4 obserwujących
65 notek
67k odsłon
  1224   0

Olszański do pierdla (słusznie czy nie)?

Tekst dostępny także pod adresem http://bartlomiejkozlowski.pl/olszanski.htm, dalej link do wersji PDF


Wspomniany w opublikowanym przeze mnie jeszcze w zeszłym roku artykule – i poniekąd znany zapewne dużej części czytelników tego tekstu Wojciech Olszański vel Aleksander Jabłonowski, który został aresztowany za swoje wypowiedzi podczas wiecu nacjonalistów w dniu 11.11.2021 r. w Kaliszu – a następnie po jakimś czasie zwolniony za kaucją – znów trafił za kraty. I tak, jak poprzednim razem – znowu za słowa. Lecz za słowa, z powodu których znalazł się on teraz w areszcie może posiedzieć dłużej, niż za słowa, za które został aresztowany w Kaliszu, bo maksymalnie 10 lat.

Co jednak takiego powiedział Olszański vel Jabłonowski, że został aresztowany i grozi mu – jak się to czasem kolokwialnie określa – spora „przerwa w życiorysie”? Otóż, chodzi o wypowiedź Olszańskiego podczas demonstracji antyszczepionkowców na Starym Rynku w Bydgoszczy 29.01.2022 r. Wypowiedź tę warto przytoczyć w całości:

To jest kij na poselski ryj. Jeśli oni 1 lutego zagłosują, jak chcą, i ustalą tę ustawę (chodziło o odrzuconą ostatecznie przez Sejm ustawę antycovidową lansowaną przez Jarosława Kaczyńskiego), jeśli oni to zrobią, to skazują się na śmierć i my te listy śmierci tworzymy. My ich ostrzegamy. Jeśli oni zagłosują na tak, to ja, Wojciech Olszański, znany w internecie jako Aleksander Jabłonowski, chcę ich zabić! A dlaczego nie? A dlaczego nie? Jestem przepełniony radosną nienawiścią i chcę ich śmierci! Śmierć wrogom ojczyzny!”. Mówiąc to Olszański wymachiwał jakąś pałą, na jego ostatnie słowa zebrany tłum odpowiedział okrzykami „śmierć, śmierć, śmierć!”.

Dla każdego mającego normalną wrażliwość człowieka słowa wypowiedziane przez Wojciecha Olszańskiego były – jak myślę – szokujące, wręcz straszne, brzmiące groźnie. Lecz wciąż – jak by się na to nie patrzyć – były to tylko słowa. W ślad za tymi słowami – to też warto dodać – nie poszły żadne konkretne negatywne konsekwencje. Nie doszło do wybuchu przemocy. Jest rzeczą kompletnie nieprawdopodobną, by posłowie, którzy 1 lutego 2022 r. zagłosowali (zgodnie zresztą z wnioskiem komisji zdrowia) za odrzuceniem projektu ustawy, zgodnie z którym pracodawca mógłby zażądać od pracownika wyniku testu na COVID, a pracownik wystąpić o odszkodowanie, także od współpracownika, jeśli do zakażenia doszłoby w pracy zagłosowali tak dlatego, że bali się tego, że Olszański zabije ich, jeśli zagłosują inaczej.

Jako niepoprawny zwolennik maksymalnie daleko posuniętej wolności wypowiedzi pozwolę więc sobie zadać pytanie: czy Wojciech Olszański vel Aleksander Jabłonowski powinien trafić do więzienia za słowa wypowiedziane podczas wiecu antyszczepionkowców 29 stycznia 2022 r. w Bydgoszczy – zważywszy szczególnie na to, że słów tych nie da się bezpośrednio powiązać z jakimś konkretnym, negatywnym efektem – którego wystąpieniu organy państwowe powinny starać się zapobiec?

Jak patrzyłem się na komentarze na stronie internetowej „Gazety Wyborczej” to prawdę mówiąc nie widziałem wśród nich takich, które wyrażałyby sprzeciw wobec represji przeciwko Wojciechowi O. za jego wypowiedź na wiecu w Bydgoszczy. Oczywiście – zdaję sobie sprawę z tego, że tego rodzaju poglądy na temat wolności słowa i jej granic, jak te propagowane przeze mnie na mojej stronie internetowej oraz blogu „In dubio, pro libertate” to w Polsce rzadkość. Tak nawiasem mówiąc, w kwestii problemu, czy Wojciech Olszański za swoje słowa powinien trafić do więzienia czy też nie ktoś mógłby podnieść argument, że istnieje powszechna w gruncie rzeczy zgoda co do tego, że pewne zachowania powinny być karane – w tym nawet pozbawieniem wolności – mimo, że nie skutkują one wyrządzeniem faktycznej szkody ani krzywdy. Weźmy tu choćby najbardziej klasyczny przypadek usiłowania popełnienia przestępstwa: ktoś strzela do kogoś z pistoletu, lecz nie trafia w niego. W takim przypadku nikt nie zostaje realnie poszkodowany. Ofiara niedoszłego zabójcy nie zostaje ranna, bądź zabita. Może nie wiedzieć o tym, że stała się ona przedmiotem zamachu – w takim przypadku nie można mówić o wyrządzeniu takiej szkody, jak spowodowanie u drugiej osoby szoku psychicznego wskutek nieudanego, ale widocznego dla niej zamachu na jej życie (szok taki w tego rodzaju przypadku może wywołać, chciałbym to zauważyć, dopiero poinformowanie niedoszłej ofiary zamachu o próbie jej zastrzelenia). Pomimo jednak tego, że w takim, jak wspomniany tu przypadku nikomu nic złego ostatecznie się nie dzieje prawdopodobnie nikt nie miałby wątpliwości co do tego, że ten, kto strzela do innej osoby przypadkiem nie trafiając w nią powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej za usiłowanie zabójstwa – warto tu przy okazji zauważyć, że według przepisów polskiego kodeksu karnego usiłowanie popełnienia przestępstwa zagrożone jest taką samą karą, jak „pełne” dokonanie przestępstwa. Weźmy też inny potencjalnie wyobrażalny przykład – przypuśćmy mianowicie, że ktoś w posiadanym przez siebie pomieszczeniu gromadzi dużą ilość silnych materiałów wybuchowych, nie mając na to stosownego zezwolenia. W takim przypadku też nie następuje – ktoś mógłby ewentualnie powiedzieć, że jeszcze nie następuje – żadna konkretna szkoda. Nikt nie ginie, nikt nie zostaje ranny, nie zostają spowodowane żadne straty materialne. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że przechowywanie materiałów wybuchowych (czy też np. łatwopalnych) aczkolwiek nie prowadzi w sposób konieczny do wyrządzenia jakiejś szkody, to mimo wszystko może do niej doprowadzić – materiały wybuchowe mogą eksplodować, a łatwopalne ulec przypadkowemu zapaleniu – i takie niebezpieczeństwo, potencjalnie wynikające z niewyrządzającego jeszcze konkretnej szkody przechowywania materiałów wybuchowych czy łatwopalnych uzasadnia karalność takiego nie powodującego jeszcze szkody działania, jak przechowywanie jakichś niebezpiecznych materiałów. Z tym niewątpliwie trzeba się zgodzić – takie w każdym razie, na zdrowy rozum, jest ratio legis stojące za istnieniem w kodeksie karnym takiego przepisu, jak art. 171 § 1, zgodnie z którym „Kto, bez wymaganego zezwolenia lub wbrew jego warunkom, wyrabia, przetwarza, gromadzi, posiada, posługuje się lub handluje substancją lub przyrządem wybuchowym, materiałem radioaktywnym, urządzeniem emitującym promienie jonizujące lub innym przedmiotem lub substancją, która może sprowadzić niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób albo mienia w wielkich rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”. Lecz wyobraźmy sobie taką sytuację, że ktoś przechowuje materiały wybuchowe w takich warunkach, że nie ma realnej możliwości, by doszło do ich wybuchu (a nawet gdyby doszło, to wybuch nie mógłby wyrządzić szkody osobom postronnym, gdyż materiały te – załóżmy dla dobra argumentacji – przechowywane są zabezpieczonym przed dostępem wszelkich osób obcych magazynie znajdującym się na rozległym, lecz ogrodzonym i strzeżonym terenie posiadłości ich właściciela), przypuśćmy też dalej, że nie istniałaby realna możliwość wykorzystania tych materiałów do celów przestępczych, gdyż ich właściciel zdecydowanie wykluczałby możliwość użycia ich w taki sposób, zaś ze względu na doskonałe zabezpieczenie owych materiałów – i fakt, że o ich istnieniu wie tylko ich właściciel – nie występowałoby niebezpieczeństwo np. kradzieży takich materiałów, a następnie wykorzystania ich w jakichś niecnych celach. Powinno takie nie prowadzące i nie mające realnych szans na doprowadzenie do konkretnej szkody przechowywanie materiałów wybuchowych (czy też np. łatwopalnych itd.) być karalne? To – na mój rozum jest sytuacja, która budzi pewne wątpliwości. Przyznam, że raczej miałbym obiekcje wobec tego, gdyby taki – mocno trzeba przyznać hipotetyczny (słyszał ktoś kiedykolwiek o takim właśnie przypadku?) - posiadacz potencjalnie niebezpiecznych materiałów miałby zostać skazany na bezwzględne więzienie – kara np. „w zawiasach” plus oczywiście konfiskata materiałów wybuchowych czy łatwopalnych byłaby w takim przypadku, jak sądzę, zdecydowanie bardziej właściwa. Lecz mimo wszystko nie ma wątpliwości co do tego, że takie „bezpieczne” przechowywanie materiałów wybuchowych czy też (np.) łatwopalnych wyczerpywałoby znamiona czynu określonego w art. 171 § 1 k.k. – który zagrożony jest znaczną karą pozbawienia wolności.

Jak zatem widać, nie można w prosty sposób powiedzieć czegoś takiego, że „nic się nie stało” - w tym sensie, że nikt nie został fizycznie (ani też psychicznie) poszkodowany i nie zostało zniszczone czy też skradzione żadne dobro materialne – i w związku z tym nie ma problemu; zachowanie nie prowadzące wprost do wyrządzenia jakiejś konkretnej szkody nie powinno być karalne. Tzn. bardziej ściśle mówiąc, owszem – można wyobrazić sobie kogoś, kto przyjmuje takie właśnie rozumowanie. Lecz jeśli takie rozumowanie miałoby zostać przeniesione na grunt prawa, to z kodeksu karnego powinno zniknąć bardzo wiele przestępstw. Wykreślone powinny zostać przepisy przewidujące odpowiedzialność za usiłowanie popełnienia przestępstwa, a także za przygotowywanie do jego popełnienia. Należałoby znieść karalność sprowadzania niebezpiecznych niebezpieczeństwa takich zdarzeń, jak pożar, eksplozja materiałów wybuchowych czy katastrofa komunikacyjna – oczywiście należałoby też zalegalizować jazdę samochodem w stanie nietrzeźwości lub po użyciu narkotyków. Bardzo wątpię w to, by ktokolwiek chciał wprowadzić do prawa karnego  takie właśnie zmiany.

Można byłoby zatem twierdzić, że Wojciecha O. nie można bronić przy użyciu argumentu, że z jego wypowiedzi na wiecu antyszczepionkowców w Bydgoszczy nic konkretnie złego nie wynikło. Ale czy na pewno? Odnośnie wypowiedzi Wojciecha O. podczas wiecu w Bydgoszczy chciałbym zauważyć, że Wojciech O. nie zrobił po prostu jednej z wielu rzeczy, które nie wyrządzają (a przynajmniej jeszcze nie wyrządzają) szkody, a mimo to są karalne. Wojciech O. wyrażał swoje poglądy -  i to, można dodać do tego, nie jakiekolwiek poglądy (a więc np. poglądy na temat – dajmy na to – tego, jaka w takim czy innym mieście jest najlepsza restauracja) lecz poglądy odnoszące się do nader istotnej w momencie ich wyrażenia kwestii politycznej, a mianowicie do projektu ustawy dotyczącej walki – dość, trzeba powiedzieć, specyficznymi metodami, z epidemią wirusa SARS-COV2. Oczywiście – o poglądach wyrażanych przez Wojciecha O. bez trudu można powiedzieć, że są to straszne, szokujące, czy koszmarne poglądy – lecz nie da się powiedzieć tego, że podczas wspomnianego tu wiecu nie wyraził on żadnych poglądów. Czy poglądy wyrażane przez kogoś takiego, jak Wojciech O. nie są czymś, co opinia publiczna ma prawo znać? Znów – ktoś pewnie mógłby snuć na ten temat jakieś dywagacje. Lecz odnośnie prawa ludzi do usłyszenia bądź przeczytania tego, co Wojciech Olszański powiedział na wiecu przeciwników szczepień na COVID19 w Bydgoszczy nie mają raczej wątpliwości redaktorzy gazet, stron internetowych czy programów telewizyjnych (np. w TVN24) którzy w swoich mediach albo przedstawili zapis wypowiedzi Wojciecha O., albo zaprezentowali jej nagranie.

Prawo ludzi do poznania treści jakichś wypowiedzi w naturalny i logiczny sposób implikuje wolność takich wypowiedzi. O czymś takim blisko 30 lat temu pisał o wiele wówczas mniej znany niż obecnie prof. Wojciech Sadurski. Odnosząc się w wydanej w 1992 r. książeczce „Racje liberała” do problemu, czy wypowiedzi o charakterze rasistowskim (ciekawe, że nie używał on w tej książce określenia „mowa nienawiści” czy też „hate speech” – może takie terminy na początku lat 90. nie były jeszcze – przynajmniej w Polsce - jakieś szczególnie popularne?) powinny być prawnie dopuszczalne jako przejaw korzystania z prawa do wolności słowa, czy też zasługują one na traktowanie ich jako przestępstwa stwierdził on, że „Nie dlatego wszystkie poglądy polityczne winny być prawnie dozwolone, że także rasiści mają mieć „prawo” do nieograniczonego głoszenia swoich poglądów, ale dlatego, że my, czyli społeczeństwo, mamy prawo wiedzieć, jakie opinie o sprawach publicznych wyrażane są w naszym społeczeństwie”. Choć w książce Sadurskiego była bezpośrednio mowa o poglądach rasistowskich, to przedstawiony w niej argument logicznie rzecz biorąc da się odnieść do wszelkich poglądów, o ile tylko są to poglądy mogące wpływać na życie publiczne – w tym zwłaszcza decyzje podejmowane przez ludzi w procesie wyborczym.

Z powyższego wynikałoby zatem, że Wojciech O. powinien mieć prawo publicznie zaprezentować swoje poglądy – w tym także takie, że chciałby on zabić posłów, którzy przegłosowaliby „lex Kaczyński” – ponieważ społeczeństwo ma prawo do poznania takich poglądów – a także, dodajmy, do poznania tego, kto je głosi. Lecz ktoś mógłby powiedzieć, że prawo do wolności wypowiedzi nie jest i nie może być po prostu nieograniczone – i że pewne wypowiedzi mogą być karalne nawet za cenę w postaci ograniczenia praktycznej możliwości zapoznania się z jakimiś treściami.

Czy można się jednak zgodzić z takim twierdzeniem? Myślę, że w jakiejś mierze tak. Nikt rozumny nie twierdzi czegoś takiego, że swoboda wypowiedzi powinna być absolutna i kompletnie niczym nieograniczona. Gdyby ktoś chciał twierdzić coś przeciwnego, to – logicznie rzecz biorąc – powinien uważać, że prawo do swobody wypowiedzi powinno wykluczać możliwość ukarania kogoś, kto (jak w słynnym przykładzie przedstawionym przez sędziego Sądu Najwyższego O.W. Holmesa w uzasadnieniu decyzji w sprawie Schenk v. United States z 1919 r.) w pełnym ludzi teatrze czy też kinie kłamliwie krzyczy „pożar!” i wznieca niebezpieczną w skutkach panikę. Powinien być też zapewne zdania, że bezkarny powinien być ktoś, kto do niewidomej osoby, stojącej na skraju urwiska (z czego osoba ta nie zdaje sobie sprawy) mówi coś w rodzaju „przepraszam, czy mógłby pan zrobić krok do tyłu?” – skutkiem czego osoba, do której te słowa zostały skierowane spada w przepaść. W końcu zachowania obu wspomnianych tu osób nie polegają na niczym innym, jak po prostu na powiedzeniu czegoś tam. Lecz mimo, iż wspomniane tu zachowania faktycznie polegają na użyciu takich czy innych słów – którym, warto też zauważyć, nie towarzyszy żadna inna fizyczna akcja ze strony osób wypowiadających te słowa – myśl, że takie zachowania nie powinny być przedmiotem prawnej (w tym karnej) odpowiedzialności z powodu obowiązywania zasady wolności słowa w oczywisty chyba dla każdego sposób byłaby niczym innym, jak czystym absurdem. Rzecz jasna, takie wypowiedzi, jak te, o których tu wspomniałem zapewne rzadko kiedy traktowane są jako coś, odnośnie czego w ogóle można byłoby w poważny sposób dyskutować, czy ma to cokolwiek wspólnego z wolnością słowa. Takie wypowiedzi zasadniczo rzecz biorąc są po prostu metodami popełnienia przestępstw, które to przestępstwa jako takie nie polegają na wypowiedziach – w przypadku kogoś proszącego niewidomą osobę stojącą nieświadomie nad przepaścią o przesunięcie się morderstwa, zaś w przypadku kogoś kłamliwie krzyczącego „pożar!” w pełnym ludzi kinie czy teatrze jeśli nie morderstwa, to przynajmniej sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób. Wypowiedzi te ponadto nie przekazują żadnych poglądów i żadnych tak naprawdę informacji – poza czystym, i bezpośrednio niebezpiecznym (i praktycznie niemożliwym do skutecznego odparcia przed spowodowaniem szkody) fałszem – jak w przypadku kogoś kłamliwie krzyczącego „pożar!” w kinie – lub cynicznym wykorzystaniem czyjejś niewiedzy o własnej sytuacji – jak w przypadku zwrócenia się o zrobienie kroku do tyłu (czy też do przodu) do niewidomego człowieka nieświadomie stojącego nad przepaścią. Z pewnością nikt nie żałuje tego, że prawo – przewidując możliwość pociągania ludzi do odpowiedzialności za takie wypowiedzi – ogranicza (być może) takie wypowiedzi i zmniejsza prawdopodobieństwo tego, by wypowiedzi takie docierały do takich czy innych osób. Lecz zauważmy też np. to, że chociażby prawa dotyczące zniesławień – odnośnie których z całą pewnością można byłoby dyskutować na temat np. tego, czy powinny mieć one charakter wyłącznie cywilny, czy także karny, czy też odnośnie tego, na kim w procesach o pomówienie powinien spoczywać ciężar udowodnienia fałszywości czy też prawdziwości zarzutu – ale których potrzeby istnienia jako takich w ogóle mało kto neguje, też – nawet w jakiejś bardzo liberalnej ich wersji – mogą zniechęcać niektórych ludzi od mówienia czy pisania pewnych rzeczy – nawet zgodnych z prawdą – poprzez samo nawet wywoływanie obawy przed perspektywą konieczności bronienia się w sądzie (niekoniecznie przegranej). Nikt jednak chyba nie uważa, że jakiegokolwiek rodzaju prawa przeciwko pomówieniom nie powinny istnieć z tego powodu, że prawa te mogą mieć czasem takie, jak wspomniane tu powyżej, efekty.  

Jak zatem widać, ludzie mogą czasami w sposób zasadny być karani za wypowiedziane (czy też ewentualnie napisane, czy opublikowane) przez siebie słowa. Ale to jest tylko jedna strona medalu. Tak samo bowiem, jak prawdą jest, że ludzie nawet w systemie prawnym możliwie najściślej chroniącym swobodę wypowiedzi mogą – i powinni – być pociągani do odpowiedzialności za np. świadomie niezgodne krzyczenie „pali się!” w takim miejscu, jak kino czy teatr i powodowania panicznej ucieczki przerażonych ludzi, czy też za zadzwonienie do szpitala i poinformowanie, że za pół godziny wybuchnie w nim bomba (celowo podaję tu przykłady takich wypowiedzi, o których z praktyczną pewnością nikt nie próbowałby twierdzić, że powinny być one chronione przez prawo do swobodnego wypowiadania się), tak samo prawdą jest to, że jest czymś jest czymś jeśli nie zawsze per se absurdalnym, to przynajmniej mogącym prowadzić do absurdu – i do praktycznego zniszczenia wolności słowa – przyzwolenie na to, by takie czy inne wypowiedzi mogły być zakazywane i karane po prostu dlatego, że coś złego może z nich wyniknąć.

To, że pewne wypowiedzi mogą zostać zakazane z takiego powodu to oczywiście jest – trzeba to przyznać – pogląd wyznawany przez przynajmniej sporą część tych, którzy mienią się obrońcami praw człowieka – w tym także wolności słowa – weźmy tu choćby poparcie takich organizacji, jak choćby Helsińska Fundacja Praw Człowieka dla np. zakazów „mowy nienawiści”. Zakazów takich, jak miałem okazję pisać w niektórych swoich tekstach, nie da się w sposób sensowny uzasadnić przy użyciu argumentu, że nienawistne i obraźliwe wypowiedzi na temat takich czy innych grup narodowych, etnicznych, rasowych, religijnych – czy też grup tego rodzaju, co np. osoby LGBT – bezpośrednio prowadzą do aktów przemocy przeciwko członkom takich grup, czy też wandalizmu wobec należącego do nich mienia – jest to oczywista nieprawda; gdyby (często w każdym razie) było inaczej, wiadomo byłoby o tym z kronik kryminalnych. Jeśli coś można próbować twierdzić, to co najwyżej to, że „mowa nienawiści” (nie będąca w konkretnym przypadku jakimś bezpośrednio niebezpiecznym podburzaniem do przemocy – które aby wystąpić, musi mieć miejsce w jakimś szczególnym kontekście – takim np. że zachęcające do przemocy słowa kierowane są do emocjonalnie pobudzonego tłumu) może prowadzić u niektórych podatnych na jej wpływ osób do kształtowania przekonań i pobudzania emocji, które w przypadku niektórych z tych niektórych osób mogą stać się jakimś podłożem krzywdzących dla pewnych ludzi (w tym także przestępczych) zachowań.

Odnośnie tego, czy „hate speech” faktycznie ma (lub przynajmniej miewa) tego rodzaju efekty można – jak sądzę – byłoby co najmniej dyskutować. W moim tekście ze stycznia tego roku przytaczałem wypowiedzi Andrew Boyle’a i Gordona Danninga, w których powiedziane zostało, że wbrew powszechnemu przekonaniu propaganda nie jest czymś bardzo efektywnym, jeśli chodzi o wpływanie na ludzkie umysły – jeśli na kogoś może ona naprawdę podziałać, to na tych, którzy już wcześniej zgadzają się z jej przesłaniem - natomiast w przypadku osób niezgadzających się z nią najprawdopodobniej będzie miała ona efekt odwrotny od zamierzonego. Załóżmy jednak – dla dobra argumentacji – że „mowa nienawiści” jeśli nie zawsze, to przynajmniej niekiedy ma takie właśnie efekty. Jest to dobry powód do zakazania takiej „mowy”? Jeśli ktoś uważa że tak, to proponuję krótkie zastanowienie się nad potencjalnymi skutkami zastosowania rozumowania, przy użyciu którego można uzasadniać zakazy „hate speech” w sposób mający przysłowiowe ręce i nogi (w tym sensie, że rozumowanie to nie opiera się na jakichś w oczywisty sposób fałszywych czy niedorzecznych przesłankach) w sposób konsekwentny. Do czego by konsekwentne wcielenie w życie rozumowania zwolenników zakazów „mowy nienawiści” (czy też zakazów np. pornografii fikcyjnie łączącej seks z przemocą, albo fikcyjnie przedstawiającą osoby nieletnie w scenach o charakterze erotycznym) doprowadziło?

Pokrótce zastanówmy się nad tym w oparciu o przykłady pewnych przestępstw, do których – na zdrowy rozum – pewne wypowiedzi przyczyniły się w taki sam mniej więcej sposób, w jaki „mowa nienawiści” w sposób wyobrażalny może przyczyniać się do np. fizycznych napaści na osoby należące do atakowanych przez nią grup narodowych, rasowych, wyznaniowych itd. Wiadomo np. że w szeregu krajach świata w niedawnych czasach miały miejsce ataki na osoby pochodzące z Chin, podłożem których to ataków była uogólniona wrogość wobec Chińczyków, przynajmniej po części motywowana tym, że wirus SARS-COV 2 ma chińskie pochodzenie. Na zdrowy rozum można przypuszczać, że do popełnienia tych przestępstw nie doszłoby, gdyby ich sprawcy nie dowiedzieliby się tego, że koronawirus wziął się z Chin. Do jakiego więc wniosku powinno prowadzić konsekwentne zastosowanie rozumowania leżącego u podstaw zakazów (m.in.) „mowy nienawiści”? Ano – logicznie rzecz biorąc takiego, że mówienie o chińskim pochodzeniu koronawirusa powinno być zakazane, bo może ono prowadzić do napaści na Chińczyków. To na zdrowy rozum byłby absurd – ale gdyby naprawdę konsekwentnie wcielić w życie myśl o tym, że dostatecznym powodem do zakazania takich czy innych wypowiedzi może być racjonalnie uzasadniona obawa przed tym, że wśród wielu – tysięcy, milionów, czy też (tym bardziej) miliardów ludzi, do których docierają jakiegoś rodzaju treści mogą się znaleźć jakieś jednostki, które w następstwie przekonania w wyniku wpływu na nich tych treści do pewnych opinii i pobudzenia w efekcie kontaktu z tymi treściami pewnych emocji mogą coś złego zrobić – to dokładnie tak powinno być. Weźmy też inny przykład. Przeczytałem ostatnio wyjątkowo ciekawą i mądrą książkę Stevena Pinkera „Zmierzch przemocy”. W tej książce jej autor wspomniał o osobliwym, trzeba przyznać, zjawisku, jakim są ataki przeciwko naukowcom, którzy kwestionują popularne obecnie zaprzeczanie istnieniu ciemnej strony natury ludzkiej. Naukowcy tacy, jak pisze Pinker, są oskarżani o usprawiedliwianie przemocy i w związku z tym narażeni na pomówienia, groźby i fizyczne napaści. Przestępstwa, o których wspomniał Steven Pinker, na zdrowy rozum nie miałyby miejsca bez pewnych wypowiedzi. Oczywiście – jakoś zupełnie pośrednio – musiały się do nich przyczynić wypowiedzi naukowców, którzy z powodu tych wypowiedzi byli atakowani, ale niewątpliwie też przyczyniły się do tego wypowiedzi potępiające tych naukowców z powodu prezentowanych przez nich twierdzeń, czy nawet – znów, w bardziej pośredni sposób – wypowiedzi moralnie zrównujące badania nad przemocą z usprawiedliwianiem przemocy. Twierdzenie, że badanie przyczyn przemocy – i np. wypowiadanie poglądów, że nie jest ona czymś wyłącznie wyuczonym (jakby wynikało z oczywiście fałszywej w świetle choćby badań antropologicznych teorii „szlachetnego dzikusa”) jest usprawiedliwianiem przemocy jest jak dla mnie oczywistym idiotyzmem – lecz przecież wypowiadanie takich twierdzeń nie jest karalne – proponuje ktoś, by było? Jak zatem widać, w systemie prawnym poważnie traktującym prawo ludzi do swobodnego wypowiadania się wypowiedzi nie mogą być zakazywane i karane z tego powodu, że potencjalnie mogą one do czegoś złego prowadzić – przyzwolenie na zakazywanie wypowiedzi z takiego powodu jest wejściem na drogę mogącą prowadzić do praktycznej likwidacji wolności słowa.

Nie można więc twierdzić ani tego, że wszelkie przypadki użycia takich czy innych słów powinny być prawnie dozwolone na takiej zasadzie, że są one korzystaniem z wolności słowa, ani też tego, że można zakazywać jakichś wypowiedzi po prostu dlatego, że mogą mieć one jakieś złe skutki. Wynika jednak z tego, że nawet w najściślej chroniącym swobodę ekspresji systemie prawnym pewne stwierdzenia mogą być przedmiotem zakazów i kar za ich złamanie. Kiedy jednak powiedzenie (czy też ewentualnie napisanie) czegoś w zasadny sposób może być czymś traktowanym jako przestępstwo? Otóż, moim zdaniem, wówczas, jeśli w praktycznie nieunikniony sposób prowadziłoby to do spowodowania jakiegoś wielkiego zła, któremu nie można byłoby zapobiec inaczej, jak poprzez powstrzymanie – pod groźbą takiej czy innej sankcji prawnej – prowadzącej do niego wypowiedzi.

Zachodzi oczywiście pytanie odnośnie tego, co jest złem, które może usprawiedliwiać ograniczenie wolności słowa – albo, inaczej mówiąc, co jest dobrem, którego ochrona może uzasadniać takie ograniczenie? Pewne odpowiedzi na to pytanie są – jak przypuszczam – jasne. Z całą pewnością dobrem takim jest np. ludzkie życie i zdrowie, jest też nim czyjaś własność. Mogą być też inne – np. reputacja jednostki w sensie jej ochrony przed niezasłużoną nienawiścią i pogardą ze strony innych – albo np. prywatność – w sensie ochrony prawa jednostki do tego, by nie były ujawniane nieupoważnionym osobom takie informacje na jej temat, co do których znająca je osoba ma czy to zawodowy (a więc wynikający np. zasad wykonywania zawodu lekarza, czy adwokata) czy też umowny obowiązek zachowania ich w tajemnicy.

Czym jednak groziła wspomniana tu wcześniej wypowiedź Wojciecha Olszańskiego – czy jak kto woli Aleksandra Jabłonowskiego? Otóż, na pewno nie przemocą, w wyniku której ktoś mógłby fizycznie ucierpieć. Choć Olszański krzyczał „śmierć wrogom ojczyzny” – a tłum powtórzył za nim „śmierć! śmierć! śmierć!” –  to jasne jest jednak, że jego słowa nie prowadziły do żadnych aktów agresji i jasne wydaje się też to, że nie miały na celu ich bezpośredniego spowodowania – wykrzykiwane przez niego hasło „śmierć wrogom ojczyzny” jest, na zdrowy rozum, retoryką takiego samego mniej więcej rodzaju, jaką było krzyczenie przez lewicowo nastawionych demonstrantów „znajdzie się kij na faszystowski ryj” lub „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” przez takich, którzy nie lubią akurat lewicy.

Jeśli był jakiś ważny, wymagający ochrony interes, któremu wypowiedź Olszańskiego vel Jabłonowskiego w wyobrażalny sposób mogła zagrozić, to interesem tym było właściwe, zgodne z zasadami demokracji działanie konstytucyjnego organu państwa, jakim jest Sejm. Czegokolwiek byśmy nie sądzili o szczęśliwie nieuchwalonym projekcie ustawy antycovidowej zgodzimy się chyba co do tego, że nie może być tak, iż posłowie czy też senatorowie bądź osoby zasiadające w innych państwowych organach podejmują jakieś decyzje – bądź też nie podejmują ich – ze strachu przed tym, że zostanie im wyrządzona fizyczna krzywda.

Możliwości wpływania na działanie konstytucyjny organów państwa przy użyciu przemocy czy też jej gróźb ma z założenia zapobiegać art. 128 § 3 kodeksu karnego, zgodnie z którym „Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”. Wojciechowi Olszańskiemu postawiono zarzut popełnienia przestępstwa określonego w tym – zupełnie zasadnie istniejącym w kodeksie karnym – przepisie.

Czy można jednak twierdzić, że Olszański popełnił przestępstwo z art. 128 § 3 k.k.? Otóż, jak na mój gust, to w sprawie, o której jest tu mowa dużo prędzej można byłoby mówić o usiłowaniu popełnienia tego przestępstwa – nie ma bowiem (na ile się orientuję) żadnych przesłanek do tego, by twierdzić, że wypowiedź Olszańskiego, w której wyraził on chęć zabicia posłów, którzy poparliby projekt ustawy antycovidowej miała faktyczny wpływ na czynności urzędowe Sejmu.

Usiłowanie popełnienia przestępstwa – także takiego, jak wpływanie przemocą lub groźbą bezprawną na czynności urzędowe państwowego organu – też jest jednak przestępstwem. Przestępstwem jest też grożenie innym osobom użyciem przemocy wobec nich, choć najogólniej rzecz biorąc pewnymi warunkami: groźba albo musi wywoływać u jej adresata uzasadnioną obawę przed tym, że zostanie ona spełniona – o czymś takim jest mowa w art. 190 § 1 k.k. - albo musi mieć na celu zmuszenie go do określonego działania, zaniechania bądź znoszenia – to przypadek w jego podstawowym typie określony w art. 191 § 1 k.k., a w postaciach kwalifikowanych w szeregu innych przepisach kodeksu karnego (np. art. 224 § 1 – wywieranie przemocą lub groźbą bezprawną wpływu na czynności urzędowe organu administracji rządowej, innego organu państwowego lub samorządu terytorialnego, art. 224 § 2 - stosowanie przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia funkcjonariusza publicznego albo osoby do pomocy mu przybranej do przedsięwzięcia lub zaniechania prawnej czynności służbowej, art. 232 § 1- wywieranie przemocą lub groźbą bezprawną wpływu na czynności urzędowe sądu) – w tym także w art. 128 § 3.   

Zachodzi jednak pytanie o to, czy w systemie prawnym szanującym wolność słowa grożenie innym ludziom dokonaniem przeciwko nim takich czy innych przestępstw – bądź usiłowanie popełnienia przestępstwa poprzez użycie słów zawierających groźbę użycia przemocy (jak to, można twierdzić, miało miejsce w przypadku Olszańskiego vel Jabłonowskiego) – w sposób konieczny powinno być traktowane jako przestępstwo i w związku z tym karane. Moja intuicyjna odpowiedź na to pytanie jest taka, że niekiedy – w wielu nawet przypadkach – jak najbardziej. Groźby mogą mieć nader negatywne konsekwencje dla osób, przeciwko którym są one skierowane. Mogą budzić strach przed zamachem na życia lub zdrowie własne bądź osób najbliższych, co może mieć fatalne psychologiczne skutki dla osób będących obiektem gróźb. Mogą zmuszać swych adresatów do robienia tego, czego robić oni nie chcą – bądź nie robienia czegoś, co chcą oni robić – pozbawiając ich w ten sposób wolności wyboru własnego, zgodnego z prawem i niekrzywdzącego innych postępowania.

Jednak nie wszystkie wypowiedzi zawierające w sobie jakieś grożące sformułowania mają tego rodzaju efekty i nie wszystko, co brzmi jak groźba jest prawdziwą, mającą na celu zastraszenie kogoś (czy też poważnie mogącą kogoś zastraszyć) groźbą. Wiele już lat temu poznański raper Peja śpiewał pod adresem rapera z Kielc Liroya (Piotra Marca):

Za tę profanację które odpierdalasz
Spotka cię solidna kurwa kara
Spalimy ci chałupę rozjebiemy twoją żonę
Zabijemy ci dziecko i zgwałcimy siorę


Test ten – literalnie potraktowany – niewątpliwie zawierał groźby popełnienia wyjątkowo poważnych przestępstw przeciwko osobie, do której się on odnosił (i ewentualnie też osobom dla niej najbliższym – nie wiem przy tym, czy te akurat osoby faktycznie istniały), niewątpliwe są też jednak dwie inne rzeczy: to, że Peja nie miał poważnego zamiaru grozić Liroyowi podpaleniem domu i dokonaniem aktów przemocy wobec członków jego najbliższej rodziny – a tylko chciał on przelicytować Liroya w poziomie wulgarności rapowanych tekstów – a po drugie to, że Liroy raczej nie bał się tego, że Peja naprawdę spełni swoje „groźby”. Aktywiści PPS idąc w pochodzie pierwszomajowym skandowali niegdyś hasło „Buzek ty zmoro, zginiesz jak Aldo Moro” – i słowa te nie były odbierane jako poważna groźba zabicia premiera, lecz raczej jako wiecowa retoryka, której nie należy traktować całkiem serio.

Sąd Najwyższy USA – uznając, że „prawdziwe groźby” (true threats) nie są ekspresją chronioną przez Pierwszą Poprawkę do amerykańskiej Konstytucji – stwierdził, że nie jest tak, iż wszelkie wypowiedzi zawierające jakieś grożące sformułowania – a więc np. zapowiedź zabicia kogoś – mogą być traktowane jako karalne groźby. To, czy jakaś wypowiedź może zostać potraktowana jako „prawdziwa” – a w związku z tym karalna bez naruszenia Pierwszej Poprawki – groźba zależy nie tylko od jej treści, ale także od kontekstu, w którym wypowiedź taka ma miejsce.

Coś takiego w jasny sposób wynika z wydanego w 1969 r. orzeczenia Sądu Najwyższego USA w sprawie Watts v. United States. Sprawa ta znalazła się na wokandzie amerykańskiego Sądu Najwyższego z powodu zdarzenia, jakie miało miejsce 27 sierpnia 1966 r. pod pomnikiem Waszyngtona w stolicy USA. Miał tam miejsce publiczny wiec przeciwko wojnie w Wietnamie, po którym uczestnicy tego wiecu podzielili się na małe grupki dyskusyjne. Bohater wspomnianej sprawy, 18 letni Murzyn dołączył do zgromadzenia zaplanowanego w celu dyskutowania o brutalności policji. Kiedy jeden z członków grupy zasugerował, że młodzi ludzie powinni zyskać więcej wykształcenia zanim zaczną wyrażać swoje poglądy, Watts powiedział: „Zawsze krzyczą na nas, żebyśmy otrzymali wykształcenie. A teraz otrzymałem już wstępną klasyfikację jako 1-A i muszę zgłosić się na mój badanie w najbliższy poniedziałek. Nie idę. Jeśli kiedykolwiek każą mi nosić karabin pierwszym człowiekiem, którego chcę mieć w zasięgu wzroku, jest LBJ (Lyndon Baines Johnson, prezydent USA) Nie zmuszą mnie do zabicia moich czarnych braci”.

Słowa te usłyszał obecny na miejscu śledczy z kontrwywiadu i Watts został aresztowany, a następnie oskarżony o naruszenie pochodzącego z 1917 r. przepisu, zgodnie z którym przestępstwem jest świadome i dobrowolne czynienie groźby odebrania życia lub wyrządzenia szkody cielesnej prezydentowi USA. Zarówno w Sądzie Okręgowym Stanów Zjednoczonych dla Dystryktu Kolumbii, jak i w Sądzie Apelacyjnym zapadły wobec Wattsa wyroki skazujące, lecz Sąd Najwyższy USA (większością 7 do 2) uniewinnił go, stwierdzając, że jego wypowiedź była jedynie bardzo niedojrzałą i obraźliwą formą wyrażenia politycznej opozycji wobec prezydenta (co jest konstytucyjnie chronione) a nie prawdziwą, poważną groźbą.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale