą i w następstwie będących przynajmniej pośrednim efektem takiej informacji emocji pobić go – a nawet (przecież to nie jest wykluczone) zabić. Weźmy też inną sytuację. Niedawno w Niemczech 25 letni imigrant z Afganistanu zdemolował zabytkowy, XII wieczny kościół w Nordhausen. Swój przestępczy czyn tłumaczył tym, że „wiara chrześcijańska jest fałszywa, a Jezus nie jest Synem Bożym”. Co do takiego przekonania: oczywiste jest dla mnie, że nie musi się ono stać podłożem przestępczego działania. Osobiście sądzę np. że wiara muzułmańska jest czymś fałszywym – a nawet potencjalnie niebezpiecznym – lecz jednak jakoś nie przychodzi mi do głowy, by z takiego powodu np. zdemolować meczet. Lecz jakkolwiek takie, jak wspomniane powyżej przekonanie nie musi prowadzić do popełnienia przestępstwa – takiego np. jak zdemolowanie kościoła – to oczywiste jest jednak, że przekonanie to, na zdrowy rozum nie mogące się u wyznającej je osoby zrodzić inaczej, jak pod wpływem takich czy innych wypowiedzi – cokolwiek zwiększa – aczkolwiek w sposób niejasny i zapewne bardzo niewielki – prawdopodobieństwo posunięcia się do dokonania czynu wyrządzającego szkodę i sprzecznego z prawem. Przecież ów Afgańczyk – odnośnie którego trudno byłoby przypuszczać, by mógł on uważać chrześcijaństwo za „prawdziwą” religię, zaś Jezusa za Syna Bożego – urodził się on w islamskim kraju i wyrósł w tamtejszej religii – nie dokonałby wspomnianego tu czynu, gdyby do chrześcijaństwa miał on stosunek, powiedzmy, obojętny (nawiasem mówiąc, jestem w stanie wyobrazić sobie, że takiego przestępstwa, jak zdemolowanie czy okradzenie kościoła dokonuje ktoś obojętny religijnie – np. ktoś czerpiący satysfakcję z dokonywania aktów wandalizmu czy po prostu zwykły złodziej. Ale w interesującym mnie tu przypadku nie o czymś takim chyba mówimy). Dokonał on tego czynu w następstwie wrogości wobec chrześcijaństwa, której podłożem było przekonanie o tym, że chrześcijaństwo nie jest prawdziwą religią, zaś Jezus nie jest Bożym Synem. Konsekwentnie idąc tropem rozumowania zwolenników zakazów „hate speech” należałoby – to jest nasuwający się jak dla mnie logiczny wniosek, którego – na szczęście – myślę, że nikt w praktyce nie zastosuje - zakazać wyrażania poglądów o fałszywości chrześcijaństwa, bo wśród osób przekonanych do takich poglądów z cokolwiek większym, niż wśród nie przekonanych do nich prawdopodobieństwem mogą się znaleźć tacy, którzy dokonają ataków na kościoły. Albo np. pobiją księdza. I oczywiście – w myśl tego (tylko że konsekwentnie zastosowanego) rozumowania należałoby zakazać głoszenia poglądów, że fałszywą religią jest islam – bo może to prowadzić do takiego przestępstwa, jak atak na meczet, albo, że fałszywy jest buddyzm, bo może to doprowadzić do ataku na świątynię buddyjską itd. Można by też było zakazać krytyki jakichś np. partyjnych programów i pomysłów politycznych. Ludzie – choć oczywiście, że bardzo nieliczni – przekonani o tym, że jakieś polityczne pomysły są czymś szkodliwym, czy niebezpiecznym posuwają się czasem do popełniania przestępstw przeciwko autorom tych pomysłów, czy osobom z nich kojarzonymi. Jako przykład takiego przestępstwa można przytoczyć mające kilka lat temu podpalenie biura poselskiego posłanki Beaty Kempy (wspomniałem o nim w tym tekście: https://www.salon24.pl/u/kozlowski/1101139,zakazy-wypowiedzi-droga-w-najlepszym-wypadku-do-nikad). Sprawca tego niemającego wprawdzie jakichś tragicznych skutków – ale przecież potencjalnie bardzo niebezpiecznego - czynu oświadczył, że tym, co motywowało go do jego dokonania był sprzeciw wobec planowanych przez PiS zmian w ordynacji wyborczej – przy czym dodał, że sam nie czytał projektu rzeczonej ustawy, lecz opierał się na opiniach posła PO Borysa Budki, a także polityków „Nowoczesnej” i PSL oraz dziennikarzy, którzy krytykowali ów projekt. Należy zakazać (np.) krytykowania projektów jakichś ustaw z tego powodu, że krytyka ta może u kogoś – z największym prawdopodobieństwem niezrównoważonego psychicznie (o ile sobie przypominam, sprawca wspomnianego tu przestępstwa został uznany za niepoczytalnego) – wywołać emocje, w następstwie których dokona on jakiegoś nieodpowiedzialnego, groźnego, a może nawet fatalnego w skutkach czynu? Moim zdaniem – i myślę, też, że zdaniem znakomitej większości ludzi – nie. Za takie, jak wspomniane tu przestępstwo powinien odpowiadać ktoś, kto osobiście je popełnił i ewentualnie także ktoś, kto celowo i bezpośrednio zachęcił go do jego dokonania czy celowo mu w tym pomógł. Nikt jednak nie powinien być karany z tego powodu, że jakaś jego wypowiedź – czy może ileś jego wypowiedzi – przyczyniły się do zrodzenia się u kogoś stanu psychicznego, który stał się podłożem czyjegoś przestępczego działania i nikt też, rzecz jasna, nie powinien być karany z tego powodu, że jego wypowiedzi potencjalnie mogą przyczynić się do zrodzenia się u niektórych osób przekonań i emocji, w następstwie których niektórzy z tych niektórych być może coś złego zrobią. Lecz zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” (choć nie tylko zwolennicy takich zakazów – można byłoby tu wspomnieć o zwolennikach zakazów pornografii o teorię, że przyczynia się ona do np. gwałtów) uważają, że pewne wypowiedzi, nie mające przy tym - uwaga! – charakteru bezpośredniego nawoływania do popełnienia przestępstwa – powinny być zakazane – może nie tylko i wyłącznie, ale na pewno w bardzo dużej mierze – z takiego właśnie powodu. Jeśli więc przyjmuje się, że pewne rodzaje wypowiedzi powinny być prawnie zabronione z takiego właśnie powodu, to warto chyba co najmniej zadać pytanie, dlaczego z takiego powodu nie zakazać także innych wypowiedzi – np. takich, o jakich, dla przykładu, tu wspomniałem?

Nie ma co już ciągnąć dalej tego wywodu – oczywiste jest dla mnie, że konsekwentne wcielenie w życie rozumowania leżącego u podłoża zakazów „hate speech” doprowadziło by do stworzenia cenzury gorszej, niż w państwach totalitarnych. Tak nawiasem mówiąc, pomysł konsekwentnego wcielenia w życie takiego rozumowania prowadziłby do wniosków na zdrowy rozum po prostu absurdalnych – takich np. że wygłaszanie poglądu zrównującego aborcję z morderstwem powinno być karalne z tego względu, że niektórzy ludzie przekonani do takiego poglądu dokonują takich czynów, jak podpalanie klinik aborcyjnych i zamachy na życie lekarzy wykonujących zabiegi aborcji (oczywiście – bardzo nieliczni – ale mimo wszystko chciałbym zauważyć, że raczej trudno wyobrazić sobie, by takiego, jak wspomniane tu przestępstwa mógł dokonać ktoś, kto nigdy w życiu nie słyszał o jakiejś tam aborcji i – znów, pewnie w sumie ciągle bardzo małe - prawdopodobieństwo dokonania takiego czynu przez kogoś przekonanego do opinii, że aborcja jest jakimś straszliwym złem jest na zdrowy rozum znacząco większe, niż prawdopodobieństwo popełnienia go przez kogoś, kto nie został przekonany do takiego poglądu) – i - jednocześnie – że wygłaszanie opinii, iż zakaz aborcji stanowi naruszenie podstawowych praw, jakie (także moim zdaniem – zob. np. tu ) należą się kobietom powinno być zakazane z tego względu, że krewcy wyznawcy takiej opinii dokonują niekiedy fizycznych napaści na rzeczników zakazu aborcji. Bądź takiego, że tak samo, jak „propagowania faszyzmu” i „mowy nienawiści” należałoby zabronić szerzenia poglądu o niebezpieczeństwie, że faszyzm może się odrodzić, bo bez przekonania niektórych osób do takiego poglądu – a także do np. poglądu, że państwo jest wobec (neo)faszystów nadmiernie pobłażliwe czy też bezradne nie byłoby takich przestępstw, jak brutalne pobicie osób składających kwiaty na grobie przywódcy przedwojennej „Zadrugi” Jana Stachniuka przez członków „Antify” w dniu 11.11. 2005 r. bądź pobicie osób jadących na „marsz niepodległości” w Warszawie w 2010 r.

Takie jak wspomniane tu wcześniej rozumowanie jest w demokratycznych krajach (a mam tu na myśli zarówno te kraje, które zakazują np. „mowy nienawiści” jak i te które nie zabraniają jej) jeśli nie bardzo świadomie odrzucane, to przynajmniej w praktyce nie akceptowane w sposób jakiś bardzo generalny. O ile wiem, w żadnej zachodniej demokracji nie zabrania się np. potępiania aborcji czy też pomysłów wprowadzenia jej zakazu z tego powodu, że przekonanie i emocje zrodzone pod wpływem jednych czy drugich wypowiedzi mogą w przypadku jakichś nielicznych osobników stać się podłożem aktów przemocy. Nie zabrania się propagandy rzeczników idei praw zwierząt z tej przyczyny, że niektórzy ludzie poruszeni losem zwierząt w rzeźniach czy laboratoriach badawczych i przekonani do opinii, że to co dzieje się w takich miejscach moralnie nie różni się od tego, co działo się w Auschwitz dokonują fizycznych ataków na takie miejsca, lub nawet np. pobić osób odpowiedzialnych według nich za zbrodnie przeciwko ich nie-ludzkim braciom. Nie zabrania się straszenia potencjalnymi skutkami eksperymentów genetycznych czy bio lub nanotechnologii dlatego, że niektórzy ludzie przekonani o groźbie takich skutków podpalają laboratoria prowadzące badania w dziedzinie genetyki czy bio lub nanotechnologii – a wśród ludzi przekonanych do takich poglądów znaleźli się i tacy, którzy mordowali naukowców zajmujących się nanotechnologią. Nie zakazuje się szerzenia najbardziej nawet katastroficznych teorii na temat globalnego ocieplenia, ponieważ pewni ludzie przejęci niebezpieczeństwem efektu cieplarnianego podpalali oskarżane o przyczynianie się do tego efektu samochody typu SUV i niszczyli rurociągi, zaś Francisco Lotero i Miriam Coletti z Argentyny ze strachu przed globalnym ociepleniem zabili jedno ze swoich małych dzieci, drugie (na szczęście nieskutecznie) próbowali zgładzić – i strzelili sobie w łeb. Nie zabrania się głoszenia poglądu o równej wartości i równym prawie do życia wszelkich organizmów z tego powodu, że pogląd taki jest podłożem ekoterroryzmu (przez który należy rozumieć takie czyny, jak np. podpalenia czy zamachy bombowe dokonywane w imię ochrony środowiska, a nie np. blokowanie jakiejś drogi w proteście przeciwko jakiejś szkodliwej dla przyrody inwestycji – takie działania, jeśli nawet są bezprawne, nie są działaniami terrorystycznymi, gdyż nie stwarzają one bezpośredniego zagrożenia ani dla zdrowia i życia ludzi, ani nawet dla czyjegoś mienia). Nie zakazuje się głoszenia opinii o śmiertelnym zagrożeniu przyrody przez ludzką działalność, choć wśród ludzi przekonanych do takiej opinii niewątpliwie prędzej mogą się zdarzyć ludzie, którzy zechcą bronić przyrody przy użyciu działań przestępczych, niż wśród takich, którzy nie zostali przekonani do niej (bo np. taka opinia nigdy nie trafiła do ich uszu czy oczu). Nie słyszałem też np. o pomysłach zakazu straszenia negatywnymi skutkami tzw. technologii 5G, choć na zdrowy rozum jest jasne, że podpalenia masztów telefonii komórkowej rzekomo wykorzystujących tę technologię nie zdarzałyby się bez przekonania ich sprawców do poglądu, że technologia ta może mieć takie czy inne złe skutki. W czasach, gdy głośni byli tzw. antyglobaliści nie zetknąłem się z pomysłem, by za przestępstwo uznać przedstawianie takich ciał, jak MFW, WTO, czy Bank Światowy jako winowajców nędzy, wyzysku, bezrobocia, niszczenia środowiska i głodu w krajach (głównie) trzeciego świata, choć przecież niektórzy ludzie z pewnością pod wpływem pewnych wypowiedzi tak postrzegający te gremia podczas mityngów tych ciał urządzali rozruchy, po których miasta będące miejscem owych mityngów wyglądały niczym po tajfunie. Nie zetknąłem się też – jak dotąd - z pomysłem kryminalizacji wypowiedzi straszących takimi czy innymi negatywnymi skutkami szczepienia na COVID – 19, bądź negujących czy bagatelizujących epidemię koronawirusa, mimo, że można byłoby całkiem racjonalnie twierdzić, że wypowiedzi takie – pomijając już to, że mogą one przekonywać ludzi do poglądów, stających się czasami podłożem przestępczych działań – takich, jak fizyczne ataki na punkty szczepień – mogą zniechęcać ludzi do szczepienia się lub też zachęcać ich do nieostrożnych zachowań – takich, np. jak nienoszenie maseczek w miejscach publicznych i przez to przyczyniać się do rozprzestrzeniania się tej często śmiertelnej choroby. Nie zakazuje się też w demokratycznych krajach – czy to zabraniających, czy niezabraniających „mowy nienawiści” - np. publikowania Koranu względnie islamskich hadisów z tego powodu, że można byłoby w całkiem rozsądny sposób powiedzieć, że to treści zawarte w tych dziełach stanowią podłoże islamskiego fanatyzmu i terroryzmu. Podobnie też, jak nie zakazuje się w takich krajach publikowania Biblii, mimo, że można byłoby twierdzić, że to przesłania zawarte w Piśmie Świętym prowadziły do takich czynów, jak burzenie pogańskich świątyń i nawracanie pogan na chrześcijaństwo ogniem i mieczem, wyczynów inkwizycji – w tym polowania na czarownice – wojen religijnych między różnymi odłamami chrześcijaństwa – a w czasach współczesnych słowa Biblii bywają przytaczane przez rozmaitych kryminalistów i psychopatów jako źródło inspiracji bądź usprawiedliwienia dla popełnionych przez nich przestępstw – od bicia żon i dzieci zaczynając, a na masowych i seryjnych morderstwach kończąc. (8)

Ponadto chciałbym też zauważyć, że w krajach zachodnich nie zabrania się szerzenia wszelkich treści, o których w zupełnie rozsądny sposób dałoby się twierdzić, że mogą się one przyczyniać do przestępstw z nienawiści przeciwko członkom takich czy innych grup narodowościowych, rasowych, religijnych – i w ogóle grup chronionych zazwyczaj przed „mową nienawiści” (9) – takich np. jak treści mówiące o zamachach terrorystycznych dokonywanych przez islamskich fanatyków i masowym napływie wyznawców islamu do Europy. Niedawno przeczytałem bardzo ciekawy artykuł mówiący o nieproporcjonalnie częstym dokonywaniu przestępstw seksualnych – takich, jak zbiorowe gwałty – przez przybyłych do Europy imigrantów z Afganistanu. W tekście tym przytoczonych było szereg przykładów takich czynów, wysunięta była też – na podstawie wypowiedzi sprawców takich przestępstw – teza, że podłożem tych brutalnych aktów przemocy była głęboko żywiona przez dokonujące ich osoby pogarda wobec zachodniej cywilizacji. Tekst ten w żaden sensowny sposób nie dałby się zakwalifikować jako przestępstwo np. „publicznego nawoływania do nienawiści” na tle różnic narodowościowych, rasowych, czy religijnych, ani też jako np. „publicznie znieważanie grupy ludności” z powodu przynależności narodowej, bądź religijnej – i rzecz jasna nie było w nim najmniejszej choćby sugestii stosowania przemocy wobec Afgańczyków czy aprobaty dla jej stosowania. Była to poważna, utrzymana w rzeczowym, umiarkowanym tonie publikacja. Nie było w niej nic – jak sądzę – z punktu widzenia – przykładowo – polskiego, niemieckiego, francuskiego, brytyjskiego, szwedzkiego – i chyba jakiegokolwiek zachodniego prawa – zakazanego. Lecz warto tu zadać sobie takie pytanie: czy lektura takiego, nie mającego w sobie znamion żadnego przestępstwa tekstu – lub tym bardziej wielu tego typu tekstów – nie może wzbudzić u niektórych osób uczucia nienawiści wobec członków grupy, o których jest mowa w tym tekście (w tym konkretnym przypadku Afgańczyków – choć myślę, że można też zadać pytanie, czy czytanie takich tekstów nie może w praktyce prowadzić do nienawiści wobec członków jeszcze innych grup – np. w ogóle muzułmanów) i pośrednio doprowadzić do popełnienia przestępstw z nienawiści przeciwko członkom takiej grupy? Oczywiście – tylko się o to, w czysto retoryczny sposób, pytam. Nic nie wiadomo mi o tym, by jakiś czytelnik wspomnianego tekstu popełnił jakieś „przestępstwo z nienawiści”. Lecz moja intuicyjna odpowiedź na postawione tu wcześniej pytanie jest taka, że tak – tego rodzaju publikacje mogą przyczyniać się do przestępstw z nienawiści tak samo, bądź nawet w większym stopniu, jak wypowiedzi, które można byłoby choćby próbować w jakiś w miarę sensowny sposób kwalifikować jako karalną „mowę nienawiści”. Dlaczego? Otóż m.in. dlatego, że taka publikacja, jak ta, o której była tu mowa, jest publikacją poważną. Nie ma w niej żadnych – mogących zostać zakwalifikowane jako przestępstwo np. „znieważania grupy ludności” – obelg, czy jasno widocznej próby wywołania jakiejś skrajnej emocji wobec członków jakieś grupy. Przedstawione są w niej konkretne, trudne do zanegowania fakty. Nie ma w niej oczywiście mowy o tym, że wszyscy imigranci z Afganistanu – czy też np. jakaś znaczna część takich imigrantów – gwałcą kobiety bądź małe dziewczynki – ze wspomnianego tekstu wynika tylko to, że członkowie grupy, o której jest w nim mowa dokonują takich przestępstw nieproporcjonalnie często – także w porównaniu z imigrantami z innych krajów islamskich. Tekst ten bynajmniej nie oskarża wszystkich Afgańczyków o przestępcze działania czy skłonności – co np. w Niemczech mogłoby zostać zakwalifikowane jako przestępstwo zniesławienia jakiegoś „segmentu populacji” (art. 130 (1) 2. niemieckiego k.k.). Lecz tak to już jest, że ludzie stykający się z informacjami o szkodliwych działaniach (np. przestępstwach typu gwałty, kradzieże, oszustwa, napady, czy akty terroru) dokonywanych przez niektórych członków pewnych grup – np. osoby o określonej narodowości, czy przynależności religijnej – często nabierają co najmniej podejrzliwości wobec wszelkich członków takich grup, a u niektórych ludzi tego rodzaju informacje mogą wzbudzać generalne uczucia nienawiści wobec takich osób. Tak też nawiasem mówiąc, czytałem kiedyś poważną publikację, w której była mowa o tym, że najczęstszymi ofiarami fali przemocy przeciwko imigrantom, do której doszło w Niemczech niedługo po zjednoczeniu tego kraju w 1990 r. były nie osoby należące do grup, którym w największym stopniu można było przypisywać stwarzanie jakichś rzeczywistych, mogących być odczuwanymi przez niektórych ludzi problemów – takich, jak np. zajmowanie mieszkań, czy miejsc pracy – lecz osoby należące do tych grup, o których najwięcej mówiono i pisano w środkach masowego przekazu. Oczywiście, wypowiedzi, o których (w ogólnikowy sposób) była w tym tekście mowa nie były zakazaną i karalną w Niemczech „mową nienawiści”. W wypowiedziach tych nie było nawoływania do nienawiści, czy też przemocy albo arbitralnych działań przeciwko członkom takich czy innych grup, nie było w nich też znieważania, złośliwego oczerniania bądź zniesławiania jakichś „segmentów populacji” (takich, przykładowo, jak imigranci czy członkowie jakichś grup narodowych, rasowych bądź jeszcze innych) co mogłoby zostać uznane za przestępstwo określone w art. 130 niemieckiego kodeksu karnego. Lecz tego typu niezakazane prawnie wypowiedzi najwyraźniej przyczyniały się do dokonywania przez niektóre osoby przestępstw z nienawiści mniej więcej tak samo, jak zdaniem niektórych rzeczników zakazu „hate speech” do przestępstw z nienawiści przyczynia się „mowa nienawiści”. Oczywiście – nie w pojedynkę – tj. w taki sposób, że ktoś np. usłyszał jakąś informację czy przeczytał jakąś opinię i pod wpływem konkretnej wypowiedzi popełnił przestępstwo. Lecz argumentem, przy użyciu którego usiłuje się uzasadnić konieczność istnienia zakazów „mowy nienawiści” (wykraczających poza zakazy intencjonalnego i bezpośrednio niebezpiecznego w konkretnej sytuacji nawoływania do popełnienia przestępstwa) raczej nie jest argument, że „mowa nienawiści” – w sensie konkretnych przypadków takiej „mowy” – bezpośrednio prowadzi do przestępstw z nienawiści – gdyby coś takiego było prawdą, to wiedzielibyśmy o tym choćby z kronik kryminalnych. Raczej, argument jest taki, że „mowa nienawiści” może stopniowo pobudzać emocje i kształtować przekonania, które niekiedy – bo dla każdego rozsądnie myślącego człowieka jasne jest chyba, że przecież nie zawsze – mogą stać się jakimś podłożem „przestępstw z nienawiści”. Tyle tylko, że tego rodzaju efekt mogą – jak widać – mieć wypowiedzi niemożliwe do zakwalifikowania jako karalna „hate speech”.

W rzeczonym tekście była też mowa o tym, że po pewnych, szczególnie nagłośnionych przez media przestępstwach z nienawiści – takich np. jak podpalenia hosteli dla imigrantów – następowały całe fale podobnych przestępstw. I tu pojawia się taki problem. Takie czyny, jak dokonywanie podpaleń są oczywiście w Niemczech – jak wszędzie indziej – karalne. Karalne jest też w Niemczech nawoływanie do dokonywania takich czynów – nawet gdy ma ono charakter ogólnikowy, tzn. nie stanowi nawoływania do dokonania jakiegoś konkretnego przestępstwa, tj. np. podpalenia określonego hostelu – a także ich pochwalanie. Lecz nie jest zakazane – jak zresztą nigdzie indziej (gdy mówimy o krajach zachodnich – nie takich krajach, jak np. Korea Północna, gdzie obieg informacji jest ściśle kontrolowany przez władze) informowanie o takich czynach. Jednak, jak widać, publikowanie takich, jak wspomniane tu informacji może przyczyniać się do popełniania wyjątkowo groźnych przestępstw. Nie jest to zresztą jedyny możliwy przykład na to, że szerzenie przez media informacji o jakichś bulwersujących wydarzeniach może przyczyniać się do przestępczych zachowań niektórych ludzi. Innymi mogą być takie zdarzenia, jak podpalenia kościołów, do których doszło w Kanadzie po ujawnieniu przez media informacji o grobach dzieci na terenie dawnych szkół dla Indian (prowadzonych zwykle przez instytucje wyznaniowe, w tym także Kościół Katolicki) bądź też rozruchy, do których doszło w 2020 r. w USA po uduszeniu przez policjanta Derek’a Chauvinne’a z Minneapolis Afro-Amerykanina George’a Flyod’a i co do których jest chyba oczywiste, że nie doszłoby do nich, gdyby informacja o tym przestępstwie nie dotarła do oczu czy uszu tych, którzy wzięli w nich udział.

Czy szerzenie informacji o (np.) przestępstwach powinno być zakazane z tego powodu, że coś takiego może się przyczyniać do popełnienia czy to takich, jak przedstawione w nich (bądź podobnych) lub też innych przestępstw? Myślę, iż mało kto na to pytanie odpowie, że tak. Raczej na pewno nie opowiedzą się za czymś takim zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” – w każdym razie typowi zwolennicy, nie będący zwolennikami ograniczeń wolności słowa właściwych wyłącznie dla państw autorytarnych czy totalitarnych (a i to, myślę, tylko niektórych – przecież np. w Polsce w okresie PRL o rozmaitych zbrodniach mówiono i pisano).

Lecz spójrzmy się na ten problem biorąc za podstawę logikę, jaka leży u podstaw zakazów „mowy nienawiści” – tyle tylko, że stosując tę logikę w sposób konsekwentny. Dla zwolenników zakazów „hate speech” bezpieczeństwo osób należących do takich czy innych grup rasowych, narodowościowych, religijnych czy jeszcze innych (np. osób LGBT) jest niewątpliwie znacznie ważniejsze od prawa rasistów, nacjonalistów, homofobów, czy neonazistów do swobodnego głoszenia swoich przekonań. Uważają oni, że pewnych wypowiedzi należy zakazywać w imię ochrony takich, jak wspomniane tu osób – nawet wówczas, gdy wynikające z tych wypowiedzi zagrożenia dla tych osób nie są jasne i bezpośrednie (raczej nikt nie twierdzi czegoś takiego, że jak ktoś, gdzieś tam brzydko się wyrazi o jakiejś grupie to niechybnym, czy też wysoce prawdopodobnym rezultatem tej konkretnej wypowiedzi będzie popełnienie przestępstwa z nienawiści przeciwko jakiemuś członkowi takiej grupy), a raczej jedynie potencjalne i – logicznie rzecz biorąc – możliwe do wyobrażenia.

Lecz w przypadku informacji, o których była tu powyżej mowa niebezpieczeństwo wynikające z ich rozpowszechnienia było – na zdrowy rozum – znacznie bardziej bezpośrednie i wyraźne, niż niebezpieczeństwo wynikające z szerzenia „mowy nienawiści” (a przynajmniej takiej „mowy nienawiści” która nie jest bezpośrednim wzywaniem do aktów przemocy). Owszem, niebezpieczeństwo to mogło nie być aż tak jasne, jak w przypadku np. podburzania jakiegoś już rozzłoszczonego tłumu do fizycznego zaatakowania kogoś będącego obiektem gniewu tego tłumu, czy w przypadku kłamliwego krzyczenia „pożar!” w pełnym ludzi kinie czy teatrze i wywoływania przez to paniki – czyli tych wypowiedzi, które w USA nie byłyby uważane za ekspresję chronioną przez I Poprawkę do Konstytucji. W przypadkach, o których tu wcześniej wspomniałem na drodze pomiędzy zetknięciem się przez kogoś z taką czy inną informacją – i wywołaniem u niego przez tę informację jakichś emocji – a dokonaniem przez  niego przestępstwa mogły istnieć pewne etapy pośrednie. Mogło być np. tak, że ktoś zapoznał się z jakąś wiadomością, lecz do popełnienia konkretnego przestępstwa został on bezpośrednio nakłoniony przez inną – najprawdopodobniej znaną sobie – osobę. Niemniej jednak, w przypadkach, o których była tu mowa droga od słów do czynów była o wiele bardziej jasna – a także krótsza – niż ewentualnie może być (przyjmując za dobrą monetę rozumowanie zwolenników zakazów „mowy nienawiści” – przynajmniej w takim zakresie, w jakim nie opiera się ono na jakiejś oczywistej nieprawdzie – ze strony niektórych zwolenników zakazu „mowy nienawiści” zdarzają się głosy, że „mowa” taka bezpośrednio prowadzi do przemocy, lecz gdyby tak – często w każdym razie – było, fakt ten niewątpliwie byłby dobrze znany – lecz jednak nie jest – zaś głoszone też czasem przez niektórych zwolenników zakazu „mowy nienawiści” twierdzenia, że taka „mowa” stwarza wyraźne i bezpośrednie zagrożenie opierają się na manipulacji tym – zgoda, że cokolwiek podatnym na nią – pojęciem) w przypadku „hate speech”. Powinno być więc rozpowszechnianie takich, jak wspomniane tu informacji czymś prawnie zakazanym? Myślę, że na to pytanie prawie każdy – włącznie z zażartymi zwolennikami zakazów „mowy nienawiści” – odpowie, że nie. Lecz jeśli rozumowanie zwolenników zakazów „mowy nienawiści” zostałoby zastosowane w sposób konsekwentny (w takim zakresie, w jakim opiera się ono na argumencie, że nawet nie nawołująca bezpośrednio do przemocy „hate speech” powinna być zakazana z tego powodu, że może się ona przyczyniać do przestępstw z nienawiści) to odpowiedź na to pytanie powinna – logicznie rzecz biorąc – brzmieć „tak”. A już co najmniej próba konsekwentnego zastosowania takiego rozumowania powinna prowadzić do postawienia pytania: a dlaczego nie? Dałoby się znaleźć jakąś dobrą odpowiedź na takie pytanie?

Konsekwentne wcielenie w życie rozumowania zwolenników zakazów „mowy nienawiści” (i zwolenników zakazów innych rodzajów wypowiedzi – które choć mogą – to jest niewykluczone – mieć czasem złe skutki, to jednak nie prowadzą jakiś bezpośredni i nieunikniony sposób do takich skutków – np. pornografii, propagowania zachowań pedofilskich czy pochwalania przestępstw, albo nawoływania do popełniania przestępstw jako takiego w ogóle) prowadziłoby więc do rezultatów, których osiągnięcia również oni sami z pewnością by nie chcieli. Bo przecież zwolennicy zakazów „hate speech” – chcąc chronić osoby należące do mniejszości rasowych, narodowościowych, etnicznych, religijnych czy też osoby LGBT przed krzywdzącymi czynami, do których ich zdaniem może prowadzić „mowa nienawiści” nie chcą chyba jakoś kompletnie zdławić wolności słowa – a także wolności zrzeszania się czy zgromadzeń.

Zwolennikom zakazów „mowy nienawiści” warto zwrócić uwagę na to, że przyjęte przez nich według wszelkiego prawdopodobieństwa rozumowanie w przypadku jego konsekwentnego wcielenia w życie prowadziłoby do absurdu i że oni sami raczej nie są skłonni stosować go w taki sposób. Chodzi tu nie tylko o rozumowanie, w myśl którego „hate speech” powinna być zakazana dlatego, bo u niektórych ludzi może ona pobudzić przekonania i rozpalić emocje, w następstwie których to przekonań niektórzy z tych niektórych mogą popełnić przestępstwa z nienawiści, ale także np. o rozumowanie, według którego powodem uzasadniającym zakaz „hate speech” jest potrzeba ochrony ludzkiej godności, która jest naruszana przez wypowiedzi znieważające pewne rodzaje grup społecznych i nawołujących do nienawiści przeciwko takim grupom. Dlaczego zakazywać pewnych wypowiedzi skierowanych przeciwko takim grupom, jak – przykładowo – Żydzi, Ukraińcy, Łemkowie, prawosławni, protestanci, muzułmanie, bądź też np. geje, lesbijki, biseksualiści czy transseksualiści – lecz nie podobnych w istocie rzeczy wypowiedzi odnoszących się do takich np. grup, jak robotnicy, rolnicy, lekarze, nauczyciele, policjanci, przedsiębiorcy, bezrobotni, bezdomni, ludzie wykonujący takie czy inne zawody, czy też ludzie mający pewne często postrzegane, ale nie uważane generalnie rzecz biorąc za niepełnosprawność (niektórzy zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” chcieliby przed taką „mową” chronić osoby niepełnosprawne – czy to fizycznie, czy też psychicznie) cechy fizyczne – takich np. jak osoby otyłe? Czy godność osób należących do pewnych grup jest więcej warta, niż godność osób należących do innych grup? Czy może też ludzka godność jest jakoś szczególnie powiązana z pewnymi cechami ludzi – takimi, jak przynależność narodowościowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa, bezwyznaniowość lub (np.) orientacja seksualna – lecz nie innymi – takimi np. jak pochodzenie z jakiejś określonej grupy społecznej, czy przynależność do takiej grupy, wykonywanie jakiegoś zawodu, bycie człowiekiem np. bez wykształcenia albo bez pracy, bycie np. człowiekiem bardzo ubogim – albo też bardzo bogatym, czy też odznaczanie się jakimiś osobistymi cechami – takimi, jak np. bycie osobą otyłą, bycie starym kawalerem czy starą panną – tak, że uzasadnione w imię ochrony ludzkiej godność jest zakazywanie wypowiedzi znieważających w sposób zbiorowy członków pewnych grup, lecz nie innych?

Na to pytanie nie ma co szukać tutaj odpowiedzi – to wymagałoby wdawania się w jakąś ciężką filozofię (o ile nie metafizykę). Tak czy owak, zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” zazwyczaj nie są zwolennikami zakazów wszelkich wypowiedzi, które w całkiem – jak myślę – uczciwy sposób można byłoby uznać za taką „mowę”. Piszę „zazwyczaj” dlatego, bo znane są pomysły takiego rozszerzenia zakazów „hate speech”, że za przestępstwo – teoretycznie przynajmniej rzecz biorąc – mogłyby zostać uznane wypowiedzi znieważające jakąkolwiek grupę społeczną, czy nawołujące do nienawiści przeciwko dowolnej grupie. Wspomnieć tu można choćby o zgłoszonym w 2013 r. przez grupę posłów Platformy Obywatelskiej projekcie zmiany kodeksu karnego, zgodnie z którym zawarte w art. 256 § 1 i 257 k.k. zapisy, że „kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2” oraz, że „kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości podlega karze pozbawienia wolności do lat 3” miałyby zostać zastąpione zapisem (zawartym w znowelizowanym art. 256 § 1, art. 257 miał zostać wykreślony z kodeksu), w myśl którego karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 miał podlegać każdy, kto „publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści wobec grupy osób lub osoby z powodu jej przynależności narodowościowej, etnicznej, rasowej, politycznej, społecznej, naturalnych lub nabytych cech osobistych lub przekonań, albo z tego powodu grupę osób lub osobę znieważa”. Jednak ten niewątpliwie bardzo niebezpieczny dla wolności słowa projekt (który poniekąd zresztą spotkał się z krytyką środowisk nalegających na zakazanie „mowy nienawiści” z takich powodów, jak wiek, płeć, tożsamość płciowa, niepełnosprawność i orientacja seksualna konkretnych osób czy całych grup osób odznaczających się takimi cechami) nie stał się prawem, a PO – o ile mi wiadomo – nie wracała do pomysłu jego uchwalenia. (10) W praktyczną niepamięć odszedł też przedstawiony w 2011 r. przez „Otwartą Rzeczpospolitą” projekt nowelizacji art. 256 § 1 k.k. w myśl którego określonym w tym przepisie przestępstwem miało być nie – jak obecnie – publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa lub nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość – i nawet nie – jak było to proponowane w pewnych projektach (np. SLD i Ruchu Palikota) „publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa lub wywoływanie lub wywoływanie albo szerzenie nienawiści lub pogardy na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną” lecz publiczne rozpowszechnianie informacji (choćby zupełnie prawdziwych!), które mogą prowadzić do propagowania takiego ustroju lub szerzenia takiej nienawiści bądź pogardy – „O.Rz.” usunęła ze swoich stron internetowych wszelkie wzmianki wskazujące na to, że swego czasu lansowała ona taki pomysł.

Odnośnie zakazów „mowy nienawiści” przychodzi mi też do głowy taka oto refleksja, Żyjemy w kraju, w którym nienawiści jest, niestety, mnóstwo – mam tu na myśli nienawiść polityczną między (ujmując rzecz może w jakimś uproszczeniu) między zwolennikami i przeciwnikami obecnej władzy – myślę, że faktycznie najgorszej, jaka istniała po 1989 r. – wcześniejsze ekipy rządzące, co by o nich złego nie powiedzieć, nie posuwały się do np. wprowadzenia tak okrutnego dla kobiet prawa aborcyjnego, jakie posługując się podporządkowanym sobie w praktyce Trybunałem Konstytucyjnym wprowadził PiS, czy do bestialstwa wobec imigrantów, jakie działo się ostatnio na wschodniej granicy (nie twierdzę, że granicy nie należy chronić, lecz tylko tyle, że ludzi którzy nawet w sposób z prawnego punktu widzenia nielegalny znaleźli się w Polsce należy traktować w sposób humanitarny, z czym na pewno nie jest zgodne wywożenie ich do lasu, skąd nie mogą ani cofnąć się na Białoruś – której władze oszukały ich, mamiąc obietnicą pomocy w przedostaniu się do krajów zachodniej Europy, ani też przedostać się w głąb Polski) (11), czy też takiego wzięcia pod but Trybunału Konstytucyjnego i co najmniej tak daleko idących prób podporządkowania sobie sądownictwa. Zacietrzewione w owej nienawiści bywają osoby znajdujące się po obu stronach dzielącej Polskę politycznej barykady. Miałem się o tym okazję przekonać jakiś czas temu, kiedy to na pewnej antypisowskiej grupie na FB wdałem się w dyskusję na temat pewnego wpisu na Twitterze dokonanego rzekomo przez będącego wówczas wiceministrem cyfryzacji Adama Andruszkiewicza. Wpis ten – w którym była mowa o tym, że „Nacjonaliści są rasą wyższą moralnie, fizycznie i duchowo” i że „Dlatego duch nacjonalizmu i umiłowania Wodza Narodu powinny być krzewione już od żłobka, a żłobki, przedszkola i szkoły powinny prowadzić ONR i księża” – od razu wydał mi się cokolwiek podejrzany, bo takich głupot w sposób poważny nie wypisują nawet narodowcy, a szczególnie nie wydaje mi się, by coś takiego mógł wypisywać ktoś, kto jednak jest wysokim urzędnikiem państwowym (sekretarzem stanu w ministerstwie) i raczej nie może się w jakiś zupełnie jawny sposób ośmieszać. Jednak uczestnicy wspomnianej dyskusji za żadną cholerę nie dawali się przekonać, że wpis nie był autorstwa Andruszkiewicza (pochodził on z konta Adam Andruszkjewicz @Andruszkjew1, Adam Andruszkiewicz ma na Twitterze konto Adam Andruszkiewcz @Andruszkiewicz1) lecz był parodią. Trzeba chyba było być zaślepionym nienawiścią, by czegoś takiego nie zauważyć.

O z pewnością dzielącej Polaków nienawiści na tle różnic politycznych i dotyczących przekonań nie można powiedzieć, że nie prowadzi ona do żadnych zachowań o charakterze szkodliwym, groźnym czy po prostu przestępczym. Zdarzają się w Polsce np. ataki na biura poselskie – w 2021 r. zaatakowane zostały biura większości klubów parlamentarnych. Niedawno (sierpień 2021) w trakcie demonstracji przeciwko uchwaleniu przez Sejm nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, mającej na celu wyeliminowanie stacji TVN z polskiego rynku medialnego doszło do fizycznej napaści na posła Konfederacji Dobromira Sośnierza. Miały też w niedawnych czasach miejsce pewne naprawdę tragiczne zdarzenia, które (nie wnikajmy już w to, czy do końca słusznie) przedstawiane były często jako rezultat politycznej nienawiści – mam tu na myśli atak na biuro poselskie PiS w Łodzi w 2010 r., w wyniku którego zginęła jedna osoba, zaś druga została poważnie ranna i zamordowanie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza w 2019 r.

Jednak te czyny – i możliwe, że również jakiś jeszcze inne – choć zdarzyły się, to miały one jednak charakter względnie odosobnionych incydentów. W każdym razie, co jest oczywiste, to to, że nie jest tak by tłumy owładniętych nienawiścią wobec np. Koalicji Obywatelskiej zwolenników PiS-u dokonywały pogromów członków, bądź sympatyków KO – lub vice versa – albo by np. oszalali z nienawiści do partii lewicowych zwolennicy np. Konfederacji masowo atakowali członków czy zwolenników Lewicy. Jakieś tragiczne skutki wspomnianej tu politycznej nienawiści są więc – podobnie, jak skutki nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych bądź odnoszącej się do pewnych grup osób z powodu np. ich orientacji seksualnej – czymś rzadkim. Są one w każdym razie – czy to w jednym, czy w drugim przypadku – bez jakiegokolwiek porównania rzadsze, niż skutki chociażby ruchu drogowego – zjawiska, które – mimo, że miewa ono czasem tragiczne rezultaty w postaci ciężkich bądź śmiertelnych wypadków komunikacyjnych – cieszy się powszechną akceptacją i którego nikt nie proponuje wyeliminować w imię ochrony życia i zdrowia potencjalnych ofiar wypadków drogowych.

Jest więc nienawiść na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość – „nawoływania” do której to nienawiści zabrania obowiązujące obecnie w Polsce prawo – a także ewentualnie też nienawiść wobec innych ludzi z takich powodów, jak wiek, płeć, tożsamość płciowa i orientacja seksualna, nawoływania do której chciały zakazać partie lewicowe – czymś na tyle groźniejszym od nienawiści na tle np. różnic politycznych, czy dotyczących przekonań, by można było w sposób elementarnie uczciwy uznać, że nawoływanie do tych pierwszych rodzajów nienawiści powinno być traktowane jako przestępstwo, lecz nawoływanie do innych typów nienawiści już nie?

To oczywiście jest swego rodzaju pytanie o charakterze retorycznym. Na moje wczucie wydaje mi się jednak, że aby uważać, że pewne rodzaje „mowy nienawiści” – np. mowa nienawiści odnosząca się do ludzi czy też całych ich grup z takich powodów, jak przynależność narodowościowa, rasowa, religijna czy orientacja seksualna – są czymś zdecydowanie groźniejszym od innych rodzajów „mowy nienawiści” – skierowanej np. przeciwko takim czy innym partiom politycznym – czy w ogóle przeciwko politykom – czy też przeciwko ludziom prowadzącym taką czy inną, zwłaszcza mogącą budzić moralne kontrowersje, działalność – to trzeba wierzyć w jakiś „magiczny” charakter pewnych typów „hate speech” i brak takiego charakteru w przypadku innych. Lecz w magię to ja jednak nie wierzę (choć wierzę np. w Boga).

Tak czy owak, uważam, że zakazy „mowy nienawiści” – takie, jak te przewidziane np. w artykułach 256 i 257 polskiego kodeksu karnego – są czymś nie wytrzymującym krytyki. W szanującym wolność słowa – i wolność jednostki w sposób bardziej generalny – państwie nie powinno być takich przestępstw, jak (publiczne) nawoływanie do nienawiści (a więc po prostu pewnej emocji) na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na bezwyznaniowość (ani też oczywiście takich jak „publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa”) czy też „publiczne znieważanie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, rasowej, etnicznej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości” bądź przestępstw do nich podobnych.

 

Dadzą się obronić przepisy skierowane przeciwko jakimś pewnym – węższym, niż „nawoływanie do nienawiści” czy też znieważanie jakichś grup – typom „hate speech” – np. takie, w myśl których przestępstwem jest publiczne nawoływanie do np. ludobójstwa, czy w ogóle przemocy przeciwko ludziom z takich powodów, jak przynależność narodowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa czy jeszcze inna, albo pochwalanie takich czynów, bądź takie, które przewidują kary za grożenie takim grupom? Z obroną takich przepisów też są, uważam, poważne problemy. Możemy to sobie uświadomić np. wówczas, jeśli popatrzymy się choćby na art. 126a polskiego kodeksu karnego, który przewiduje karę od 3 miesięcy do 5 lat więzienia dla kogoś, kto „publicznie nawołuje do popełnienia czynu określonego w art. 118, 118a, 119 § 1, art. 120–125 lub publicznie pochwala popełnienie czynu określonego w tych przepisach” (przepisów, do których odwołuje się art. 126a k.k. nie ma co tu dokładnie cytować, generalnie jednak należy powiedzieć, że są to przepisy przewidujące kary za stosowanie przemocy lub groźby bezprawnej wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej lub z powodu jej bezwyznaniowości – tego, również pod karą do 5 lat więzienia zabrania art. 119 § 1 – a także za zbrodnie przeciwko ludzkości, w tym ludobójstwo i zbrodnie wojenne).

Biorąc pod uwagę to, do jak strasznych czynów zabrania nawoływać – a także pochwalać ich popełniania – art. 126a k.k. sądzę, że mało kto ma coś przeciwko istnieniu takiego przepisu w kodeksie karnym. Lecz nad przepisem tym może – wydaje mi się – zastanowić się ktoś, kto po prostu zna obowiązujące w Polsce prawo karne. Przecież nawoływanie do wspomnianych w tym przepisie przestępstw również bez niego mogłoby być karane na podstawie art. 255 § 1 lub § 2 kodeksu karnego – które przewidują kary za publiczne nawoływanie do popełnienia występku lub przestępstwa skargowego oraz za publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni - a pochwalanie takich przestępstw na podstawie art. 255 § 3, według którego przestępstwem jest publiczne pochwalanie popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa. To jest nieco inaczej, niż np. z „nawoływaniem do nienawiści”. Jeśli jacyś ludzie (np. projektodawcy obowiązującego kodeksu karnego) uznali, że „nawoływanie do nienawiści” – będące „nawoływaniem” do pewnych (skrajnych) emocji wobec pewnych rodzajów grup ludzi – lecz nie stanowiące bezpośredniego nawoływania do popełniania przestępstw wobec osób należących do takich grup – powinny być karalne, to musieli oni wymyślić jakiś przepis specyficznie wymierzony w „nawoływanie do nienawiści” bo karanie za wypowiedzi, odnośnie których dałoby się powiedzieć (choć z tym też często może być poważny problem) że mają one na celu pobudzanie jakichś wrogich emocji wobec osób należących do takich czy innych grup – np. Żydów, czarnoskórych, muzułmanów, protestantów, prawosławnych itd. lecz które nie zachęcają wprost do podejmowania przestępczych działań przeciwko takim osobom, ani nie pochwalają takich działań na podstawie przepisów zabraniających nawoływania do popełnienia przestępstwa czy też pochwalania jego popełnienia byłoby sprzeczne z podstawową zasadą prawa karnego, jaką jest zasada „nullum crimen sine lege”. Na przynajmniej część „mowy nienawiści” bez istnienia takiego przepisu, jak art. 256 k.k. kolokwialnie wyrażając się nie byłoby paragrafu. Lecz na wypowiedzi zakazane przez art. 126a k.k. od samego początku obowiązywania obecnego kodeksu karnego były paragrafy. Po więc było wymyślać jakiś nowy?

Być może, że kto mógłby usprawiedliwiać potrzebę istnienia w kodeksie karnym takiego przepisu, jak art. 126a tym, że przepis ten zabrania nawoływania do popełnienia i pochwalania popełnienia wyjątkowo ciężkich przestępstw – w przypadku których czymś nieadekwatnym byłoby to, by nawoływanie do ich dokonania było zagrożone karą maksimum 3 lat więzienia, jakie art. 255 § 2 k.k. przewiduje za publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni, zaś pochwalanie ich popełnieni karą najwyżej roku odsiadki, co w myśl art. 255 § 3 k.k. grozi za publiczne pochwalenie popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa. Lecz taka próba obrony art. 126a k.k. i przewidzianej przez ten przepis wymiaru kary za publiczne nawoływanie do popełniania pewnych przestępstw bądź pochwalanie ich popełnienia może – na mój rozum – być przekonująca co najwyżej częściowo. To prawda, że niektóre przestępstwa, do których odnosi się art. 126a k.k. to zbrodnie o wyjątkowym wręcz ciężarze gatunkowym – weźmy tu choćby ludobójstwo (art. 118 k.k.). Lecz nie wszystkie przestępstwa przywołane w art. 126a k.k. są w ogóle zbrodniami – tj. przestępstwami zagrożonymi karą o dolnej granicy wynoszącej nie mniej, niż 3 lata więzienia. I tak np. przestępstwo z art. 119 § 1 – stosowanie przemocy lub groźby bezprawnej wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej lub z powodu jej bezwyznaniowości – jest występkiem, zagrożonym karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Podobnie też występkiem – zagrożonym karą więzienia od roku do lat 10 – jest sprzeczne z zakazem prawa międzynarodowego lub przepisem ustawy wytwarzanie, gromadzenie, nabywanie, zbywanie, przechowywanie, przewożenie lub przesyłanie środka masowej zagłady lub środka walki bądź prowadzenie badań mających na celu wytwarzanie lub stosowanie takich środków. Tymczasem kara przewidziana w art. 126a k.k. za publiczne nawoływanie do popełnienia takich występków – a także za publiczne pochwalanie ich popełnienia – jest potencjalnie wyższa, niż przewidziana przez art. 255 § 2 k.k. kara za publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni – takiej np. jak zabójstwo, zamach na życie prezydenta, czy próba obalenia ustroju siłą. Jest w tym jakaś logika?

Przede wszystkim jednak argumentem przeciwko art. 126a k.k. – choć także przeciwko art. 255 – jest to, że przepis ten (podobnie, jak drugi tu wspomniany) umożliwia karanie – i to w dodatku całkiem drastyczne – za wypowiedzi, które choć z dużym prawdopodobieństwem mogą być absolutnie odrażające, to jednocześnie są w praktyce niegroźne. Bo, powiedzmy sobie szczerze, niebezpieczeństwo wynikające z tego, że ktoś gdzieś tam – w jakimś internetowym komentarzu, na Twitterze czy na Facebooku – stwierdzi np. że należy wymordować członków jakieś grupy narodowościowej, etnicznej, rasowej, religijnej czy też partii politycznej – co byłoby modelowym przykładem przestępstwa z art. 126a k.k. – jest czymś co najwyżej czysto hipotetycznym. Nie twierdzą przy tym, że jest to niebezpieczeństwo po prostu żadne, po prostu nie istniejące. Lecz – jak to blisko już 100 lat temu ujął sędzia Oliver Wendell Holmes z Sądu Najwyższego USA „każda idea jest podżeganiem” zaś jedyną różnicą między propagowaniem opinii, a podżeganiem w węższym znaczeniu tego pojęcia jest występujący w przypadku tego drugiego entuzjazm autora wypowiedzi wobec oczekiwanego przez niego rezultatu jego słów. (12) Nikt chyba nie chce tego, by zakazać szerzenia wszelkich idei z tego powodu, że niektórzy ludzie przekonani do tych idei – albo, co również możliwe – wzburzeni jakimiś ideami – dokonują przestępstw, których takie czy inne idee są jakimś podłożem – jak już wcześniej tu pisałem, próba konsekwentnego wcielenia w życie pomysłu zakazania wszelkich wypowiedzi, które w jakiś pośredni sposób mogą przyczyniać się do dokonywania szkodliwych i przestępczych czynów prowadziłaby do absurdalnie szerokiego wręcz ograniczenia zakresu wolności słowa. Zaś wskazana również przez sędziego Holmesa różnica między propagowaniem jakiejś opinii, a podżeganiem w węższym, prawnym znaczeniu tego pojęcie – tak długo przynajmniej, jak jest różnicą faktycznie jedyną – jest nieistotna.

Poza tym myślę, że karanie za skrajne wypowiedzi – a takich niewątpliwie wypowiedzi zabrania art. 126a k.k. – może w praktyce zwiększać, a nie redukować ryzyko przemocy, której przepis ten – tak to można na zdrowy rozum mniemać – ma zapobiegać. Jest tak choćby dlatego, że istnienie tego przepisu może w praktyce prowadzić do nagłaśniania i rozpowszechniania wypowiedzi, które bez niego (i ewentualnie też innych przepisów ograniczających wolność słowa) znane byłyby tylko jakiemuś bardzo wąskiemu kręgowi osób. Dobrym tego przykładem jest znana sprawa niejakiego Kamila Kurosza, który napisał na Twitterze, że „Polsce jak nigdy potrzebny jest wariant rumuński. Jestem coraz bliższy decyzji o poświęceniu się dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i fizycznej eliminacji kaczego ch...ka. Już za późno na litość. Trzeba tą pisowską zarazę unicestwić. Fizycznie. Należy utajnić obrady, a następnie spędzić wszystkie pisowskie szumowiny do jednej sali. I wpuścić gaz”. Sprawa ta – w której, chciałbym to zauważyć, chodziło o nawoływanie do popełnienia takiego przestępstwa, którego dokonanie byłoby nie tylko że mało prawdopodobne, ale wręcz praktycznie niemożliwe – trudno jest sobie bowiem wyobrazić utajnienie np. obrad Sejmu, a następnie spędzenie wszystkich „pisowskich szumowin” do jednej sali i wpuszczenie do niej gazu – skończyła się niewielkim wyrokiem skazującym – 10% potrącenia z trzech kolejnych miesięcznych pensji i zobowiązanie do listowanego przeproszenia pokrzywdzonych (nie jest dla mnie jasne, kto się do nich zaliczał – wypowiedź nie odnosiła się bezpośrednio do jakichś konkretnych osób). Oczywiście, wypowiedź Kamila Kurosza nie doprowadziła (a w każdym razie nic mi nie wiadomo, by doprowadziła) do jakiegokolwiek aktu przemocy – i, na zdrowy rozum, prawdopodobieństwo, że doprowadzi ona do faktycznego dokonania przestępstwa było znikome, o ile nie w praktyce żadne. Tu jednak chciałbym zwrócić uwagę na taką rzecz: praktycznie oczywiste jest dla mnie, że ze wspomnianą wypowiedzią Kamila Kurosza – będącego jakimś (byłym już w tej chwili) marginalnym działaczem „Nowoczesnej” nie zapoznałbym się – i nie miałbym zielonego pojęcia o tym, że istnieje w ogóle ktoś taki, jak Kamil Kurosz – gdyby nie prokuratorskie dochodzenie w sprawie tej wypowiedzi – którego rezultatem było zainteresowanie mediów – w tym głównych portali internetowych – tą wypowiedzią i w rezultacie multiplikacja tej wypowiedzi. Oczywiście, to, że w następstwie zajęcia się prokuraturę, czy przez sąd jakąś nawołującą do popełnienia przestępstwa wypowiedzią wypowiedź ta stanie się większym, niż byłaby bez tego przedmiotem zainteresowania ze strony mediów – co powoduje jej dotarcie do znacznie szerszego, niż mogłaby to być w innym przypadku kręgu osób (chciałbym zwrócić uwagę, że o ile publiczne nawoływanie do popełnienia przestępstwa jest w Polsce karalne, to przytaczanie wypowiedzi nawołującej do złamania prawa w dziennikarskiej relacji już nie) nie musi prowadzić do niczego złego (w tym sensie, że ktoś w następstwie wpływu na niego tej wypowiedzi popełni jakieś przestępstwo) – ale czy coś takiego cokolwiek nie zwiększa mimo wszystko ryzyka, że coś złego faktycznie się stanie?

Taki zakaz, jak ten przewidziany przez art. 126a (choć również przez art. 255 – i inne przepisy kodeksu karnego ograniczające wolność słowa, w tym zabraniające np. propagowania totalitaryzmu i nie stanowiącej bezpośredniego nawoływania do przemocy, ani też pochwalania przemocy „mowy nienawiści”) może też przyczyniać się do przemocy, której z założenia ma on zapobiegać w jeszcze inny sposób. Wyobraźmy sobie, że o popełnienie przestępstwa określonego w tym przepisie zostaje oskarżony – a jeszcze lepiej skazany i (lepiej jeszcze) wsadzony do więzienia ktoś o faktycznie bardzo skrajnych – zawierających w sobie jawną aprobatę przemocy – poglądach – np. działacz jakiejś ekstremistycznej (legalnej czy też nielegalnej – to jest bez znaczenia) partii. Czy proces i – zwłaszcza już – uwięzienie kogoś takiego – nie może wśród jego wyznających również skrajne opinie zwolenników (których, jak myślę, może przybyć w następstwie takiego procesu) (13) pobudzić emocji, które popchną ich do działań, do których nie posunęliby się oni wówczas, gdyby ktoś taki nie był prześladowany przez władze? To też oczywiście jest pewne retoryczne pytanie i pewna spekulacja odnośnie hipotetycznie możliwego biegu jakichś wydarzeń. Niestety, ale dyskusje wokół problemu granic wolności słowa w dużej mierze polegają na zadawaniu takich właśnie pytań i snuciu takich czy innych spekulacji. Lecz zauważmy taką rzecz. W Stanach Zjednoczonych – o czym była tu już mowa – nawoływanie do popełnienia przestępstwa może być karalne tylko wówczas, jeśli ma ono na celu spowodowanie popełnienia bezprawnego czynu w sposób praktycznie natychmiastowy i w sytuacji, w jakiej ma ono miejsce stwarza ono realne niebezpieczeństwo spowodowania dokonania takiego czynu. W innych krajach prawo nie jest w tym względzie tak liberalne. Np. w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, czy też we Francji nawoływanie do przemocy (i w ogóle popełnienia przestępstwa) jest karalne (tak zresztą, jak i w Polsce) po prostu dlatego, że jest ono takim nawoływaniem. Zabroniona jest też w tych krajach „mowa nienawiści” przeciwko niektórym rodzajom grup społecznych – nawet taka, która nie zawiera wezwań do podejmowania przestępczych działań przeciwko członkom takich grup, ani aprobaty dla takich działań. Ale czy szerszy w takich krajach, jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi zakres ograniczeń wolności słowa zapobiega przemocy do której pewne wypowiedzi w wyobrażalny sposób mogą się przyczyniać? Aby spróbować to ocenić, warto się przyjrzeć liczbom dokonanych w tych krajach zamachów terrorystycznych. Takie podejście wydaje mi się rozsądne z tego względu, że terroryzm – jak wiadomo – jest politycznie czy też ideologicznie motywowaną przemocą, na której występowanie nawołujące do przemocy, czy też pochwalające przemoc wypowiedzi w wyobrażalny sposób mogą mieć wpływ (choć bynajmniej nie muszą go mieć).

Jak jednak wypada to porównanie? Dokonując go oparłem się na stronie z Wikipedii, na której przedstawione zostały liczby incydentów terrorystycznych w różnych krajach od 2012 do 2017 r. Z przedstawionych na tej stronie danych wynika, że w 2012 r. we Francji miało miejsce 65 incydentów terrorystycznych, w wyniku których 8 osób zginęło i również 8 osób zostało rannych. W Wielkiej Brytanii incydentów terrorystycznych było w 2012 r. 51 – jedna osoba zginęła, a dwie odniosły obrażenia. W Stanach Zjednoczonych terrorystycznych incydentów było w 2012 roku 17 – spowodowały one śmierć 7 osób i obrażenia u 6. W Niemczech takich incydentów było 5 – nikt w ich wyniku nie zginął, ani nie został ranny. Z kolei w 2013 r. w Wielkiej Brytanii doszło do 137 terrorystycznych incydentów, wskutek których zginęły 4 osoby, a 64 zostały ranne. W USA miało wówczas miejsce 19 incydentów terrorystycznych, w następstwie których zginęły 22 osoby, a 422 zostały ranne. We Francji terrorystycznych incydentów było w 2013 roku 12 – nikt wskutek nich nie zginął, lecz rannych zostało 5 osób. W Niemczech terrorystycznych incydentów w 2013 r. nie było. W kolejnym, 2014 r. incydentów terrorystycznych w Wielkiej Brytanii odnotowano 103 – ranne w ich wyniku zostały 4 osoby, lecz nikt nie zginął. W USA takich incydentów było w 2014 r. 26 – 19 osób wskutek nich zginęło, a 6 zostało rannych. We Francji incydentów wspomnianego rodzaju zdarzyło się w 2014 roku 14 – jedna osoba zginęła, a 15 zostało rannych. W Niemczech terrorystycznych incydentów było w 2013 roku 13 – nikt w ich wyniku nie został fizycznie poszkodowany. W 2015 r. w Zjednoczonym Królestwie incydentów terrorystycznych odnotowano 115 – jedna osoba zginęła, 39 zostało rannych. W Niemczech w tym samym roku terrorystycznych incydentów odnotowano 50 - 6 osób w ich wyniku zginęło, a 51 zostało rannych. W USA incydentów takich w 2015 r. stwierdzono 38 – 44 osoby wskutek nich poniosły śmierć, a 52 zostały ranne. We Francji w tym samym roku terrorystycznych ataków było 36 – doprowadziły one do śmierci 161 osób i obrażeń u 159. W 2016 r. w Wielkiej Brytanii odnotowano 104 incydenty terrorystyczne, wskutek których zabitych zostało 9 osób, a rannych 20. W USA w 2016 r. miało miejsce 61 incydentów terrorystycznych, które spowodowały śmierć 61 osób i obrażenia u 139. W Niemczech w 2016 r. aktów terroru było 41 – 27 osób wskutek nich zginęło, a 117 zostało rannych. We Francji terrorystycznych ataków było w 2016 r. 26 – spowodowały one śmierć 95 osób i obrażenia u 470. W 2017 r. – ostatnim, którego dotyczy przedstawiona Wikipedii statystyka – w Wielkiej Brytanii odnotowano 122 akty terroru, wskutek których 41 osób zginęło, a 301 zostało rannych. We Francji odnotowano w 2017 roku 41 terrorystycznych incydentów – 7 osób w ich wyniku zginęło, rannych zaś zostało 28. W Niemczech w 2017 r. odnotowano 27 incydentów terrorystycznych, które pociągnęły za sobą śmierć jednej osoby i fizyczne obrażenia u 10. Nie odnotowano w 2017 r. przestępstw o charakterze terrorystycznym w USA.

Spróbujmy podsumować tę statystykę, dla przeprowadzenia której wybrałem dane na temat liczby incydentów o charakterze terrorystycznym w latach 2012 – 2017 w czterech zachodnich krajach – jednym, w którym nawet te wypowiedzi, które propagują przemoc uważane są za konstytucyjnie chronione korzystanie z prawa do wolności słowa – i trzech, w których nawoływanie do dokonywania takich czynów i pochwalanie ich dokonywania jest uznawane za przestępstwo. Jak można policzyć na podstawie tego, co zostało tu napisane (a także bezpośrednio na podstawie wspomnianej strony) najwięcej terrorystycznych incydentów we wspomnianym tu okresie zdarzyło się w Wielkiej Brytanii – 632. Na drugim miejscu była Francja – terrorystycznych zdarzeń w latach 2012 – 2017 odnotowano tam 194. W USA aktów terroru w latach 2012 – 2017 było 161, zaś w Niemczech 136. Jeśli chodzi o liczbę osób zabitych wskutek przestępstw o charakterze terrorystycznym, to najwięcej było ich we Francji – 272. W USA śmiertelnych ofiar aktów terroru było 160, w Wielkiej Brytanii 57, zaś w Niemczech 34. Również Francja była rekordowa, jeśli chodzi o liczbę rannych w wyniku terrorystycznych ataków – poszkodowanych w ich wyniku zostało 685 osób. W USA w następstwie ataków terrorystycznych obrażenia odniosło 626 osób, w Wielkiej Brytanii 414, zaś w Niemczech 178. Łączne liczby ofiar – zarówno tych, które zginęły, jak i tych, które przeżyły były w poszczególnych krajach następujące: we Francji 957, w USA 786, w Wielkiej Brytanii 471, zaś w Niemczech 212.

Jaka refleksja nasuwa się na podstawie przedstawionej tu powyżej statystyki? Przed wszystkim, przychodzi tu do głowy pytanie: co tutaj jest najważniejsze? Czy liczba incydentów terrorystycznych w takim bądź innym kraju, czy może też liczba ofiar takich incydentów? Różnice między jednymi, a drugimi liczbami, są – jak można zauważyć – znaczne. Będąca rekordzistką (ze wspomnianych tu państw) jeśli chodzi o liczbę terrorystycznych incydentów w latach 2012 – 2017 Wielka Brytania była na trzecim miejscu pod względem liczby ofiar takich incydentów, zaś będąca na drugim miejscu pod względem liczby terrorystycznych incydentów jako takich w ogóle Francja była pod względem liczby ich ofiar na miejscu pierwszym. Z kolei będące na trzecim miejscu pod względem liczby aktów terroru we wspomnianych tu sześciu latach Stany Zjednoczone były- jeśli chodzi – o liczbę ofiar takich incydentów – na miejscu drugim. Niemcy zarówno pod jednym, jak i pod drugim względem zajmowały miejsce ostatnie.

Na moje jednak wyczucie, jeśli próbujemy – w bardzo oczywiście delikatny sposób – oceniać, czy ograniczenia wolności słowa w postaci np. karalności wypowiedzi propagujących czy pochwalających przemoc mogą mieć wpływ na takie zjawisko, jak terroryzm – to czymś względnie najważniejszym z punktu widzenia próby dokonania takiej oceny wydają się liczby terrorystycznych incydentów w poszczególnych państwach. I tu zauważmy taką rzecz: zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i we Francji liczby aktów terroru w latach 2012 – 2017 były wyższe – w Wielkiej Brytanii blisko 4 razy – niż w USA. W Niemczech liczba terrorystycznych zdarzeń we wspomnianym okresie była cokolwiek mniejsza od odnotowanej w Stanach Zjednoczonych – ale nie tak znów dużo – i pamiętajmy przy tym, że Niemcy są krajem ludnościowo ok. 4 razy mniejszym, niż USA (choć cokolwiek ludniejszym od Wielkiej Brytanii i Francji). A gdyby brać pod uwagę liczbę ofiar terroru, jaką w latach 2012 – 2017 odnotowano we wspomnianych krajach, to również w USA nie była ona największa – zaś to, że terrorystyczne zdarzenia w Wielkiej Brytanii i w Niemczech pociągnęły za sobą względnie mniejszą, niż w USA liczbę ofiar można (wstępnie i bardzo ostrożnie) przypisać temu, że Wielka Brytania i Niemcy są krajami, w których ludzie rzadziej, niż w USA dysponują bronią palną.

Jak też już tutaj wspomniałem, Stany Zjednoczone, w których czymś niezakazanym prawnie jest nie tylko „nawoływanie do nienawiści” na tle różnic narodowościowych, rasowych, religijnych bądź jakichkolwiek innych (czy znieważanie bądź zniesławianie grup narodowych, rasowych, osób LGBT jako takich, itd.), ale także nawoływanie do przemocy na tle takich różnic – tak długo, jak nie jest to nawoływanie do natychmiastowego użycia przemocy, do którego w sytuacji, w jakiej ma miejsce takie nawoływanie faktycznie może dojść mają niższą – per capita – liczbę przestępstw z nienawiści, niż szereg krajów tępiących „hate speech” na drodze prawnych zakazów. Warto tu zestawić ze sobą przypadające na statystyczny milion mieszkańców zdecydowanie tępiących „mowę nienawiści” (a także negowanie Holocaustu czy propagowanie faszyzmu) Niemczech i w bez porównania mniszym stopniu ograniczających wolność słowa Stanach Zjednoczonych liczby „przestępstw z nienawiści” – takich, jak bezpośrednie akty przemocy wobec osób, grożenie innym osobom użyciem wobec nich przemocy i przypadki zniszczenia mienia (bądź innych przestępstw przeciwko własności) w latach 2015 – 2019. Stosowne obliczenie daje następujące wyniki:

2015 r. – Niemcy, 37 p.z.n. na mln mieszkańców, USA 24,25 p.z.n. na milion mieszkańców

2016 r. Niemcy, 43,69 p.z.n. na mln mieszkańców, USA 25,26 p.z.n. na milion mieszkańców

2017 r. Niemcy 31,16 p.z.n. na mln mieszkańców, USA 27, 53 p.z.n. na milion mieszkańców

2018 r. Niemcy 33,24 p.z.n. na milion mieszkańców, USA 27,69 p.z.n. na milion mieszkańców

2019 r. Niemcy 29, 79 p.z.n. na milion mieszkańców, USA 28,04 p.z.n. na milion mieszkańców.

Różnice między – liczonymi per capita – liczbami przestępstw z nienawiści w USA w latach 2015 – 2019 nie są, jak widać, jakieś specjalnie wielkie, aczkolwiek Niemcy w każdym przypadku miały większą liczbę takich przestępstw na milion mieszkańców. Lecz poruszając problem tego, czy zakazy „mowy nienawiści” mogą zapobiegać przestępstwom z nienawiści warto też zwrócić uwagę na stopień wiktymizacji przez takie przestępstwa pewnych grup – chronionych przed „hate speech” np. w Niemczech i w innych krajach europejskich – i nie chronionych przed „mową nienawiści” w USA.

Nie zawsze łatwo jest ten poziom wiktymizacji ocenić. O ile ze strony internetowej FBI można się dowiedzieć, ile w danym roku odnotowano w USA przestępstw z nienawiści przeciwko – dajmy na to – przeciwko białym, przeciwko czarnym, przeciwko Arabom, przeciwko azjatom itd. to takich informacji nie da się wyczytać z będącej zapewne najlepszym źródłem informacji o liczbie przestępstw z nienawiści w krajach europejskich strony OBWE – na stronie tej podawane są tylko ogólne informacje na temat stwierdzonych w poszczególnych krajach liczby przestępstw „rasistowskich i ksenofobicznych” bez podawania tego, przeciwko jakim konkretnie grupom i w jakiej liczbie przestępstwa te były skierowane. Jednak i w jednym, i w drugim przypadku podawane są liczby przestępstw z nienawiści przeciwko Żydom. Korzystając z dostępnych danych (tj. danych na temat liczby antysemickich przestępstw i danych na temat liczby Żydów mieszkających w poszczególnych krajach) policzyłem, ile przestępstw z nienawiści przeciwko Żydom – takich, jak akty przemocy, przestępstwa przeciwko mieniu i przypadki zastraszania przypadało w 2020 r. na
statystyczne 100 tys. Żydów Austrii, Finlandii, Francji, Kanadzie, Niemczech, Norwegii (w 2019 r.), Szwajcarii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i w USA. Liczby te, jeśli chodzi o poszczególne rodzaje  przestępstw, przypadających na statystyczne 100 tys. Żydów są, jeśli chodzi o poszczególne  typy antysemickich przestępstw następujące:

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale