Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski
408
BLOG

Indywidualny głos w sprawie antysemickiego transparentu (i „mowy nienawiści”)

Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski Polityka Obserwuj notkę 17

Tekst dostępny także pod adresem http://bartlomiejkozlowski.pl/norw.htm, dalej link do wersji PDF


W sobotę 21 października 2023 r. w Warszawie odbyła się demonstracja wsparcia dla Palestyńczyków w związku z atakiem Izraela na Strefę Gazy, będącym następstwem ataku Hamasu (rządzącego w Strefie Gazy) na Izrael w dniu 7 października (w wyniku ataku Hamasu na Izrael zginęło ok. 1400 osób po stronie izraelskiej i 900 po stronie palestyńskiej, izraelskie ostrzały Strefy Gazy spowodowały (do 23 października) śmierć co najmniej 5791 Palestyńczyków i obrażenia u blisko 16,3 tys.). Podczas tej demonstracji prezentowane były przede wszystkim takie hasła, jak „Wolna Palestyna”, „Stop ludobójstwu” i „Śmierć palestyńskiego dziecka nie wskrzesi dziecka izraelskiego”. (1) Jednak jedna z uczestniczek wspomnianego protestu – pochodząca z Norwegii studentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – paradowała z transparentem na którym widniał napis „Keep the world clean” – tj. „utrzymuj świat w czystości” a także wizerunek przedstawiający człowieka wrzucającego Gwiazdę Dawida do kosza na śmieci.

To właśnie ten transparent wywołał prawdziwą burzę. Głos w jego sprawie zabrali prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, który na portalu X (dawny Twitter) napisał: „W @warszawa- mieście tak ciężko doświadczonym przez historię - nie może być miejsca na nienawiść i antysemityzm. Nie może być zgody na antysemickie transparenty. Każde takie zachowanie zasługuje na potępienie. Każdy, kto się ich dopuszcza, powinien ponieść konsekwencje prawne”, prezydent RP Andrzej Duda, który napisał na wspomnianym portalu, że „My, Polacy, ze względu na pamięć o tych, którzy zostali zamordowani w czasie Holokaustu – nigdy nie możemy się zgodzić na jakiekolwiek przejawy antysemityzmu w żadnej formie i wszelkie jego oznaki budzą nasze głębokie oburzenie. W Polsce nie ma zgody na wyrażanie nienawiści wobec kogokolwiek. To całkowicie sprzeczne z wartościami, na których opiera się Rzeczpospolita”, a także ambasador Izraela w Polsce, który również na portalu X stwierdził, że „polskie władze mają powinność zapobiegania przejawom otwartego antysemityzmu”. Studentka została wezwana do dziekanatu na swojej uczelni (w Internecie znajduje się petycja do rektora WUM o wyciągnięcie konsekwencji wobec Norweżki), wszczęcie postępowania w sprawie o której tu jest mowa zapowiedziała też prokuratura – donos złożyła Paula Sawicka ze Stowarzyszenia Przeciwko Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, która w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” powiedziała, że „Pierwsze, co mi przyszło na myśl, kiedy zobaczyłam ten transparent, że chodzi o czystkę etniczną. Bo jak inaczej rozumieć wyrzucanie symbolu gwiazdy Dawida do kosza?”. (2)

Norweską studentkę czekają więc być może poważne kłopoty – nawet, teoretycznie przynajmniej rzecz biorąc, włącznie z trafieniem za kratki za popełnienie przestępstwa, za które w wyobrażalny sposób mogłoby zostać uznane prezentowanie przez nią wspomnianego transparentu. Ale czy Norweżka powinna zostać ukarana za rzeczony transparent? Na ten temat zacząłem pisać komentarz na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”, niestety jednak nie udało mi się umieścić go tam całości (został on przez moderatora forum bezpodstawnie uznany za tzw. floodowanie). Ponieważ jednak wspomnianego komentarza trochę było mi szkoda, postanowiłem umieścić go (czy może raczej jego cokolwiek rozbudowaną i poprawioną wersję) na swojej stronie internetowej oraz prowadzonym przeze mnie blogu. Oto więc, co mam na ten temat do powiedzenia:

Potępienie wiadomego zachowania norweskiej studentki jest całkowicie słuszne i uzasadnione, ale domaganie się wyciągnięcia konsekwencji prawnych z powodu tego akurat zachowania już - moim zdaniem - nie. Odnoszę wrażenie, że zarówno Trzaskowski, jak i Duda totalnie nie rozumieją, że można potępiać jakieś wypowiedzi, a jednocześnie nie być za karaniem za takie wypowiedzi, bądź być wręcz przeciwko niemu. (3) I tak przy okazji, można byłoby oczywiście dyskutować o tym, czy treść zamieszczona na transparencie niesionym przez Norweżkę nie dałaby się przypadkiem podciągnąć pod zapisy kodeksu karnego mówiące o np. publicznym nawoływaniu do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na bezwyznaniowość (art. 256 par. 1) bądź publicznym znieważeniu grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości. Ba - mógłby ktoś nawet próbować twierdzić, że treść transparentu, o której jest tu mowa stanowi publiczne nawoływanie do ludobójstwa (art. 126a w związku z art. 118 par. 1 k.k.). To wszystko nie jest jednak oczywiste. Skąd np. wiadomo, jaką emocję u innych ludzi zamierzała wywołać osoba niosąca wspomniany transparent i że emocją tą była „nienawiść” na tle jednej z różnic wskazanych w art. 256 par. 1 k.k.? Da się w ogóle wyznaczyć granicę między „nienawiścią” - publiczne „nawoływanie” do której (o ile jest to nienawiść „na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość”) jest karalne, a takimi emocjami, jak niechęć, czy uprzedzenie „nawoływanie” do których to emocji nie stanowi złamania prawa? Oczywiście, sędziowie w swej praktyce orzeczniczej nieraz stwierdzają, że takie czy inne wypowiedzi stanowią publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, etc. i skazują za takie wypowiedzi. Ale w latach 80 skazywali za np. „działania w celu wywołania niepokoju publicznego” (dodany w 1982 r. art. 282a k.k. z 1969 r.), mimo, że „niepokój publiczny” jest pojęciem co najmniej równie nieprecyzyjnym, jak „nienawiść”. Można byłoby twierdzić, że treść zamieszczona na transparencie niesionym przez norweską studentkę znieważała Żydów i tym samym stanowiła przestępstwo z art. 257 k.k. zgodnie z którym „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”? Jeśli chodzi o to, to tu można byłoby się przyczepić zwłaszcza rysunku przedstawiającego wrzucanie do kosza Gwiazdy Dawida. Ten rysunek może być odebrany jako wyraz pogardy wobec Żydów, a co za tym idzie, ich znieważenie. Lecz jeśli nawet rysunek ten można tak odebrać, to chciałbym zauważyć, że art. 257 k.k. mówi o publicznym znieważeniu „grupy ludności” (znieważeniem jakiejkolwiek konkretnej osoby nie mamy tu się potrzeby zajmować) z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, etc. Co w art. 257 k.k. oznacza pojęcie „grupa ludności”? Otóż, na zdrowy rozum oznacza ono jakąś część mieszkańców Polski, wyróżniającą się z ogółu społeczeństwa takimi cechami, jak przynależność narodowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa, albo bezwyznaniowość, bądź nawet jedynie część takiej części (o ile wiem, w doktrynie prawnej przyjmuje się, że „grupę ludności” w znaczeniu art. 257 k.k. stanowią co najmniej 3 osoby). Ale z całą pewnością pojęcie, o którym tu jest mowa nie oznacza jakiejkolwiek grupy narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, czy charakteryzującej się bezwyznaniowością, która istnieje gdzieś na świecie. Publicznego znieważenia takiej grupy narodowej, etnicznej, etc. której członkowie (przynajmniej trzej) nie żyją w Polsce nie da się w sposób sensowny uznać za przestępstwo „publicznego znieważenie grupy ludności” o którym jest mowa w art. 257 k.k. Znów, Żydzi z całą pewnością są grupą ludności o określonej przynależności narodowej (i ewentualnie też wyznaniowej) zamieszkującą terytorium Polski, logicznie zatem rzecz biorąc, publiczne znieważenie Żydów może stanowić przestępstwo z art. 257 k.k. Ale kwestia tego, czy wspomniana tu Norweżka niosąc transparent z wiadomym wizerunkiem popełniła przestępstwo publicznego znieważenia grupy ludności (polskich Żydów) z powodu ich przynależności narodowej i/lub religijnej nie jest w stu procentach oczywista. Jak by nie było, nie da się w sensowny sposób twierdzić, że treść prezentowana na tym transparencie w jakikolwiek szczególny sposób odnosiła się do Żydów mieszkających w Polsce, a więc do „grupy ludności” o której jest mowa w art. 257 k.k. - choć można twierdzić, że odnosiła się TAKŻE do nich, jako części Żydów w ogóle. Nie ma też wątpliwości co do tego, że treść zamieszczona na wspomnianym tu transparencie mogła zostać odebrana przez co najmniej jakąś część polskich Żydów (i w ogóle osób, które zetknęły się z tą treścią) jako wysoce obraźliwa. Czy wynika z tego jednak, że zachowanie Norweżki polegające na publicznym prezentowaniu tej treści stanowiło wspomniane powyżej przestępstwo? To nie jest moim zdaniem CAŁKIEM oczywiste - ocena tego, czy zachowanie norweskiej studentki można byłoby tak potraktować wydaje się zależne od tego, czy przestępstwo „publicznego znieważenia grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości” można popełnić wyłącznie z zamiarem tzw. kierunkowym, tj. wówczas, gdy ktoś chce znieważyć jakąś „grupę ludności” tj. część mieszkańców Polski z powodu ich przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, itd., czy także z zamiarem tzw. ewentualnym - czyli, że przestępstwo, o którym jest tu mowa ma miejsce również wtedy, gdy ktoś, choćby nawet nie mając w jakiś konkretny sposób na myśli jakiejś grupy narodowej, etnicznej, etc. w Polsce w swej publicznej wypowiedzi w obraźliwy sposób odnosi się do takiej grupy (mającej jednak swych przedstawicieli w naszym kraju) właściwie gdziekolwiek na świecie, nie mając szczególnego celu znieważenia takiej grupy w Polsce (a więc „grupy ludności” o której jest mowa w art. 257 k.k.), lecz zdając sobie jednak sprawę z tego i godząc się z tym, że jego wypowiedź może być obraźliwa dla takiej grupy. Tematu, jak należy interpretować art. 257 k.k. nie będę tu oczywiście nie będę rozwijał - jest zresztą oczywiste, że rozdzielenie działań w zamiarze kierunkowym (na pewno - przy założeniu, że stanowią one „publiczne znieważenie grupy ludności albo poszczególnej osoby” z powodów wymienionych w tym przepisie - mogących być na gruncie obowiązującego prawa traktowanymi jako przestępstwo) oraz w zamiarze tzw. ewentualnym (w odniesieniu do których prędzej dałoby się argumentować, że działania takie przestępstwa nie stanowią) byłoby w kontekście obraźliwych wypowiedzi odnoszących się do przedstawicieli takich czy innych nacji, grup etnicznych, rasowych, czy też wyznaniowych co najmniej szalenie trudne i podatne na dokonywanie w oparciu o subiektywne „widzimisię” oceniającej daną wypowiedź osoby. To samo zresztą można powiedzieć o kwestii oceny tego, czy jakaś wypowiedź była w ogóle „znieważeniem” - znieważenie nie jest przecież pojęciem mającym jakiś całkowicie jasny, bezsporny i oczywisty zakres.

Jak też wspomniałem, nie jest całkiem wykluczone, że jacyś ludzie mogliby odebrać treść prezentowaną na niesionym przez Norweżkę transparencie jako nawoływanie do ludobójstwa - a więc przestępstwo z art. 126a w związku z art. 118 par. 1 k.k., za którego popełnienie grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia (zdaje się, że tak właśnie odczytała wspomnianą treść Paula Sawicka z „Otwartej Rzeczypospolitej”). Ale czy można w sposób sensowny twierdzić, że norweska studentka, niosąc wspomniany tu transparent popełniła takie właśnie przestępstwo? Jakby nie było, treść prezentowana na owym transparencie nie zawierała literalnego wezwania do dokonania jakichkolwiek czynów przestępczych. Z całą pewnością na transparencie tym nie było explicite wyrażonej opinii, że Żydów należy zabijać (bądź w inny sposób fizycznie prześladować). Twierdzenie, że Norweżka, prezentując treść, o której jest tu mowa nawoływała do dokonania ludobójstwa na Żydach musiałoby się więc opierać na jakimś działaniu wyobraźni odnośnie literalnego brzmienia napisu umieszczonego na wspomnianym transparencie (i dotyczącej zamieszczonego na nim rysunku), a także na przypisaniu jej zamiaru nawoływania do dokonania takiej zbrodni. Można byłoby jej jednak taki zamiar uczciwie przypisać (i udowodnić w sądzie)? Jeśli chodzi o to pytanie to sądzę, że coś takiego można byłoby próbować zrobić. Lecz wątpię w to, by zamiar taki osobie, o której tu jest mowa można było udowodnić ponad rozsądną wątpliwość. Poza tym wszystkim jest rzeczą oczywistą, że - zasługujące oczywiście na zdecydowaną dezaprobatę -zachowanie norweskiej studentki nie wywołało jakichś groźnych skutków. (4) Czy można twierdzić, że zachowanie to, nie mając nawet w określonym przypadku jakiegoś konkretnie szkodliwego efektu - w postaci np. spowodowania aktu, czy też aktów przemocy przeciwko Żydom (czy też ataków na żydowskie mienie) - mogło mieć jednak taki efekt (tzn. że było zdolne do spowodowania takiego efektu) i na gruncie takiego rozumowania próbować jakoś zracjonalizować możliwość potraktowania tego zachowania jako przestępstwa? Dr. Anna Tatar ze stowarzyszenia „Nigdy Więcej” powiedziała, że „od mowy nienawiści do czynów jest bardzo niedaleka droga”. Z wypowiedzi tej implicite wynika, że „mowa nienawiści” - pod którym to pojęciem p. Anna Tatar ewidentnie rozumie takie m.in. treści, jak te prezentowane na transparencie niesionym przez Norweżkę - stwarzają bezpośrednie niebezpieczeństwo wywołania przemocy. Ale czy o „hate speech” - w znaczeniu wypowiedzi, które obrażają, czy szkalują takie czy innej grupy narodowe, rasowej, religijne, czy jeszcze inne (np. osoby LGBTQ+) i zachęcają do wrogiego nastawienia wobec członków takich grup da się w sensowny sposób twierdzić to, że powoduje ona - jak bywało to określane w znanej amerykańskiej doktrynie prawnej „clear and present danger”? Znane mi fakty na coś takiego nie wskazują. W każdym razie, nie zetknąłem się z informacjami na temat np. ludzi, którzy w wyniku emocjonalnego pobudzenia wywołanego przeczytaniem jakiegoś tekstu odnoszącego się w nienawistny sposób do jakieś grupy narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, bądź jeszcze innej wyszli z domu na ulicę i dokonali przestępstwa (np. pobicia) na szkodę osoby należącej do grupy, do której odnosił się nienawistny tekst - gdyby takie przypadki się zdarzały, wiadomo byłoby o nich z mediów. (5) Jeśli ktoś więc próbuje argumentować, że „mowa nienawiści” powinna być prawnie zakazana z tego powodu, że może ona prowadzić do nienawistnych czynów, to komuś takiemu, jeśli nie chce się on opierać na twierdzeniach nie mających pokrycia w rzeczywistości musi chodzić o cokolwiek dalsze, wciąż możliwe, jak najbardziej wyobrażalne, ale mimo wszystko znacznie mniej pewne związki pomiędzy wypowiedziami jednych osób, a działaniami drugich. Chodzi tu generalnie rzecz biorąc o to, że wypowiedzi jednych osób mogą przyczyniać się do kształtowania u innych osób przekonań i pobudzania u nich emocji, które to przekonania i emocje mogą sprawić, że osoba u której one występują popełni jakieś np. antysemickie, rasistowskie, czy homofobiczne przestępstwo (tego np. rodzaju, co zabójstwo, pobicie, zniszczenie mienia, czy zbezczeszczenie żydowskiego cmentarza).

Nie zamierzam twierdzić, że „mowa nienawiści” - w znaczeniu wypowiedzi, które znieważają jakąś grupę narodową, etniczną, rasową, religijną etc. bądź „nawołują do nienawiści” wobec takiej grupy nie może w jakiś pośredni sposób przyczyniać się do antysemickich, rasistowskich, ksenofobicznych, czy homofobicznych przestępstw. Lecz z powodzeniem można twierdzić, że do przestępstw takich mogą przyczyniać się także - a może i bardziej? - wypowiedzi, których raczej mało kto chciałby zakazać. Mam przed sobą specjalne wydanie „Newsweeka” (5/2023 „SPiS win - osiem lat rządów Kaczyńskiego) a w nim wywiad Renaty Kim z dr. Tomaszem Kowalczukiem w którym ten stwierdził, że „Ilekroć oglądam „Lawę. Opowieść o ‘Dziadach’ Adama Mickiewicza” w reżyserii Konwickiego to zawsze mam wrażenie, że gdybym wyszedł na ulicę i spotkał kogoś, kto mówi po rosyjsku, to zabiłbym go gołymi rękami. Taka jest siła literatury romantycznej”. Chciałby ktoś jednak zakazać „Lawy” Konwickiego, czy też samych „Dziadów” Mickiewicza - albo w ogóle polskiej literatury romantycznej - z tego powodu, że treści zawarte w tych dziełach mogą pobudzać u niektórych ludzi uczucia nienawiści w stosunku do np. Rosjan (stanowiących - w odróżnieniu od np. Pigmejów, których zdaje się w Polsce nie ma - grupę ludności w znaczeniu tego pojęcie w art. 257 k.k.) i pośrednio przyczyniać się do przemocy przeciwko nim? Przypuszczam, że nie (nie zajmujmy się tu hipotetycznie istniejącą - nie wiem, czy faktycznie taka istnieje - garstką skrajnych zamordystów i totalitarystów). Lecz jeśli uważamy, że wystarczającym powodem do prawnego zakazania pewnych wypowiedzi jest to, że wypowiedzi te mogą - choćby w sposób pośredni - przyczyniać się do czegoś złego (np. aktów przemocy wobec osób należących do pewnych grup społecznych) - a takie stanowisko implikuje akceptacja zakazów „hate speech” - to absurdalne na pierwszy rzut oka pytanie „czy powinno się zakazać „Dziadów” Mickiewicza bądź „Lawy” Konwickiego po to, by zapobiec nienawiści i potencjalnie także przemocy wobec mieszkających w Polsce Rosjan?” przestaje być absurdalne. (6) Dalej, można byłoby zadać pytanie, czy w imię zapobiegania aktom przemocy przeciwko członkom takich czy innych grup społecznych (np. narodowych, rasowych, religijnych czy jeszcze innych) nie należałoby zakazać w ogóle mówienia i pisania w ogóle czegokolwiek o takich grupach (i ich indywidualnych członkach, ze wskazywaniem w każdym razie na członkostwo w takich grupach). Asumpt do zadania takiego pytania dają wyniki badań nad przemocą wobec imigrantów w Niemczech w latach 90. XX wieku, z których wynika, że ofiarami „przestępstw z nienawiści”- takich, jak np. pobicia - byli najczęściej nie członkowie tych grup, które „obiektywnie” stwarzały największe problemy - w sensie np. zajmowania mieszkań czy miejsc pracy (taką grupą byli np. Niemcy z dawnego ZSRR) - lecz tych grup, o których najwięcej mówiono i pisano w mediach (zob. https://www.researchgate.net/publication/249176628_Discursive_Opportunities_and_the_Evolution_of_Right-Wing_Violence_in_Germany ). Wypowiedzi, o które tu chodzi, były takimi, z których mogło wynikać, że członkowie pewnych grup narodowościowych, etnicznych czy religijnych stanowią w Niemczech problem - związany z takimi np. sprawami, jak zajmowanie miejsc pracy, mieszkań, bądź przestępczymi zachowaniami niektórych członków takich grup. Lecz wypowiedzi te nie były jednak „mową nienawiści” w znaczeniu zawartym w całkiem przecież szerokim art. 130 niemieckiego kodeksu karnego, zgodnie z którym podżeganie do nienawiści, przemocy bądź arbitralnych działań przeciwko jakiejś części ludności Niemiec, a także naruszenie ludzkiej godności innych poprzez znieważenie, złośliwe oczernianie lub zniesławienie takiej części ludności stanowi przestępstwo zagrożone karą od 3 miesięcy do 5 lat więzienia. (7) Czy zatem, jeśli wypowiedzi, o których była tu powyżej mowa mogły przyczyniać się do przemocy przeciwko imigrantom tak samo, o ile nie bardziej, jak wypowiedzi zakazane przez (m.in.) art. 130 niemieckiego k.k. to czy wypowiedzi takie powinny zostać zabronione z powodu skutków, do których mogą one choćby tylko w sposób pośredni prowadzić? Ja oczywiście nie proponuję zakazania takich wypowiedzi. Realizacja takiej – póki co raczej hipotetycznej - propozycji prowadziłaby do praktycznej likwidacji wolności słowa i środków masowego przekazu. Z dwojga złego wolę żyć w kraju w którym wolność wypowiedzi jest cokolwiek ograniczona (czego przykładem mogą kraje europejskie i istniejące w nich zakazy np. „mowy nienawiści”) niż w takim, w którym wolność ta w praktyce nie istnieje, bądź ograniczona jest w bardzo daleki sposób (czego przykładami mogą być np. Białoruś, Rosja, Chiny czy Korea Północna). Lecz jeśli uważamy, że potencjalne, możliwe, wyobrażalne negatywne skutki pewnych wypowiedzi są wystarczającym powodem do zakazania takich wypowiedzi, to w odniesieniu do wspomnianych tu wcześniej wypowiedzi w niemieckich mediach na temat pewnych grup imigrantów, które w swej masie najwyraźniej przyczyniały się do skierowanej przeciwko członkom tych grup przemocy całkiem sensowne byłoby zadanie pytania, dlaczego takie wypowiedzi nie powinny być prawnie zakazane, skoro z powodzeniem można twierdzić, że mają one takie same efekty, jak te, które co najmniej próbuje się przypisywać „mowie nienawiści”. I idąc drogą rozumowania zwolenników zakazów „hate speech” można byłoby zadać pytania o podobną jak w przypadku „mowy nienawiści” zasadność potencjalnych propozycji zakazania jeszcze innych rodzajów ekspresji. I tak np. pewne badania, które przeprowadzono w Holandii wskazują na to, że w kraju tym (i na zdrowy rozum można przypuszczać, że nie tylko tam) wzrosty liczby przestępstw z nienawiści z użyciem przemocy następowały w niedługim czasie po różnych zamachach terrorystycznych (zob. https://academic.oup.com/sf/article/100/1/169/5960129). Jak łatwo się można domyślić, sprawcami przestępstw, o których tu jest mowa raczej nie są osoby bezpośrednio poszkodowane w wyniku aktów terroru, czy też ze swej natury względnie nieliczni naoczni świadkowie takich aktów, lecz osoby, które o terrorystycznych zbrodniach dowiedziały się z mediów. Powinno informowanie o terrorystycznych przestępstwach zostać zabronione z tego powodu, że zwiększa ono ryzyko innych, może nie tak groźnych jak np. zamachy bombowe, ale też przecież wyrządzających krzywdę innym, niż ich sprawcy ludziom, przestępstw? Pytanie to dla mnie jest oczywiście retoryczne. Lecz gdyby ratio legis leżące u podłoża zakazów „mowy nienawiści” - zakładając, że podstawowym celem istnienia takich zakazów jest zapobieganie czynom, do których „hate speech” może w jakiś choćby tylko pośrednio sposób się przyczyniać - zostało zastosowane w sposób konsekwentny to zakaz informowania o aktach terroru w imię zapobiegania przestępstwom z nienawiści (i bardzo możliwe, że także przestępstwom o jednoznacznym charakterze terrorystycznym, takim, jak zamachy bombowe) dałby się całkiem dobrze uzasadnić.

I w oparciu o konsekwentnie zastosowane rozumowanie zwolenników zakazów „mowy nienawiści” (choć też np. zwolenników np. zakazów pornografii, czy też pewnych jej rodzajów, takich jak pornografia prezentująca pozorowaną choćby tylko przemoc bądź tzw. wirtualna pornografia dziecięca w oparciu o teorię, że naoglądanie się tego rodzaju treści może prowadzić do gwałtów bądź seksualnego wykorzystywania dzieci) (8) z powodzeniem można byłoby uzasadnić potrzebę wprowadzenia zakazów całego szeregu innych, póki co nie zabronionych prawnie rodzajów wypowiedzi. Prawda jest bowiem taka, że pewne rodzaje przestępczych czynów miałyby doprawdy niewielką szansę się zdarzyć, gdyby sprawcy tych czynów nie nasłuchali bądź nie naczytali (albo naoglądali się) czegoś. I tak np. ludzie, którzy w imię walki z globalnym ociepleniem podpalali samochody typu SUV bądź argentyńska para Francisco Lotero i Miriam Coletti, którzy w 2010 r. ze strachu przed potencjalnymi skutkami globalnego ocieplenia zabili jedno ze swych dzieci, drugie próbowali zgładzić i strzelili sobie w łeb nie zrobiliby tego, co zrobili, gdyby nie naczytali bądź nie nasłuchali się czegoś o potencjalnie możliwych skutkach efektu cieplarnianego. Osoby, które w imię obrony wykorzystywanych przez ludzi zwierząt atakują takie miejsca, jak rzeźnie, firmy futrzarskie i laboratoria, gdzie eksperymentuje się na zwierzętach z praktyczną pewnością stykały się z treściami obrazującymi eksploatację zwierząt i wyrażającymi opinię, że zabijanie i dręczenie zwierząt (np. w eksperymentach) jest moralnym złem. Oczywiste jest też np. że sprawcy ataków na kliniki aborcyjne nie dokonywaliby takich, jakie popełniają przestępstw, gdyby pod wpływem pewnych wypowiedzi nie nabrali przekonania, że aborcja jest wołającą o pomstę do nieba zbrodnią. Podobnie, sprawcy ataków na zwolenników zakazu aborcji nie popełnialiby takich, jakich dokonują aktów przemocy, gdyby pod wpływem pewnych wypowiedzi nie nabrali przekonania, że możliwość poddania się zabiegowi aborcji stanowi niezwykle ważne prawo osobiste kobiety, a próba odebrania kobietom tego prawa jest czymś nieludzkim. Dalej, ludzie dokonujący ataków na laboratoria, gdzie prowadzi się badania w dziedzinie genetyki, czy bio lub nanotechnologii jakiś czas przed dokonaniem przestępstw niewątpliwie zetknęli się z treściami co najmniej implikującymi pogląd o potencjalnie katastrofalnych skutkach manipulacji genetycznych, czy bio i nanotechnologii. Podobnie, maszty telefonii komórkowej wykorzystujące rzekomo technologię 5G bez wątpienia podpalali ludzie, którzy pod wpływem pewnych wypowiedzi nabrali przekonania o szkodliwości tej technologii dla ludzkiego zdrowia i życia. Dalej, sprawcami przestępstw o charakterze ekoterrorystycznym, takich, jak podpalanie budynków wznoszonych na wartościowych przyrodniczo terenach, niszczenie maszyn budowlanych, czy linii energetycznych i gazociągów w imię ochrony przyrody są ludzie, którzy pod wpływem pewnych wypowiedzi nabrali przekonania, że życie każdej żywej istoty zasługuje na ochronę i że ludzie nie mają moralnego prawa niszczyć naturalnego środowiska w imię swojego egoistycznego interesu. Byli i tacy, którzy w imię poglądu, że ludzkość zagraża całemu ziemskiemu ekosystemowi - którego z praktyczną pewnością nie mogli nabyć bez nasłuchania bądź naczytania się czegoś - chcieli wymordować wszystkich ludzi na naszej planecie. Pogląd, który motywował wspomnianą grupę (nazywała się ona „Rise” i objawiła się w Chicago w 1972 r.) do działania, polegającego na rozpyleniu w tamtejszych supermarketach i dużych budynkach zarazków m.in. zapalenia opon mózgowo – rdzeniowych, salmonelli i błonicy, a także na zatruciu wody w wodociągach przy pomocy tych patogenów, nie należy do tych, które w demokratycznych krajach bywają zakazane (nie ma tu co już mówić o USA, gdzie nawet bezpośrednie nawoływanie do popełnienia przestępstwa zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych w sprawie Brandenburg v. Ohio z 1969 r. nie może być karalne, chyba, że chodzi o nawoływanie do praktycznie natychmiastowego popełnienia przestępstwa, które w sytuacji, w jakiej ma miejsce, faktycznie może prowadzić do popełnienia takiego właśnie niezwłocznie dokonanego po podżegającej wypowiedzi przestępstwa). Lecz głoszenia takiego poglądu z powodzeniem można byłoby zabronić, gdyby tylko konsekwentnie iść drogą logiki leżącej u podłoża zakazów „hate speech” - a w każdym razie drogą logiki, przy użyciu której można takie zakazy próbować uzasadnić w sposób mający przysłowiowe ręce i nogi (jak już wspomniałem, nie jest czymś absurdalnym myśl, że może zdarzyć się tak, że ktoś nasłucha bądź naczyta się „mowy nienawiści” i w następstwie przekonań i emocji wywołanych u niego przez tę „mowę” popełni takie czy inne przestępstwo). To samo oczywiście można powiedzieć o wszelkich wypowiedziach, o jakich była tu powyżej mowa. W ogóle, chciałbym zauważyć, że jeśli mówimy o jakichś „niebezpiecznych” wypowiedziach - niebezpiecznych w tym sensie, że mogą się one przyczyniać do aktów przemocy - to za jedne z najbardziej niebezpiecznych rodzajów wypowiedzi należałoby uznać informacje o jakichś bulwersujących opinię publiczną zdarzeniach. Pomyślmy w tym kontekście o zamieszkach, jakie wybuchły w USA po uduszeniu przez białego policjanta Dereka Chauvine’a (nazwisko bardzo pasuje do tego, co zrobił - po francusku znaczy ono „szowinista”) Afroamerykanina Georga Floyda czy podpalaniach kościołów w Kanadzie po rozpowszechnieniu informacji o odkryciach grobów dzieci na terenach prowadzonych niegdyś przez instytucje wyznaniowe szkół dla Indian. Jest rzeczą na zdrowy rozum oczywistą, że rozruchy w miastach odległych od Minneapolis nie miałyby szansy wybuchnąć, gdyby ludzie z mediów nie dowiedzieli się tego, co stało się z George’m Floydem. Podobnie, w Kanadzie ludzie nie podpalaliby kościołów w następstwie wzburzenia tym, co przedstawiciele Kościoła robili niegdyś z indiańskimi dziećmi, gdyby ludzie ci o tym, co osoby te robiły z tymi dziećmi się nie naczytali bądź nie nasłuchali. Jak zatem widać, w oparciu o taką argumentację, na jakiej można opierać zakazy „mowy nienawiści” można byłoby uzasadnić potrzebę wprowadzenia mnóstwa zakazów niekaralnych, jak dotychczas, wypowiedzi. Lecz z takimi - póki co tylko hipotetycznymi - zakazami wypowiedzi jest taki choćby problem, że zakazów takich, jak sądzę, nie chcieliby sami zwolennicy zakazów „hate speech” (mam tu na myśli zwolenników takich zakazów w państwach zachodnich, nie w jakichś totalitarnych dyktaturach, które ściśle kontrolują przepływ opinii i informacji). (10)

Warto też zadać pytanie o to, czy zakazy „mowy nienawiści” nie stawiają przypadkiem wolności słowa na przysłowiowej równi pochyłej. Jeśli chodzi o tą kwestię, to jest prawdą, że zdaje się nikt póki co nie proponował wprowadzenia takich zakazów wypowiedzi, o jakich była tu wcześniej mowa, a które z powodzeniem dałyby się uzasadnić w oparciu o argumentację bardzo podobną do tej, w oparciu o którą można próbować bronić zakazów „hate speech”. Lecz przecież propozycje rozszerzenia zakazów „mowy nienawiści” są oczywistym faktem. Najbardziej znaną z tych propozycji jest pomysł, by art. 256 i 257 k.k. zabraniały „nawoływania do nienawiści” (czy też - w pewnej wersji takiej propozycji - „szerzenia nienawiści lub pogardy”) nie tylko z tych powodów, które już są w tych przepisach wymienione, lecz także z takich, jak wiek, płeć, tożsamość płciowa, niepełnosprawność i orientacja seksualna. To wielu ludziom się podoba. Lecz zakładając słuszność rozszerzenia zakazów „mowy nienawiści” można zadać pytanie, dlaczego zakazy te powinny chronić tylko te grupy, które wyróżniają się wspomnianymi powyżej cechami? Dlaczego - jeśli uznajemy, że czymś słusznym są zakazy nawoływania do nienawiści wobec takiej grupy i znieważania takiej grupy, jak np. osoby homoseksualne - czy też osoby wyróżniające się z ogółu społeczeństwa takimi cechami, jak wiek czy płeć - nie uznać, że czymś tak samo słusznym byłyby zakazy „nawoływania do nienawiści” i znieważania odnoszącego się do takich grup, jak rolnicy, robotnicy, nauczyciele, lekarze, sprzątaczki, górnicy, bezrobotni, ludzie żyjący z zasiłków, bezdomni - a z drugiej strony np. biznesmeni, ludzie bogaci? Zresztą, jeśli chodzi o tego rodzaju propozycje to warto przypomnieć, że w 2013 r. Platforma Obywatelska (na którą zresztą w ostatnich wyborach głosowałem; cóż, najmniejsze jak mi się wydaje zło) lansowała projekt ustawy w myśli której przestępstwem miało być publiczne nawoływanie do nienawiści wobec grupy osób lub osoby z powodu jej przynależności narodowościowej, etnicznej, rasowej, politycznej, społecznej, naturalnych lub nabytych cech osobistych lub przekonań, a także publiczne znieważenie grupy osób lub osoby z któregoś z tych powodów. Przepis ten szczęśliwie został utrącony w Sejmie (nawet napisałem list otwarty do posłów w jego sprawie, zob. https://www.salon24.pl/u/kozlowski/493200,list-do-poslow-w-sprawie-projektu-nowelizacji-art-256-k-k ). Gdyby jednak ten przepis wszedł w życie, to można byłoby na jego podstawie karać za nawoływanie do nienawiści i znieważanie dotyczące takiej np. grupy osób, jak np. pedofile czy w ogóle przestępcy - przecież z powodzeniem można byłoby twierdzić, że skłonności pedofilskie bądź w ogóle przestępcze są naturalnymi względnie nabytymi cechami osobistymi pewnych osób, z powodu których to cech nie wolno wobec żadnych osób czy też całych grup osób nawoływać do nienawiści bądź ich znieważać. Tak samo karalne mogłoby być na podstawie tego przepisu wznoszenie haseł typu „jebać PiS” - które to hasło z powodzeniem można byłoby uznać za znieważenie pewnej grupy ludzi i nawoływanie do nienawiści przeciwko tej grupie z powodu ich przynależności politycznej. Jeszcze dalej szła propozycja Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita” z 2011 r. zgodnie z którą w kodeksie karnym miał się pojawić przepis, w myśl którego przestępstwem miałoby się stać „publiczne rozpowszechnianie informacji, które mogą doprowadzić do propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, albo szerzenia nienawiści lub pogardy na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną” (popełnienie tego przestępstwa po raz pierwszy miało być zagrożone tylko karą ograniczenia wolności lub grzywny, lecz za recydywę miało grozić do 3 lat więzienia). To prawda, że „O.Rz.” wycofała się z lansowania tego absurdalnie szerokiego przepisu i wymazała ze swych stron wszelkie informacje wskazujące na to, że zaprezentowała ona swego czasu taki projekt. Lecz praktycznie oczywiste jest, że pomysłu o którym tu jest mowa i w oparciu o który, jak zauważył swego czasu Jacek Sierpiński można byłoby karać za po prostu informowanie o wszelkich negatywnych zjawiskach, które ktoś może przecież przypisać jakieś np. grupie narodowościowej i z tego powodu szerzyć nienawiść bądź pogardę wobec takiej grupy (zob. https://sierp.libertarianizm.pl/?p=728) nie byłoby bez istniejących już wcześniej zakazów „mowy nienawiści” i zapewne też bez propozycji rozszerzenia, aczkolwiek nie tak skrajnie daleko idącego, takich zakazów.

Możliwość zadziałania w przypadku zakazów „hate speech” mechanizmu równi pochyłej jest więc, jak sądzę, realna. Lecz niezależnie od tego, na ile groźba postawienia wolności słowa w rezultacie wprowadzenia zakazów „mowy nienawiści” na „równi pochyłej” jest rzeczywista to oczywiste jest to, że zakazy, o których jest tu mowa mają charakter arbitralny i dyskryminacyjny. Ludzie nienawidzący i odnoszący się z pogardą do takich grup społecznych, jak grupy narodowe, etniczne, rasowe, wyznaniowe oraz osoby nie wyznające żadnej religii są z powodu publicznego wyrażania swoich poglądów narażone na znacznie surowsze sankcje i dotyczą ich szerzej sformułowane zakazy wypowiedzi, niż tych, którzy w podobny sposób nastawieni są wobec wszelkich innych grup. (11) Z powodzeniem można twierdzić, że coś takiego stanowi zakazaną przez art. 32 ust. 2 konstytucji dyskryminację z powodu przekonań (w przepisie tym jest mowa o tym, że „Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny” - owa „jakakolwiek przyczyna” na zdrowy rozum musi obejmować coś takiego, jak przekonania).

Najważniejszym chyba jednak pytaniem na temat zakazów „mowy nienawiści” jest pytanie o to, czy zakazy te prowadzą do osiągnięcia takiego celu, jak zapobieganie „przestępstwom z nienawiści” - takim, jak fizyczne napaści, czy też przypadki niszczenia mienia i zastraszania - dokonywanym na szkodę członków tych grup, które bywają obiektami hejtspiczu. Próbując odpowiedzieć na to pytanie warto jest zauważyć, że o ile w krajach europejskich, czy też np. w Kanadzie obowiązują przepisy tego mniej więcej rodzaju, co artykuły 256 i 257 polskiego kodeksu karnego, to w USA takich zakazów nie ma. Karalne jest tam, owszem, bezpośrednio niebezpieczne podżeganie do natychmiastowej przemocy, zastraszanie innych ludzi poprzez grożenie użyciem wobec nich przemocy, mogące bezpośrednio prowokować przemoc werbalne napaści twarzą w twarz (fighting words), uporczywe dręczenie - także w sposób czysto werbalny - innych osób czy wreszcie zniesławianie innych osób - choć to ostatnie jest domeną raczej prawa cywilnego, niż karnego (jeśli chodzi o tzw. zniesławiania grupowe, to sądy amerykańskie stoją na stanowisku, że w sensie prawnym nie może zostać zniesławiona grupa liczniejsza, niż 25 osobowa - nie można więc odpowiadać za zniesławienie np. wszystkich czarnych, wszystkich białych, wszystkich Polaków, wszystkich Żydów, czy wszystkich Indian). Lecz nie jest w USA karalne np. znieważenie jakiejś grupy ludności bądź nawoływanie do nienawiści przeciwko takiej grupie; nie jest karalne nawet, jak już tu wspomniałem, nawoływanie do użycia przemocy; chyba, że chodzi o nawoływanie do natychmiastowego użycia przemocy, które w konkretnej sytuacji jest bezpośrednio niebezpieczne. Jeśli zakazy „mowy nienawiści” - obowiązujące w europejskich krajach od dziesiątków lat - miałyby zapobiegać rasistowskim, antysemickim, ksenofobicznym, czy homofobicznym przestępstwom, to przestępstw takich w krajach, które zabraniają „mowy nienawiści” powinno być mniej, niż w kraju, w którym taka „mowa” nie jest karalna. Jak jest jednak w rzeczywistości? Jeśli o to chodzi, to jakiś czas temu na podstawie dostępnych w Internecie danych, w tym przede wszystkim strony OBWE o przestępstwach z nienawiści https://hatecrime.osce.org/hate-crime-data obliczyłem, ile przestępstw z nienawiści - takich, jak fizyczne napaści na ludzi, a także przypadki ataków na mienie oraz zastraszania przypadało na milion osób w takich krajach, jak Austria, Finlandia, Francja, Holandia, Kanada, Niemcy, Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania - które karzą za „hate speech” i w Stanach Zjednoczonych, gdzie „mowa nienawiści” nie jest prawnie zakazana w 2020 r. (w jednym przypadku w 2021 r.). Wyliczenie to, które zamieściłem w opublikowanym jakiś czas temu tekście (zob. https://www.salon24.pl/u/kozlowski/1219745,zakazy-mowy-nienawisci-i-propagowania-totalitaryzmu-nic-pozytywnego-nie-daja) wygląda następująco:

Fizyczne ataki na ludzi: Austria (2021 r. – dopiero wówczas Austria zaczęła publikować porządne dane o przestępstwach z nienawiści - w USA dane takie publikowane są od 1996 r.) – 88,32, Finlandia - 60,51, Francja – 11,07, Holandia – 40,08, Kanada – 13,52, Niemcy – 13,29, Norwegia – 25,20, Szwecja 29,17, Wielka Brytania (Anglia i Walia) – 713, USA – 10,76

Ataki na własność: Austria (2021 – uwaga j.w) - 140,24, Finlandia – 20,43, Francja 3,02, Holandia – 22,48, Kanada – 30,91, Niemcy – 13,61, Norwegia – 5,743, Szwecja – 18,07, Wielka Brytania – 93,83, USA – 8,94

Groźby i grożące zachowania: Austria (2021) – 74,14, Finlandia – 35,62, Francja – 27,33, Holandia – 47,74, Kanada – 13,31, Niemcy – 6,73, Norwegia – zakłócenia spokoju – 21,38, Szwecja – 48,99, USA – 11,96. (12)

Zrobiłem też podobne zestawienie na temat przestępstw o charakterze antysemickim we wspomnianych krajach, do których dorzuciłem Szwajcarię, która w swym kodeksie karnym ma zapisany bardzo szeroki zakaz „mowy nienawiści” (art. 261 bis - niestety dane na temat liczby przestępstw z nienawiści w Szwajcarii jako takie są bardzo ogólnikowe). Zestawienie to - dotyczące liczb poszczególnych rodzajów przestępstw z nienawiści na statystyczne 100 tys. mieszkających w danym kraju Żydów oraz na statystyczny milion ludności każdego z tych krajów wygląda następująco:

Fizyczne ataki na osoby: Austria (w świetle danych nieoficjalnych – porządne oficjalne dane na temat liczb przestępstw z nienawiści w Austrii dotyczą dopiero w 2021 r.) – 150 na 100 tys. Żydów i 1,68 na milion wszelkich mieszkańców, Finlandia – 76,92 na 100 tys. Żydów i 0,18 na milion wszelkich mieszkańców, Francja – 11,83 na 100 tys. Żydów i 0,78 na milion wszelkich mieszkańców, Holandia – 137,58 na 100 tys. Żydów i 2,34 na milion wszelkich mieszkańców, Kanada – 2,29 na 100 tys. Żydów i 0,24 na milion wszelkich mieszkańców, Niemcy – 43,22 (w świetle danych nieoficjalnych – 107,63) na 100 tys. Żydów i 0,61 (w świetle danych nieoficjalnych – 1,53) na milion wszelkich mieszkańców, Norwegia (2019) – 307,69 na 100 tys. Żydów i 0,74 na milion wszelkich mieszkańców, Szwajcaria – 16,22 na 100 tys. Żydów i 0,35 na milion wszelkich mieszkańców, Szwecja – 20 na 100 tys. Żydów i 0,29 na milion wszelkich mieszkańców, Wielka Brytania (w świetle raportu żydowskiej organizacji Community Security Trust) – 34,25 na 100 tys. Żydów i 1,49 na milion wszelkich mieszkańców, USA – 1,65 (w świetle danych nieoficjalnych – 2,93) na 100 tys. Żydów i 0,29 (w świetle danych nieoficjalnych – 0,51) na milion wszelkich mieszkańców.

Ataki na własność: Austria – 550 na 100 tys. Żydów i 6,28 na milion wszelkich mieszkańców, Finlandia – 538,46 na 100 tys. Żydów i 1,27 na milion wszelkich mieszkańców, Francja – 33,48 na 100 tys. Żydów i 2,22 na milion wszelkich mieszkańców, Holandia – 87,28 na 100 tys. Żydów i 1,48 na milion wszelkich mieszkańców, Kanada – 66,41 na 100 tys. Żydów i 6,86 na milion wszelkich mieszkańców, Niemcy – 190,68 (w świetle danych nieoficjalnych – 334,75) na 100 tys. Żydów i 2,28 (w świetle danych nieoficjalnych – 4,75) na milion wszelkich mieszkańców, Norwegia (2019) – 153,85 na 100 tys. Żydów i 0,37 na milion wszelkich mieszkańców, Szwajcaria – 48,65 na 100 tys. Żydów i 2,08 na milion wszelkich mieszkańców, Szwecja – 126,67 na 100 tys. Żydów i 1,84 na milion wszelkich mieszkańców, Wielka Brytania – 24,66 na 100 tys. Żydów i 1,07 na milion wszelkich mieszkańców, USA – 8,49 na 100 tys. Żydów i 1,47 na milion wszelkich mieszkańców.

Groźby i grożące zachowania: Austria – 240 na 100 tys. Żydów i 2,69 na milion wszelkich mieszkańców, Francja – 33,26 na 100 tys. Żydów i 2,21 na milion wszelkich mieszkańców, Holandia – 211,41 na 100 tys. Żydów i 3,59 na milion wszelkich mieszkańców, Kanada – 8,40 na 100 tys. Żydów i 0,87 na milion wszelkich mieszkańców, Niemcy – 38,14 (w świetle danych nieoficjalnych – 102,54) na na 100 tys. Żydów i 0,54 (w świetle danych nieoficjalnych – 1,46) na milion wszelkich mieszkańców, Norwegia (2019) - 76,92 na 100 tys. Żydów i 1,19 na milion wszelkich mieszkańców, Szwajcaria – 10,81 na 100 tys. Żydów i 0,23 na milion wszelkich mieszkańców, Szwecja – 166,66 na 100 tys. Żydów 2,42 na milion wszelkich mieszkańców, Wielka Brytania – 21,1 na 100 tys. Żydów i 1,27 na milion wszelkich mieszkańców, USA – 3,66 na 100 tys. Żydów i 0,63 na milion wszelkich mieszkańców.

To, trzeba wyraźnie powiedzieć, są oficjalne dane policyjne, z pewnością nie odpowiadające rzeczywistym liczbom przestępstw z nienawiści – oczywiste jest, że znaczna część takich przestępstw, zwłaszcza tych mniej groźnych, tego np. rodzaju, co drobne naruszenia nietykalności cielesnej, nie jest zgłaszana policji. Lecz – przyznając, że wskazane powyzej liczby „hate crimes” we wspomnianych powyżej krajach nie są rzeczywistymi liczbami takich przestępstw przypuszczać można, że liczby te pozostają mimo wszystko w jakichś proporcjach wobec faktycznych (sorry, ale znanych wyłącznie przez Boga) liczb wspomnianego rodzaju czynów. I jak widać na podstawie przytoczonych powyżej danych, Stany Zjednoczone, które – w przeciwieństwie do wszystkich wspomnianych wcześniej krajów - nie zabraniają „mowy nienawiści” nie tylko, że nie biją rekordów, jeśli chodzi o liczby przestępstw z nienawiści tego typu, co pobicia, przypadki zastraszania konkretnych osób czy zniszczenia czyjegoś mienia z powodu przynależności narodowej, rasowej, wyznaniowej, czy (np.) orientacji seksualnej pokrzywdzonych takimi przestępstwami osób, ale spośród wspomnianych tu krajów są krajem z generalnie rzecz biorąc najmniejszą liczbą takich przestępstw.

Nie da się więc w poważny sposób twierdzić, że przy użyciu zakazów „mowy nienawiści” można zapobiegać „przestępstwom z nienawiści”. (13) Czy można twierdzić, że za pomocą takich zakazów można przeciwdziałać innym rodzajom krzywd, do jakich w sposób choćby hipotetyczny mogą prowadzić rasistowskie, ksenofobiczne, antysemickie czy (np.) homofobiczne wypowiedzi – takim, jak krzywda emocjonalna, jaką wypowiedzi takie w wyobrażalny sposób mogą wywoływać u co najmniej niektórych członków grup, do których się one odnoszą?

Odnośnie tego pytania występuje podobny problem, jak odnośnie pytania o to, czy „mowa nienawiści” powinna być zakazana z tego powodu, że może się ona przyczyniać do motywowanych takimi czy innymi rodzajami międzyludzkiej nienawiści przestępstw. Trudno byłoby twierdzić, że wpływ „mowy nienawiści” nie może być przynajmniej jednym z czynników prowadzących do tego, że ktoś popełni takie bądź inne przestępstwo. Ale do rozmaitych szkodliwych i przestępczych zachowań w sposób podobny do tego, jak do niektórych przynajmniej z takich zachowań w sposób wyobrażalny może przyczyniać się „mowa nienawiści” mogą przyczyniać się np. wypowiedzi, których nie uznaje się za taką „mowę” w tym w wielkiej mierze takie, których praktycznie nikt nie proponuje zakazać. Podobnie jest z problemem wyrządzania przez „hate speech” krzywdy emocjonalnej. Przyjmijmy, że kontakt z „mową nienawiści” do którego w oczywisty sposób może prowadzić obecność takiej mowy w przestrzeni publicznej (a więc choćby w Internecie) może u niektórych osób prowadzić do takich emocji, jak psychiczny ból i szok wywołany wyzwiskami odnoszącymi się do takich czy innych grup narodowościowych, etnicznych, rasowych, religijnych, etc. Czy „mowa nienawiści” powinna być zakazana z tego powodu, że wywołuje ona czasem takie wysoce negatywne stany psychiczne? Część zwolenników zakazów „mowy nienawiści” uważa, że tak. Lecz destrukcyjne emocje mogą u niektórych osób wywoływać wypowiedzi z pewnością niebędące „mową nienawiści”. I tak np. jakiś czas temu czytałem o tym, że istnieją obecnie ludzie – i wcale nie są to tylko jakieś pojedyncze, odosobnione jednostki – którzy czują się dosłownie chorzy ze strachu przed globalnym ociepleniem. Destrukcyjne stany psychiczne tych osób, takie jak poczuje lęku czy nawet depresja w oczywisty sposób wywoływane są (jeśli nie wyłącznie, to w głównej mierze, a także w sposób co najmniej częściowo konieczny) przez obecne w mediach treści mówiące o potencjalnie możliwych skutkach globalnego ocieplenia. Straszenie opinii publicznej globalnym ociepleniem nie jest jednak prawnie zakazane. Powinno być? Moim zdaniem oczywiście nie – za zakazem wyrażania opinii o potencjalnie katastrofalnych skutkach globalnego z praktyczną pewnością nie byłaby też znakomita większość zwolenników zakazów „mowy nienawiści”. Lecz gdyby argumentację, w oparciu o którą można uzasadniać zakazy „hate speech” zastosować w sposób konsekwentny, to zakaz publikowania treści mówiących o możliwych skutkach globalnego ocieplenia dałby się uzasadnić równie dobrze, jak zakaz „mowy nienawiści” (oczywiście, w oparciu o wspomnianego rodzaju argumentację równie dobrze można byłoby uzasadnić zakaz głoszenia poglądów, że globalne ocieplenie to ściema, bo przekonanie do takich poglądów może w przypadku niektórych wyznawców takich opinii stać się podłożem napaści na rzeczników walki z globalnym ociepleniem). Do przypisywanych „mowie nienawiści” skutków psychicznych w postaci wywoływania u niektórych ludzi np. poczucia braku osobistej wartości równie dobrze, jak „hate speech” mogą prowadzić wypowiedzi, w wyniku których ktoś zmuszony jest nabrać wątpliwości wobec swych wcześniejszych, szczerze głęboko przez niego wyznawanych przekonań. Efekty podważania przekonań, w które ludzie głęboko wierzą, bywają dla niektórych niszczące. I tak np. istnieją przypuszczenia, że powodem samobójstwa amerykańskiego genetyka populacyjnego i teoretyka w dziedzinie ewolucji George’a R. Price’a (1922 – 1975) był szok wywołany przez niego w wyniku lektury naukowego artykułu, który wykazywał, że wyznawane przez niego przekonanie o naturalnym altruizmie większości ludzi jest błędne. Osobiście w czasach licealnych zetknąłem się z opowiastką o dziewczynie z istniejącego jeszcze wówczas ZSRR, która popłakała się po tym, jak ktoś powiedział jej trochę prawdy o Leninie (tzn. jaki to był zbrodniarz). Wypowiedzi, o których była powyżej mowa niewątpliwie wywołały u pewnych osób psychiczną krzywdę. Ale czy ktoś uważa, że takie wypowiedzi, jak te o których była powyżej mowa powinny być zakazane z tego powodu, że mogą one czasem prowadzić do spowodowania u kogoś takiej krzywdy? Nie wiem (w każdym razie na 100%) ale znów przypuszczam, że za zakazem takich wypowiedzi nie byłaby zdecydowana większość zwolenników represji za „hate speech”.

Możliwość, że wypowiedzi znieważające takie czy inne grupy narodowe, etniczne, rasowe, wyznaniowe bądź jeszcze inne, czy też „nawołujące do nienawiści” wobec takich grup mogą prowadzić do wyrządzania niektórym członkom takich grup (a także – co wyobrażalne – innym osobom, zaszokowanym takimi wypowiedziami) jakiejś krzywdy emocjonalnej i psychicznej nie jest więc powodem dostatecznie usprawiedliwiającym istnienie w kodeksie karnym takich przepisów, jak art. 256 i 257. To nie znaczy jeszcze tego, że krzywda psychiczna, jaką u niektórych osób wywołują pewne rodzaje tego, co można uznać za „mowę nienawiści” nie może być powodem do prawnego tępienia pewnych, jakby nie było, zachowań werbalnych. Kilkanaście lat temu głośny był w Warszawie przypadek rodziny ustawicznie obrzucanej przez niektórych swoich sąsiadów obelgami i zastraszanej z powodu swego żydowskiego i gruzińskiego pochodzenia. Takie zachowania, jak te, które swego czasu miały miejsce na warszawskich Kabatach w oczywisty sposób nie powinny być tolerowane prawnie. Jest jednak olbrzymia różnica między „mową nienawiści” – nawet taką, którą w sposób całkiem uczciwy da się zakwalifikować jako przestępstwo „publicznego nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość” bądź „publicznego znieważenia grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, albo z powodu jej bezwyznaniowości”, a takimi zachowaniami. Publicznie szerzona – np. w Internecie, w jakichś ulotkach, gazetach, czasopismach, książkach, itd. „mowa nienawiści” jest czymś, z czym nikt wbrew własnej woli nie musi się stykać – a jeśli się nawet zetknie – wyobraźmy tu sobie np. Żyda przypadkiem natykającego się na antysemicki napis na murze – może kontakt z nieprzyjemną dla niego ekspresją w każdej chwili przerwać. Osoby na Kabatach prześladowane z powodu swego pochodzenia nie mogły jednak w podobny sposób przerwać kontaktu z kierowanymi do nich groźbami i obelgami. Były one – jak się to określa w znanej amerykańskiej doktrynie prawnej – przymusowymi słuchaczami, w oczywisty też sposób naruszana była ich prywatność. Nie mam absolutnie nic (i chyba nikt nie ma) przeciwko zdecydowanemu tępieniu takich zachowań. Prawnym narzędziem tępienia takich zachowań nie mogą być jednak takie przepisy, jak wspomniane tu art. 256 i 257 k.k. które zabraniają pewnych publicznych wypowiedzi – a w przypadku, którym była tu mowa chodziło przecież o wypowiedzi niepubliczne (choć mogące stanowić np. znieważenie z powodu przynależności narodowej). Warto przy okazji dodać, że polskie prawo wobec takich, jak wspomniane powyżej zachowań nie jest po prostu bezradne. Istnieją w nim takie przepisy, jak art. 190 par. 1 k.k. zgodnie z którym „Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub na szkodę osoby dla niej najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w osobie, do której została skierowana lub której dotyczy, uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”, art. 190a par. 1 w myśl którego „Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby dla niej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia, poniżenia lub udręczenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8” i art. 191 par. 1, który przewiduje karę do 3 lat więzienia dla kogoś, kto „stosując przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną, zmusza ją lub inną osobę do określonego działania, zaniechania lub znoszenia”. Takie natomiast przypisy, jak artykuły 256 i 257 k.k. nie tylko, że nie są potrzebne, ale nawet nie są przydatne do zwalczania wspomnianych tu wcześniej zachowań. Nie są też one – jak była tu wcześniej mowa – przydatne do faktycznego zwalczania takich zjawisk społecznych, jak rasizm, antysemityzm i ksenofobia i zapobiegania zdarzającym się czasem skutkom takich zjawisk – takim, np. jak „przestępstwa z nienawiści”. Przepisy te powinny zatem – podobnie, jak inne ograniczenia wolności słowa (dotyczące np. publicznego znieważania Narodu Polskiego lub Rzeczypospolitej Polskiej, Prezydenta RP, symboli państwowych, konstytucyjnych organów państwa, „przedmiotów czci religijnej”, czy też np. produkowania, posiadania w celu rozpowszechnienia, rozpowszechniania i prezentowania takich rodzajów pornografii, jak pornografia w sposób fikcyjny prezentująca przemoc lub tzw. wirtualna pornografia dziecięca, a także publicznego propagowania nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa bądź nazistowskiej, komunistycznej lub faszystowskiej ideologii oraz ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne, a także publicznego nawoływania przestępstwa – o ile w konkretnym jego przypadku nawoływanie to nie jest bezpośrednio groźne – i pochwalania popełeniania przestępstwa, czy też publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim, bądź „kłamstwa oświęcimskiego” – zniknąć z polskiego prawa. (14)


Przypisy:

1. Jest rzeczą absolutnie oczywistą, że Hamas jest organizacją zbrodniczą. Zbrodnia, której niedawno dokonali terroryści Hamasu jest, można twierdzić, zbrodnią podwójną. Pierwszą z nich było zamordowanie z całkowitą premedytację ok. 12 1400 mieszkańców Izraela, przeważnie nie zagrażających bezpośrednio członkom tej organizacji cywilów. Drugą było to, że najeżdżając na Izrael uczestnicy tej akcji (i osoby, które ją zaplanowały i zorganizowały) z całkowitą pewnością zdawali sobie sprawę z tego, że akcja ta wywoła odwet ze strony Izraela, w wyniku którego zginą mieszkańcy Strefy Gazy. Hamas jest więc winien nie tylko śmierci mieszkańców Izraela, lecz także (choć zgoda, że w sposób pośredni, lecz jednak całkowicie przewidywalny) śmierci jeszcze większej liczby mieszkańców Strefy Gazy.

2. Na stronie „Gazety Wyborczej” możne przeczytać, że „W internecie można obejrzeć rozmowę dziennikarza (białoruskiego) portalu Nexta ze studentką. Norweżka przekonuje, że nie chodzi jej o „utrzymanie świata w czystości od Żydów”. Mówiła, że to hasło to krytyka izraelskiego rządu, a ona nie popiera tego, co izraelskie władze robią z Palestyńczykami. Dodała, że nie wspiera mordowania cywilów, ale popiera prawo Hamasu - organizacji odpowiadającej za zamachy w Izraelu 7 października, a uznanej za terrorystyczną przez UE i USA - oraz Palestyńczyków do samostanowienia. Mówiła również, że nie popiera powstania państwa Izrael „w takiej formie, w jakiej miało to miejsce”, że uznaje „prawo (Izraelczyków) do egzystencji, ale nie na palestyńskiej ziemi, którą okupują”. Można na podstawie tego, co zostało napisane w „Wyborczej” powiedzieć, że zachowanie Norweżki – oraz intencja stojąca za tym zachowaniem – nie miały charakteru antysemickiego? Jeśli o to chodzi, to potępianie akcji Izraela wobec Strefy Gazy, niezależnie od tego, na ile jest ono uzasadnione, nie jest przejawem antysemityzmu, tj. wrogości wobec Żydów jako takich. Lecz norweska studentka, stwierdzając, że „uznaje ‘prawo (Izraelczyków) do egzystencji” dodała do tego „ale nie na palestyńskiej ziemi, którą okupują”. Lecz jeśli nie tam (czyli w państwie Izrael) to gdzie? Rozumiem, że Norweżka nie ma nic przeciwko egzystencji Żydów jako takich w ogóle. Jeśli jednak uważa ona, że Żydzi nie mają prawa żyć w swym od dawna obecnie istniejącym państwie (bo okupują ziemię, która należy, czy też powinna należeć do Palestyńczyków) to w sposób co najwyżej minimalnie tylko zawoalowany wspiera działania zmierzające do zniszczenia państwa Izrael i co najmniej wygnania z jego terenu Żydów. Z powodzeniem można więc twierdzić, że przekonania Norweżki w kwestii izraelsko – palestyńskiego konfliktu mają charakter zdecydowanie antysemicki i potencjalnie wręcz ludobójczy. Oczywiście, co do – czysto oczywiście potencjalnej – ludobójczości twierdzeń Norweżki, których wygłaszanie – przynajmniej w przytoczonej powyżej formie – nie wydaje mi się przestępstwem ani nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, itd., ani znieważenia grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etc., ani też nawoływania do dokonania ludobójstwa czy stosowania przemocy wobec Żydów (wypowiedź Norweżki dla portalu Nexta nie zawierała wezwania do dokonania tego rodzaju czynów) jako ewentualnej przesłanki ich karalności chciałbym zauważyć, że można wskazać na innego rodzaju opinie, które są potencjalnie jeszcze bardziej ludobójcze, a których publiczne głoszenie nie jest przecież prawnie zakazane. Np. pogląd tego rodzaju, że „Ziemia ma raka, a tym rakiem jest człowiek” jest potencjalnie nie tylko genocydalny (ludobójczy), ale wręcz omnicydalny – implikujący potrzebę fizycznej likwidacji (bądź przynajmniej bardzo znaczącej redukcji) ludzkości. Słyszał ktoś jednak o propozycji zakazania propagowania takiego poglądu?

3. Odnośnie wypowiedzi Andrzeja Dudy mam większą wątpliwość, gdyż wypowiedź ta nie wzywa wprost do represjonowania za „mowę nienawiści”. Wypowiedź tę można zinterpretować jako wezwanie do społecznej nietolerancji wobec takiej „mowy” która nie jest w konieczny sposób równoznaczna z nietolerancją prawną. Jednak w sposób co najmniej równie dobry wypowiedź prezydenta Dudy można zinterpretować jako zachęcanie do represji za takie wypowiedzi, jak wypowiedź norweskiej studentki. I przy okazji, nie są mi znane fakty wskazujące na to, by Duda był jakimś szczególnym obrońcą wolności słowa.

4. Za skutek taki nie można oczywiście uznać oburzenia wywołanego przez treść zamieszczoną na niesionym przez Norweżką transparencie.

5. Gdyby nawet takie właśnie przypadki się czasem zdarzały (a nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że na pewno nigdy nie miały one miejsca) to nie byłyby one jeszcze powodem do twierdzenia, że „mowa nienawiści” powinna być zakazana z tego powodu, że stwarza ona bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo powodowania przestępstw z nienawiści. Niejaki Heinrich Pommerenke, który pod wpływem obejrzenia sceny tańca żydowskich kobiet wokół Złotego Cielca w filmie „Dziesięcioro Przykazań” (USA, 1956) doznał „olśnienia” i pojął nagle, że kobiety są przyczyną wszelkiego zła na świecie, a jego misją powierzoną mu przez Boga jest ich karanie i mordowanie i w następstwie tego zabił 4 kobiety, 12 usiłował zamordować i 12 zgwałcił swojego pierwszego przestępstwa dokonał niedługo po wyjściu w kina w położonym nieopodal niego parku. Można więc powiedzieć, że obejrzenie przez niego wspomianej sceny w sposób całkiem bezpośredni (z powodzeniem można argumentować, że spełniający w sensie czasowym kryterium „imminent lawless action” o którym jest mowa w wyroku Sądu Najwyższego USA w sprawie Brandenburg v. Ohio z 1969 r.) prowadziło do popełnienia zbrodni. Czy ktokolwiek jednak twierdzi, że ze wspomnianego powyżej powodu film „Dziesięcioro Przykazań” powinien zostać zakazany jako powodujący bezpośrednie niebezpieczeństwo przemocy? Jak pisała kiedyś była przewodnicząca Amerykańskiej Unii Wolności Obywatelskich (ACLU) prof. Nadine Strossen „Gdybyśmy chcieli zakazać wszystkich słów lub obrazów, które kiedykolwiek oskarżano o inspirowanie bądź bezpośrednie przyczynienie się do przestępstwa popełnionego przez odszczepieńców i jednostki aspołeczne, nie mielibyśmy wiele do czytania i oglądania. W całej historii i na całym świecie przestępcy często składali winę za swoje postępowanie na zaskakująco wiele słów i obrazów napotkanych przez nich w książkach, filmach i telewizji”. Gdyby sam fakt, że jakieś treści dały komuś asumpt do popełnienia przestępstwa był dostatecznym powodem do ich zakazu to według Nadine Strossen „w wielkim niebezpieczeństwie znalazłaby się Biblia”. Byłoby tak dlatego, że „chyba żadnego innego tekstu sprawcy najohydniejszych przestępstw nie wskazywali częściej, mówiąc o czynnikach, które popchnęły ich do zbrodni. Właśnie słowa Biblii przywoływano jako źródło albo uzasadnienie wielu pojedynczych i zbiorowych przestępstw – od wojen religijnych, inkwizycji, palenia czarownic i pogromów z minionych epok po współczesne nam wykorzystywanie seksualne dzieci i rytualne mordy”.

6. W kontekście poruszonego tu zagadnienia chciałbym też zwrócić uwagę na opublikowany w ostatniej „Polityce” (44/2023) artykuł Jacka Kubitsky’ego „Szwed jeździ metrem” w którym opisane zostały problemy Szwecji związne z imigrantami, głównie z krajów Bliskiego Wschodu. Jak można przeczytać w tym tekście „coraz więcej Szwedów zdaje sobie sprawę, że to, co dzieje się z ich krajem jest czymś innym, niż zwykłą imigracją. Przybysze szybko zawłaszczają przestrzeń publiczną, podczas gdy tubylcy lękliwie schodzą im z drogi. Schludne skwery i zadbane parki, które dotychczas uchodziły za najbardziej bezpieczne w Europie, budzą dziś zupełnie przeciwne odczucia. W dzielnicach, które imigranci traktują jako własne terytoria, osoba biała ma wszelkie powody do niepokoju, nawet w dzień. Na obrzeżach aglomeracji miejskich są strefy, w których patrol policyjny musi mieć dodatkowe wsparcie, aby funkcjonariusze czuli się w pełni bezpiecznie. Do najbardziej negatywnych skutków imigracji pozaeuropejskiej należy lawinowy wzrost przestępczości. Łamanie prawa przejawia się praktycznie w każdej dziedzinie: od zwykłych kradzieży, napadów rabunkowych, pobić, gwałtów na kobietach i mężczyznach (novum w szwedzkiej kryminalistyce), handlu narkotykami i wojen narkotykowych, poprzez handel ludźmi, prostytucję, fałszowanie dokumentów, oszustwa podatkowe, czerpanie zysku z symulacji kalectwa (nieznane wcześniej w Szwecji), wymuszanie haraczu, a skończywszy na praniu brudnych pieniędzy i terroryzmie. Dziesięć lat temu nikt nie słyszał w Szwecji np. o rabunkach z poniżeniem (förnedringsrån), które są specjalnością nastolatków z Bliskiego Wschodu i Afganistanu. Polega ono na tym, że bandyci po obrabowaniu np. oddają mocz na twarz albo głowę ofiary, rozkazują jej tańczyć, całować buty napastników, jednocześnie nagrywając tę sceną telefonem komórkowym. Od kilku lat szerzą się również, nieznane wcześniej w Szwecji, zamachy bombowe z użyciem dynamitu. W 2019 r. było ich 139, a w pierwszej połowie tego roku odnotowano już 110 takich przypadków. Szwecja zajmuje dziś pierwsze miejsce w europejskim rankingu zamachów bombowych. Jednocześnie na ulicach wielu miast, tak jak w ostatnich dniach, coraz częściej dochodzi do użycia broni palnej, wymian ognia między rywalizującymi gangami imigrantów. Policja podała, że w Sztokholmie takich incydentów jest 30 razy więcej, niż w Londynie, którego populacja jest równa całej Szwecji”.

Odnośnie przytoczonego powyżej tekstu chciałbym postawić pytanie, czy tekst ten można byłoby uznać za jakieś przestępstwo – takie np. publiczne znieważenie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości bądź publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość? Moim zdaniem (czy ktoś się z nim nie zgodzi?) nie. Tekst ten wskazuje na wysoce szkodliwe i dotkliwe społecznie zachowania co najmniej jakiejś części imigrantów z Bliskiego Wschodu czy Północnej Afryki (z nie przytoczonego wcześniej fragmentu artykułu Jacka Kubitsky’ego wynika, że chodzi o osoby wywodzące się z Afganistanu, Somalii, Syrii, Iraku i niektórych krajów afrykańskich), lecz nie zawiera on jednak obraźliwych określeń na temat czy to konkretnych grup narodowościowych, rasowych bądź etnicznych, czy też w ogóle na temat imigrantów wywodzących się z pewnych części świata i oczywiście nie pomawia on też wszelkich członków wspomnianych grup o określone w nim zachowania. Nie ma w nim – trudno zresztą wyobrażalnych w tekście opublikowanym w poważnym tygodniku – zwrotów typu „wszyscy (wstaw nazwę jakieś grupy narodowościowej, itp.) to złodzieje i bandyci”. Tekstu tego nie można byłoby więc uznać za „publiczne znieważenie grupy ludności” z powodu jej przynależności np. narodowej. Czy można byłoby go uznać za inne znane polskiemu prawu przestępstwo „mowy nienawiści” jakim jest publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na bezwyznaniowość? Też, na mój rozum, nie. Przed wszystkim, praktycznie nie sposób byłoby autorowi wspomnianego tekstu przypisać zamiar nawoływania do któregoś ze wspomnianych rodzajów międzyludzkiej nienawiści, który to zamiar według orzecznictwa polskich sądów jest warunkiem odpowiedzialności za wspomniane przestępstwo. Można być praktycznie pewnym, że Jackowi Kubitsky’emu nie chodziło o nakłanianie do nienawiści wobec kogokolwiek, lecz o zwrócenie uwagi czytelników na pewne, ważne jakby nie było, zjawiska społeczne. Warto też, przy okazji, zwrócić uwagę na szwedzki przepis przeciwko „mowie nienawiści” jakim jest par. 8 części 16 kodeksu karnego (zob. https://www.government.se/contentassets/7a2dcae0787e465e9a2431554b5eab03/the-swedish-criminal-code.pdf). Zgodnie z tym przepisem „Osoba, która w oświadczeniu lub innym rozpowszechnianym komunikacie grozi jakąś grupą ludności lub wyraża pogardę dla danej grupy ludności poprzez nawiązanie do rasy, koloru skóry, pochodzenia narodowego lub etnicznego, przekonań religijnych, orientacji seksualnej lub tożsamości lub ekspresji transpłciowej, jest winna agitacji przeciwko grupę ludności i zostanie za nią skazana na pozbawienie wolności na okres maksymalnie dwóch lat lub, jeżeli przestępstwo jest drobne, na grzywnę. Jeżeli przestępstwo jest rażące, osoba jest winna rażącej agitacji przeciwko określonej grupie ludności i zostanie skazana na karę pozbawienia wolności na okres co najmniej sześciu miesięcy i maksymalnie czterech lat. Przy ocenie, czy przestępstwo jest rażące, szczególną uwagę zwraca się na to, czy przekaz zawierał szczególnie grożące lub obraźliwe treści i czy został rozpowszechniony wśród dużej liczby osób w sposób mogący przyciągnąć znaczną uwagę”. Czy przytoczony tu wcześniej tekst mógłby zostać uznany za przestępstwo określone w szwedzkim przepisie przeciwko „hate speech”? Na zdrowy rozum nie – z tego powodu, że tekst ten nie wyrażał pogardy wobec jakiejkolwiek grupy ludności i oczywiście też w żaden sposób nie groził jakiejś grupie.

Mówiąc więc krótko, wspomnianego tekstu nie dałoby się uznać za przestępstwo „mowy nienawiści” – zarówno w myśl prawa obowiązującego w Polsce, jak i obowiązującego w Szwecji. Lecz mimo, że wspomniany tu tekst „mowy nienawiści” w sensie prawnym nie stanowi, jest dla mnie rzeczą praktycznie oczywistą, że lektura takiego rodzaju, jak wspomniany tu tekstów może u niektórych osób pobudzać uczucia nienawiści (a co dopiero niechęci czy uprzedzeń) wobec członków pewnych grup narodowościowych, etnicznych, czy religijnych (np. muzułmanów), nawet jeśli konkretny tekst nie odnosi się bezpośrednio do członków takich grup w Polsce. Co więcej, tego rodzaju tekst, jak przytoczona tu częściowo publikacja Jacka Kubitsky’ego może pobudzać nienawiść, czy też pogardę wobec członków pewnych grup w sposób bardziej efektywny, niż wypowiedzi, które można byłoby uznać za nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, etc. czy też za znieważenie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności np. narodowej, etnicznej, rasowej lub wyznaniowej. Dlaczego tak jest? Otóż, przede wszystkim dlatego, że jest to tekst poważny i wysoce wiarygodny. Jest, na mój rozum, zasadnicza różnica między rzetelnym tekstem dziennikarskim opublikowanym w poważnym czasopiśmie (któremu, jak się orientuję, nigdy nie zarzucano uprawiania „mowy nienawiści”), a jakimiś prymitywnymi obelgami przeciwko jakiejś grupie narodowościowej, etnicznej, rasowej, czy religijnej – bądź np. wezwaniami do wyrzucenia członków tego rodzaju grup z kraju – które bez większego trudu mogłyby zostać uznane za „publiczne znieważenie grupy ludności” z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, itp. bądź za publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, itd. W każdym razie, potencjał wpływu na opinię publiczną jednego i drugiego rodzaju wypowiedzi wydaje się zupełnie różny.

Jednak tekst tego rodzaju, co artykuł Jacka Kubitsky’ego „Szwed jeździ metrem” nie dałby się – przynajmniej bez jakiegoś bardzo jaskrawego nadużycia pojęć tego rodzaju, jak „nawoływanie do nienawiści” „znieważanie” czy też „wyrażanie pogardy” – zakwalifikować jako jakiekolwiek znane czy to polskiemu, czy też szwedzkiemu (lub innemu zachodnioeuropejskiemu) prawu przestępstwo. Lecz mimo wszystko, na mój rozum, teksty tego rodzaju mogą pobudzać uczucia nienawiści wobec członków pewnych grup (w sposób bardziej skuteczny, niż karalna na podstawie art. 256 czy 257 k.k. „mowa nienawiści”) i – być może – w jakiś pośredni sposób przyczyniać się do np. przestępstw z nienawiści skierowanych przeciwko członkom takich grup. Powinno się zmienić prawo tak, by publikowanie tekstów tego rodzaju, co wspomniany tu artykuł Jacka Kubitsky’ego stało się karalne? Moim zdaniem oczywiście nie. Lecz gdyby konsekwentnie zastosować rozumowanie, przy użyciu którego można uzasadniać zakazy „mowy nienawiści” (przynajmniej w takim zakresie, w jakim rozumowanie to opiera się na argumencie, że „mowa nienawiści” powinna być prawnie zabroniona z tego powodu, że może się ona przyczyniać do wywoływania nienawiści i pośrednio przemocy przeciwko członkom grup, do których „mowa” taka się odnosi) to co najmniej zasadne byłoby zadanie pytania, dlaczego tego rodzaju, jak tu wspomniany, teksty nie powinny zostać prawnie zakazane, skoro w jeszcze większym stopniu, niż karalna „mowa nienawiści” mogą się one przyczyniać do szkód, które często łączy się z taką „mową”? Ma ktoś na to dobrą odpowiedź na to pytanie?

7. Zgodnie ze wspomnianym przepisem (zob. https://www.gesetze-im-internet.de/englisch_stgb/englisch_stgb.html#p1368) warunkiem odpowiedzialności karnej za wspomnianego rodzaju wypowiedzi jest to, by wypowiedzi takie były zdolne zakłócić spokój publiczny (zauważmy, że tego rodzaju warunek nie występuje w przypadku przestępstw określonych w art. 256 i 257 k.k. – oraz w przypadku żadnych innych „słownych” przestępstw w polskim prawie). W praktyce jednak wspomniany tu wymóg zdolności „mowy nienawiści” do spowodowania zakłócenia spokoju publicznego ma w prawie niemieckim bardzo niewielkie znaczenie, jeśli chodzi o jakieś ograniczenia możliwości karania za wypowiedzi, których treść stanowi podżeganie do nienawiści wobec jakiejś części niemieckiej populacji lub znieważenie takiej części. W żadnym wypadku nie chodzi tu o „bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo” spowodowania jakichś nie-pokojowych działań w takim sensie, jak jest to rozumiane w USA. Chodzi raczej o czysto potencjalne niebezpieczeństwo, że gdyby pewnego rodzaju poglądy się rozpowszechniły, to takie czy inne zakłócające spokój publiczny działania (np. akty przemocy wobec członków tych grup, przeciwko którym skierowana jest „mowa nienawiści”) mogłyby się stać bardziej prawdopodobne (oczywiście, jak już wspomniałem, takie akty nie są w Niemczech rzadsze, lecz są raczej czętsze, niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie „hate speech” nie stanowi przestępstwa – poniekąd, zetknąłem się z informacją, że czyny, które z powodzeniem można byłoby uznać za „przestępstwa z nienawiści” nader często są w Niemczech traktowane jako zwykłe przestępstwa kryminalne). O tym, jak kryterium zdolności wypowiedzi do zakłócenia spokoju publicznego bywa szeroko interpretowane (czy też po prostu lekceważone) przez niemieckie sądy może świadczyć fakt skazania pewnego historyka za przestępstwo „kłamstwa oświęcimskiego” – w odniesieniu do którego istnieje taki sam, jak w odniesieniu do przestępstwa podżegania do nienawiści, przemocy lub arbitralnych działań przeciwko części niemieckiej populacji bądź naruszenia ludzkiej godności takiej części populacji poprzez jej znieważenie, złośliwe oczernianie lub zniesławienie wymóg zdolności wypowiedzi do spowodowania zakłócenia spokoju publicznego – na 3 miesiące bezwzględnego więzienia za napisanie do innego historyka prywatnego listu, w którym negował on fakt istnienia komór gazowych w nazistowskich obozach koncentracyjnych (tego rodzaju zachowanie nie mogłoby być karalne w Polsce – art. 55 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej przewiduje odpowiedzialność karną za negowanie zbrodni nazistowskich i komunistycznych, popełnionych na Polakach lub obywatelach polskich innej narodowości w okresie od 1 września 1939 r. do 31 lipca 1990 r. – tj. daty rozwiązania Służby Bezpieczeństwa – ale tylko wówczas, gdy chodzi o wypowiedzi publiczne i sprzeczne z faktami). Warto też zauważyć, że o ile z treści art. 130 niemieckiego k.k. (a konkretnie z jego pierwszego oraz trzeciego i czwartego ustępu) wynika, że ktoś, kto „nawołuje do nienawiści wobec grupy narodowościowej, rasowej, religijnej lub grupy określonej ze względu na pochodzenie etniczne, wobec części ludności lub jednostek ze względu na przynależność do jednej z wyżej wymienionych grup lub grup ludności lub wzywa do zastosowania przemocy lub arbitralnych środków przeciwko nim” lub „narusza godność ludzką innych osób poprzez znieważenie, złośliwe oczernienie lub zniesławienie jednej z ww. grup, grup ludności lub jednostek ze względu na przynależność do jednej z ww. grup lub części ludności”, „publicznie lub na zgromadzeniu aprobuje, zaprzecza lub bagatelizuje czyn popełniony pod rządami narodowego socjalizmu, w rodzaju wskazanym w artykule 6 (1) Kodeksu zbrodni przeciwko prawu międzynarodowemu” bądź „publicznie lub na zgromadzeniu zakłóca spokój publiczny w sposób naruszający godność ofiar poprzez aprobatę, gloryfikację lub usprawiedliwianie tyranii i arbitralnych rządów narodowego socjalizmu” może ponieść odpowiedzialność karną pod tym warunkiem, że jego wypowiedź posiada zdolność do zakłócenia spokoju publicznego, to zgodnie ust. 2 tego artykułu wymóg „zdolności zakłócenia spokoju publicznego” nie jest warunkiem skazania kogoś, kto „rozpowszechnia, udostępnia publicznie albo oferuje, dostarcza lub udostępnia osobie (choćby pojedynczej!) poniżej 18 roku życia treści które: a) nawołują do nienawiści wobec jednej z grup, o których mowa w ust. 1 pkt. 1, grupy ludności lub osoby ze względu na przynależność do jednej z grup, o których mowa w ust. 1 nr. 1, lub części ludności, b) wzywają do zastosowania brutalnych lub arbitralnych środków wobec jednej z osób lub organów osób, o których mowa w lit. a), c) godzą w godność ludzką jednej z osób lub grup osób, o których mowa w lit. a), poprzez ich znieważenie, złośliwe oczernienie lub zniesławienie, lub produkuje, kupuje, dostarcza, magazynuje, oferuje, reklamuje lub zobowiązuje się do importu lub eksportu treści, o których mowa w ust. 1 lit. a–c) w celu korzystania z niego w rozumieniu ust. 1 lub ułatwienia takiego korzystania przez inną osobę” i to samo zgodnie z ust. 3 i 4 art. 130 kodeksu karnego RFN tyczy się treści, które aprobują, negują lub bagatelizują czyn popełniony pod rządami narodowego socjalizmu, w rodzaju wskazanym w artykule 6 (1) kodeksu zbrodni przeciwko prawu międzynarodowemu, bądź aprobują, gloryfikują lub usprawiedliwiają tyranię i arbitralne rządy narodowego socjalizmu. Z przepisów tych wynika, że w Niemczech można trafić do więzienia (na maksimum 3 lata – za podżegnie do nienawiści etc. „w sposób zdolny zakłócić spokój publiczny” grozi od 3 miesięcy do 5 lat, za podobne „aprobowanie, negowanie lub bagatelizowanie czynu popełnionego pod rządami narodowego socjalizmu, w rodzaju wskazanym w artykule 6 (1) kodeksu zbrodni przeciwko prawu międzynarodowemu” od miesiąca do 5 lat, zaś za publiczne lub na zgromadzeniu zakłócenie spokoju publicznego w sposób naruszający godność ofiar poprzez aprobatę, gloryfikację lub usprawiedliwianie tyranii i arbitralnych rządów narodowego socjalizmu” od miesiąca do 3 lat) za umieszczenie w internecie – a także oczywiście np. w prasie czy też w ulotkach - treści stanowiących „mowę nienawiści”, czy też negujących Holocaust (bądź jakieś jego aspekty – np. komory gazowe w obozach koncentracyjnych) bądź aprobujących, gloryfikujących lub usprawiedliwiających tyranię i arbitralne rządy narodowego socjalizmu nawet wówczas, gdy osoba, która umieszcza w danym medium takie treści nie jest ich bezpośrednim autorem. Zauważmy też, że zgodnie z art. 130 ust. 2 pkt. 1 niemieckiego k.k. przestępstwem zagrożonym karą do 3 lat więzienia jest spowodowanie dostępności wspomnianych tu treści dla choćby tylko jednej osoby mającej mniej, niż 18 lat – bez oczywiście względu na to, czy ma to jakąkolwiek szansę doprowadzić do zakłócenia publicznego spokoju. Z art. 130 ust. 2 pkt 2 wynika z kolei, że przestępstwo popełnia także ten, kto produkuje, kupuje, dostarcza, magazynuje, oferuje, reklamuje lub zobowiązuje się do importu lub eksportu wspomnianych tu treści. Z ust. 7 art. 130 niemieckiego k.k. wynika jednak, że w odniesieniu do czynów polegających na rozpowszechnianiu treści nawołujących do nienawiści wobec jakiejś grupy, znieważających taką grupę, zaprzeczających hitlerowskim zbrodniom przeciwko ludzkości bądź aprobujących nazistowską tyranią i arbitralne rządy ma zastosowanie ust. 4 art. 86 tego kodeksu, który dotyczy rozpowszechniania materiałów propagandowych antykonstytucyjnych i terrorystycznych organizacji. Z art. 86 ust. 4 kodeksu karnego RFN wynika, że takie czyny, jak rozpowszechnianie lub udostępnianie społeczeństwu w Niemczech, bądź produkowanie, magazynownie, importowanie lub eksportowanie w celu rozpowszechniania w Niemczech lub za granicą materiałów propagandowych partii politycznej uznanej przez Federalny Trybunał Konstytucyjny za niezgodną z konstytucją lub partii lub organizacji politycznej, która prawomocną decyzją została uznana za organizację zastępczą takiej partii (aktywny udział w zdelegalizowanych organizacjach jest w Niemczech karalny na podstawie art. 84 i 85 k.k.), bądź organizacji, która została zakazana prawomocną decyzją ze względu na jej sprzeciw wobec porządku konstytucyjnego lub koncepcji porozumienia międzynarodowego lub która została uznana w ostatecznej decyzji za organizację zastępczą takiej zakazanej organizacji lub rządu, organizacji lub instytucji spoza zakresu terytorialnego niniejszego statutu (kodeksu karnego RFN), która aktywnie realizuje cele jednej z partii politycznych lub organizacji, o których mowa w ust. 1 i 2 lub propagandy, której treść ma na celu wspieranie działalności byłej organizacji narodowosocjalistycznej, a także materiałów propagandowych organizacji wymienionej jako osoba, grupa lub podmiot w załączniku do rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) 2021 /138 z dnia 5 lutego 2021 r. wykonujący art. 2 ust. 3 rozporządzenia (WE) nr 2580/2001 w sprawie szczególnych środków ograniczających skierowanych przeciwko niektórym osobom i podmiotom mających na celu zwalczanie terroryzmu oraz uchylający rozporządzenie wykonawcze (UE) 2020/1128 nie stanowią przestępstwa wówczas, jeżli „służą one informacji obywatelskiej, powstrzymywaniu działań niezgodnych z konstytucją, promowaniu sztuki, nauki, badań lub nauczania”, a takż „relacjonowaniu wydarzeń bieżących lub historycznych lub w podobnym celom” (przy okazji warto zauważyć, że zgodnie z art. 86 ust. 3 wspomnianego kodeksu „Materiałem propagandowym w rozumieniu ust. 1 jest wyłącznie taka treść, która „skierowana jest przeciwko podstawowemu porządkowi wolnej demokracji lub pojęciu porozumienia międzynarodowego” zaś „Materiałem propagandowym w rozumieniu ust. 2 są wyłącznie takie treści, które „skierowane są przeciwko istnieniu lub bezpieczeństwu państwa lub organizacji międzynarodowej albo przeciwko zasadom konstytucyjnym Republiki Federalnej Niemiec”). Co z tego wszystkiego wynika, to to, że o ile nie wolno Niemczech szerzyć „mowy nienawiści” – nawet bez jakiegoś szczególnego zamiaru wywołania nienawiści wobec jakiejś grupy ludności, bądź znieważenia czy zniesławienia takiej grupy; wystarczy świadomość, że jakieś treści mają określony w przepisach prawa karnego (np. art. 130 ust.1) charakter – to wolno jednak mówić i pisać o takiej mowie, w tym także przyczytaczając, a może nawet wymyślając – np. w celach edukacyjnych – jej przykład – to samo tyczy się oczywiście treści stanowiących np. „kłamstwo oświęcimskie” bądź propagandę zakazanych organizacji. Oczywiste mimo wszystko jest jednak to, że granica między prawnie dozwolonym przytaczeniem „mowy nienawiści” (czy też np. „kłamstwa oświęcimskiego”) lub propagandy, o której jest mowa w art. 86 niemieckiego k.k., a prawnie zakazanym szerzeniem wspomnianych treści jest niejasna. Na swój rozum przypuszczam, że zwykłe przytoczenie cudzej wypowiedzi np. w gazecie zgodnie z art. 86 ust. 4 k.k. nie byłoby przestępstwem – przypomnijmy, że zgodnie z tym przepisem nie są przestępstwem takie działania, które „służą informacji obywatelskiej” lub „relacjonowaniu wydarzeń bieżących lub historycznych” – lecz mimo wszystko obawiam się (choć nie jakoś osobiście; nie mieszkam w Niemczech i nie piszą po niemiecku), że za przestępstwo mogłoby zostać uznane przytaczanie treści takich czy innych wypowiedzi w celu wykazania, że wypowiedzi te nie powinny być karalne, czy też że nie stanowią one tak naprawdę przestępstwa (choć tu też sprawa jest otwarta – art. 86 ust. 4 niemieckiego k.k. stanowi, że rozpowszechnianie treści, o których jest mowa w art. 86 ust. 1 i ust. 2 – a także, jak wynika z art. 130 ust. 7 – treści stanowiących np. „mowę nienawiści” czy „kłamstwo oświęcimskie” nie jest karalne wówczas, gdy czyn taki służy celom podobnym do takich, jak informowanie opinii publicznej, zapobieganie działaniom antykonstytucyjnym, promowanie sztuki, nauki, badań lub nauczania, bądź informowanie o wydarzeniach teraźniejszych lub mających miejsce w przeszłości). Z powodzeniem można byłoby twierdzić, że takim „innym celem” o którym jest mowa w art. 86 ust. 4 może być np. promowanie dyskusji nad kształtem prawa – w tym także nad kwestią potrzeby istnienia zakazów np. „mowy nienawiści”. Granica pomiędzy tym, co może, a co nie może zostać uznane za przestępstwo jest tu jednak bardzo daleka od oczywistości. Wspomnę tu przy okazji, że swego czasu (w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie) czytałem publikację (autorstwa prof. Witolda Kuleszy, poniekąd jak pamiętam czołowego rzecznika wprowadzenia przestępstwa „kłamstwa oświęcimskiego” do polskiego prawa) na temat art. 86a niemieckiego kodeksu karnego, zgodnie z którym „Ktokolwiek upowszechnia symbole jednej z partii politycznych lub organizacji wymienionych w art. 86 ust. 1 pkt. 1, 2 i 4 lub (2) w Niemczech lub wykorzystuje je publicznie, podczas spotkań lub w treści (art. 11 ust. 3) rozpowszechnianej przez siebie lub produkuje, magazynuje, importuje lub eksportuje treści (art. 11 ust. 3), które przedstawiają lub zawierają taki symbol w celu rozpowszechniania lub używania w Niemczech lub za granicą w sposób, o którym mowa w ust. 1 podlega karze pozbawienia wolności na czas nieprzekraczający lat 3 albo karze grzywny. (2) Symbolami w rozumieniu ust. 1 są w szczególności flagi, insygnia, umundurowanie i ich części, hasła i formy pozdrowień. Symbole tak podobne, że można je pomylić z symbolami, o których mowa w zdaniu 1, uważa się za im równoważne”. Zgodnie z art. 86a ust. 3 do czynów określonych we wspomnianym przepisie odnosi się zastrzeżenie, o którym jest mowa w art. 86 ust. 4 (dlatego np. o ile nie wolno w Niemczech np. paradować ze swastyką czy prezentować gestu nazistowskiego pozdrowienia – a także symboli i gestów tak podobnych, że mogą być one pomylone z pierwszymi - to wolno tam jednak np. tworzyć filmy, których akcja rozgrywa się w czasach III Rzeszy i w których prezentowane są takie symbole i gesty). Moje wrażenie z lektury artykułu prof. Kuleszy było jednak takie, że w tym, co w dość wąskiej przecież dziedzinie prezentowania nazistowskich symboli jest dozwolone, a co zakazane w miarę dobrze (lecz przypuszczam, że też nie w sposób stuprocentowo pewny sposób – przecież nie jest rzeczą oczywistą np. to, czy jakiś symbol był na tyle podobny do swastyki, że można byłoby go z nią pomylić czy jednak nie, albo czy użycie jakiegoś symbolu służyło celom, o których jest mowa w art. 86 ust. 4 k.k.) może się orientować prawnik głęboko siedzący w tego rodzaju sprawach – nie jakiś przeciętny adwokat, na co dzień zajmujący się sprawami pospolitych przestępców.

8. Do problemu pt. „pornografia, a wolność słowa” odnosiłem się bliżej w tekstach „Pornografia i gwałty - usprawiedliwienie dla cenzury?”, „Znieść zakazy „mowy nienawiści”! (a w USA „obsceniczności”)”, „Apel do polskich posłów do Parlamentu Europejskiego wzywający ich do głosowania przeciwko projektowi dyrektywy w sprawie pornografii dziecięcej i blokowania stron internetowych”, „’Pornokonferencja’ Błaszczaka i Kamińskiego – na pewno było tam przestępstwo?”"Internet bezpieczny, czy wolny? (a może i taki, i taki?)” (odnośnie m.in. zakresu zakazu pornografii dziecięcej) i “Should virtual child pornography be banned? A defense of the United States Supreme Court decision”. Okazyjnie także w innych.

9. N.t. tej decyzji pisałem w tekście „Czy publiczne nawoływanie do popełnienia przestępstwa powinno być przestępstwem – a jeśli tak, to kiedy?”. Do problemu p.t. „wolność słowa, a nawoływanie do popełnenia przestępstwa” odniosłem się też w takich tekstach, jak „Cejrowski, nawoływanie do popełnienia przestępstwa i wolność słowa”, „Za niebezpieczne poglądy do więzienia?”, „Internet bezpieczny, czy wolny? (a może i taki, i taki?)”, „Zakazy wypowiedzi: droga (w najlepszym wypadku) donikąd”, „O sprawie Piotra Maślaka (o zniesławienie funkcjonariuszy SG)… i niektórych innych problemach granic wolności słowa” (przyp. 3), „O czym zwolennicy zakazów ‘hate speech’ powinni pomyśleć”, „Refleksje po demonstracji nacjonalistów 11.11.2021 r. w Kaliszu”, „Olszański do pierdla (słusznie czy nie)?” i "Zabójstwo Pawła Adamowicza i „mowa” („nienawiści” lub inna)". Okazyjnie także gdzie indziej.

10. Warto, tak przy okazji, zauważyć, że tego rodzaju związek przyczynowo – skutkowy między pewnymi ludzkimi działaniami, a szkodami, do jakich działania te w jakiś sposób mogą się przyczyniać, jaki w sposób nie oczywiście nieprawdziwy można próbować przypisywać „mowie nienawiści” nie jest, tak normalnie – wypada tu chyba użyć takiego właśnie określenia – uważany za powód do zakazania takich działań. Przypuśćmy – dla dobra argumentacji – że „mowa nienawiści” faktycznie przyczynia się do przestępstw z nienawiści i ścigając i karząc za taką „mowę” można zapobiegać przestępstwom z nienawiści. Załóżmy, że dzięki takim działaniom można byłoby uratować ileś osób przed przestępstwami tego rodzaju, co naruszenia nietykalności cielesnej, pobicie, przypadki zniszczenia mienia, zastraszanie czy nawet zabójstwa, do których (załóżmy, że) przyczynia się „mowa nienawiści”. Lecz życie i zdrowie ilu osób uratowalibyśmy całkowicie zabraniając, pod groźbą odpowiednio surowych kar, produkcji, posiadania i używania samochodów (oprócz, powiedzmy, pojazdów służących ratowaniu ludzkiego życia i zdrowia, takich, jak karetki pogotowia, samochody policyjne i wozy straży pożarnej, a także pojazdów dostarczających zaopatrzenie do miast czy zapewniających niezbędny przewóz pracowników, by gospodarka całkowicie nie upadła i ludzie nie umarli z głodu)? Przecież w oczywisty sposób są to liczby nieporównywalnie większe, niż liczby ofiar niezbyt najczęściej ciężkich „przestępstw z nienawiści” (i pośrednio, załóżmy dla dobra argumentacji „mowy nienawiści”). Czy ktokolwiek jednak proponuje zakazanie ruchu samochodów w imię ochrony ludzkiego życia i zdrowia? Jest to, podejrzewam, pytanie czysto retoryczne. A przecież związki przyczynowo – skutkowe pomiędzy ruchem drogowym, a przypadkami śmierci niektórych ludzi bądź odniesienia przez nich obrażeń są bez porównania bardziej jasne, niż związki pomiędzy „hate speech” a „hate crimes”. Jest rzeczą najzupełniej oczywistą, że wypadków samochodowych nie byłoby bez istnienia – i używania – samochodów. Natomiast nie jest oczywiste, że „przestępstw z nienawiści” nie byłoby bez „mowy nienawiści”. Jak już argumentowałem w tym tekście, do przestępstw takich mogą przyczyniać się inne rzeczy, niż „hate speech” – np. wypowiedzi, które nie sposób jest sensownie uznać za „mowę nienawiści” (była tu mowa o tym, że z przeprowadzonych w Holandii badań wynika, że liczby przestępstw z nienawiści z użyciem przemocy w tym kraju wzrastały po nagłośnionych przez media zamachach terrorystycznych – nikt chyba jednak nie uważa, że przedstawianie informacji o tym, że organizacja tego rodzaju, co Al Kaida czy Państwo Islamskie dokonało gdzieś zamachu terrorystycznego i że w wyniku tego zamachu zginęło ileś tam osób jest „mową nienawiści” i nikt też chyba nie proponuje wprowadzenia zakazu rozpowszechniania takich informacji) i jeszcze inne czynniki – takie choćby jak alkohol, bądź czynniki ekonomiczne, takie, jak ubóstwo i bezrobocie (jak pisze Briana Alongi w swym tekście „The Negative Ramifications of Hate Crime Legislation: It’s Time to Reevaluate Whether Hate Crime Laws are Beneficial to Society”, zob. https://digitalcommons.pace.edu/plr/vol37/iss1/9/ pomiędzy dwoma ostatnimi zjawiskami społecznymi, a przestępstwami z nienawiści istnieje znaczący związek).

11. Ktoś, kto w sposób obraźliwy (a zwłaszcza wulgarny) wypowiada się na temat jakiejś grupy społecznej, innej, niż grupa tego rodzaju, co te wymienione w art. 257 k.k. w sposób wyobrażalny mógłby zostać ukarany na podstawie art. 141 kodeksu wykroczeń, zgodnie z którym „Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany” – jak Sąd Najwyższy stwierdził w wyroku wspomnianym w jednym z moich tekstów (zob. https://www.salon24.pl/u/kozlowski/861333,jak-sie-chce-psa-uderzyc-kij-sie-zawsze-znajdzie-czyli-o-decyzji-sadu-najwyzszego-uznajacej-internet-za-miejsce-publiczne) owym „miejscem publicznym” jest nie tylko np. ulica czy miejski plac, ale także Internet (i idąc drogą rozumowania SN można byłoby twierdzić, że miejscem takim jest także potencjalnie dostępna dla każdego strona gazety czy książki). Zakładając jednak możliwość ścigania za pewne obraźliwe wypowiedzi o takich „grupach ludności” jak – dajmy na to – robotnicy, rolnicy, lekarze, policjanci, nauczyciele, itd. – na podstawie wspomnianego przepisu należy jednak zauważyć, że sankcje prawne grożące na jego podstawie są bez porównania łagodniejsze, niż te, które grożą w oparciu o art. 256 czy 257 k.k. W odniesieniu do grup ludzi nie chronionych przed publicznym „nawoływaniem do nienawiści” i „znieważaniem” można byłoby się też zastanawiać, czy pewne wypowiedzi na temat takich grup nie mogłyby być ścigane na podstawie art. 212 k.k. zgodnie z którego par. 1 „Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności” zaś według par. 2 „Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”. Są jednak takie grupy ludzi, jak np. wszyscy robotnicy, wszyscy górnicy, wszyscy lekarze, wszyscy żołnierze, wszyscy sędziowie, wszyscy komornicy, czy wszyscy członkowie jakiejś partii politycznej „grupami osób” w rozumieniu art. 212 par. 1 k.k.? Na ten temat można byłoby pewnie dyskutować i warto zauważyć, że art. 212 bywa wykorzystywany do ścigania i karania nie tylko za wypowiedzi dotyczące jakichś konkretnych osób, lecz także takich, które odnoszą się do instytucji (świadczyć może o tym wszczęte ostatnio przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie śledztwo w sprawie rzekomego pomówienia CBA o bezprawne działania wobec opozycji przez byłego szefa tej służby Pawła Wojtunika), bądź całkiem szerokich grup ludzi – weźmy tu choćby procesy dziennikarza Piotra Maślaka (o którym wspomniałem w jednym ze swych tekstów, zob. https://www.salon24.pl/u/kozlowski/1197708,o-sprawie-piotra-maslaka-o-znieslawienie-funkcjonariuszy-sg-i-niektorych-innych-problemach-granic-wolnosci-slowa) i Władysława Frasyniuka o zniesławienie strażników granicznych. Lecz o ile szereg razy zetknąłem się z informacjami o przypadkach oskarżenia, czy też skazania kogoś za wypowiedź odnoszącą się do wszelkich (choć nawet niekoniecznie wszelkich) np. Żydów, to nigdy nie zetknąłem się z informacją o skazaniu kogoś za wypowiedź dotyczącą np. wszelkich rolników, robotników, nauczycieli, itd. Zakładając jednak, że pewne wypowiedzi dotyczące wspomnianego rodzaju grup mogą być karalne na podstawie art. 212 k.k. należy zauważyć, że przestępstwo określone w tym przepisie ścigane jest (w zasadzie przynajmniej – vide sprawa Pawła Wojtunika) z oskarżenia prywatnego, a sankcje przewidziane za to przestępstwo są niższe, niż przewidziane za publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość czy też za publiczne znieważenie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości. Ponadto, zakładając, że pewne wypowiedzi na temat całych grup społecznych mogą być karalne na podstawie art. 212 k.k. z treści wspomnianego przepisu logicznie rzecz biorąc wynika, że wypowiedzi takie muszą mieć charakter pomawiania takich grup o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ich członków w opinii publicznej lub narazić ich na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności (inna sprawa, czy karanie za „zniesławienie grupowe” ma jakiś sens – we wspomnianym powyżej tekście dowodziłem, że nie). Nie można byłoby w sposób elementarnie uczciwy uznać za przestępstwo z art. 212 k.k. takiej wypowiedzi o jakiejś grupie ludzi, która nie zawierałaby w sobie przypisywania członkom tej grupy jakiegoś postępowania czy też właściwości, lecz byłaby np. po prostu obelgą, której nie można byłoby uznać za stwierdzenie faktu. Tego jednak rodzaju wypowiedzi, jeśli odnoszą się one do grup tego rodzaju, co grupy narodowościowe, etniczne, rasowe, wyznaniowe bądź cechujące się brakiem wyznawania jakiejś religii mogą być jednak ścigane i karane w oparciu o art. 257 k.k. Zaś w oparciu o art. 256 karane mogą być wypowiedzi nawet nie znieważające jakichś grup (narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych lub wyróżniających się ze społeczeństwa bezwyznaniowością) – i nie zniesławiające ich (i nie nawołujące do przestępczych działań przeciwko członkom takich grup) lecz mające, zdaniem prokuratury i sądu na celu wywołanie, czy też ewentualnie także podsycanie bądź podtrzymywanie „nienawiści” wobec takich grup (czy też, hipotetycznie rzecz biorąc, nawet pojedynczej osoby w związku z jej przynależnością do jakiejś tego rodzaju grupy) – a więc po prostu emocji, trudnej zresztą do precyzyjnego odróżnienia od uczuć tego rodzaju, co uprzedzenie bądź niechęć.

12. Myślę, że warto jest podać takie, jak już wspomniane w tym tekście dane dotyczące poszczególnych typów przestępstw z nienawiści, ale pochodzące już z 2022 r. Na podstawie danych przedstawionych na portalu https://hatecrime.osce.org/hate-crime-data i danych dotyczących liczb ludności wspomnianych w tym tekście państw, można policzyć, że na statystyczny milion ludności tych krajów przypadały w 2022 r. następujące liczby poszczególnych typów „hate crimes”:

Fizyczne ataki na ludzi: Austria – 105,23, Finlandia – 100,18, Francja – 15,56, Holandia – 44,25, Kanada – 19,88, Niemcy – 17,46, Norwegia – 39,82, Szwajcaria (według danych nieoficjalnych) – 21,26, Szwecja – brak porządnych danych, Wielka Brytania – 451,32, USA – 13,84.

Zabójstwa: Austria – 0,33, Kanada, 0,42, Niemcy – 0,06, Norwegia – 0,55, Wielka Brytania – 0,059, USA – 0,099.

Przestępstwa przeciwko własności: Austria – 135,86, Finlandia – 31,53, Francja – 4,12, Holandia – 10,80, Kanada – 41,01, Niemcy – 13,86, Norwegia – 14,56, Szwajcaria (według danych nieoficjalnych) – 4,48, Szwecja – brak porządnych danych, Wielka Brytania – 155,34, USA – 12,21.

Podpalenia (jako szczególnie groźne przestępstwa z nienawiści): Austria – 0,56, Kanada – 0,29, Niemcy – 0,31, Wielka Brytania – 2,62, USA – 0,14

Groźby i grożące zachowania: Austria – 68,15, Finlandia – 57,12, Francja – 30,5, Holandia – 39,74, Niemcy – 8,16, Norwegia – 14, Szwajcaria – 6,55, Szwecja – j.w., Wielka Brytania – 10,32, USA – 11,4710.

13. Mógłby ktoś twierdzić, że celem istnienia zakazów „mowy nienawiści” jest zapobieganie nie tylko „przestępstwom z nienawiści” tego rodzaju, co fizyczne napaści na osoby, ale także zjawiskom tego rodzaju, co niekoniecznie stanowiąca przestępstwo w rozumieniu prawa karnego, ale mimo wszystko dotkliwa dla dotyczących jej osób dyskryminacja z takich powodów, jak pochodzenie narodowe, rasowe, wyznanie, czy orientacja seksualna. Jednak podobnie, jak nie da się w sposób sensowny twierdzić tego, że zakazy „mowy nienawiści” zapobiegają przestępstwom z nienawiści, tak samo nie da się twierdzić, że zapobiegają one wspomnianej dyskryminacji. W każdym razie, jak wynika z badań opublikowanych ostatnio przez Agencję Praw Podstawowych UE w 13 krajach, gdzie przeprowadzone owe badania, średnio rzecz biorąc 45 proc. respondentów zadeklarowało, że doświadczyło dyskryminacji, przy czym warto zauważyć, że w Niemczech i w Austrii – a więc w krajach niewątpliwie bardzo silnie tępiących „mowę nienawiści” (a także kwestionowanie Holocaustu i „propagowanie faszyzmu”) osób, które zadeklarowały, że w ciągu ostatnich pięciu lat były dyskryminowane ze względu na kolor skóry, pochodzenie lub religię było, odpowiednio, 76 i 72 procent (najmniej osób, które według własnej deklaracji były dyskryminowane było w Portugalii – 26%, w Szwecji – 25% i w Polsce – 20%). Warto przy okazji zwrócić uwagę, że według raportu FRA problem dyskryminacji z takich powodów, jak pochodzenie narodowe, rasowe, czy też wyznanie wyraźnie nasilił się w porównaniu z poprzednim badaniem z 2016 r. kiedy to średni odsetek respondentów, którzy stwierdzili, że doświadczyli dyskryminacji wyniósł 39% (zob. https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/9330500,polska-najmniej-rasistowskim-krajem-ue-najbardziej-niemcy.html?fbclid=IwAR0YFD5i-Sd879NlgHxWSHhh8__BkceXNz_7NSGC5saj5pVTyv7ACrUWsjM).

14. Chociaż jestem krytycznie nastawiony wobec wszelkich wspomnianych w tym tekście zakazów wypowiedzi (poza zakazami takich wypowiedzi, które bezpośrednio wyrządzają innym ludziom konkretną krzywdę – a więc np. bezpośrednio niebezpiecznego w danym przypadku podburzania do przemocy, czy też werbalnego dręczenia i zastraszania innych osób – albo ruinowania ich reputacji poprzez złośliwe, nie mające podstaw pomówienia) to chciałbym zwrócić nieco bardziej szczególną uwagę na połączony w jednym art. 256 par. 1 k.k. z zakazem „nawoływania do nienawiści” zakaz „publicznego propagowania nazistowskiego, komunistycznego lub faszystowskiego ustroju państwa” (w początkowej, obowiązującej do 30 września 2023 r. wersji tego przepisu była mowa o publicznym propagowaniu faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa). Co do tego zakazu, doskonale rozumiem, jak fatalnie (i słusznie oczywiście, zresztą) odbierane są w Polsce wszelkie formy tego, co można uznać za propagowanie nazizmu czy też faszyzmu (przy czym wydaje mi się jasne, że pod pojęciem „faszyzmu” rozumiany był w Polsce nie tylko faszyzm włoski, ale – w większym nawet stopniu – faszyzm niemiecki, czyli nazizm). Lecz jakie zagrożenie powoduje publiczne propagowanie nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, względnie nazistowskiej, komunistycznej lub faszystowskiej ideologii? Wyobraźmy sobie najbardziej oczywisty, podręcznikowy przykład popełnienia wspomnianego tu przestępstwa: ktoś w swej publicznej wypowiedzi wyraża opinię, że w Polsce powinien zostać wprowadzony taki ustrój polityczny, jak w III Rzeszy lub – jeszcze lepiej – w Korei Północnej. A więc całkowite zniesienie wolności wypowiedzi, zrzeszania się i zgromadzeń, policyjny terror, w tym obozy koncentracyjne, wobec krytyków władzy, oraz powszechna inwigilacja i kontrola nawet najbardziej prywatnych aspektów życia. Czy propagator takiego ustroju w poważny sposób wzbudziłby entuzjazm mas, czy może raczej przez zdecydowaną większość tych mas zostałby uznany za wariata (niekoniecznie w takim sensie, że jest on niepoczytalny, ale w takim, że jego propozycje są absolutnie nie do przyjęcia)? Zauważmy też, że takie pojęcia, jak „nazistowski, komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa” oraz „propagowanie” nie są precyzyjne. Ów brak precyzji może w najmniejszym stopniu dotyczy pojęcia ustroju nazistowskiego – wydaje się jasne, że pod pojęciem tym należy rozumieć taki ustrój polityczny, jaki istniał w tzw. Trzeciej Rzeszy niemieckiej pod rządmi A. Hitlera. Lecz już takie pojęcia, jak ustrój komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny są bardziej mgliste. Czy za komunistyczny ustrój totalitarny, za propagowanie którego można obecnie trafić na 3 lata do więzienia można uznać taki np. ustrój, jak ten, który istniał w Polsce w okresie rządów Edwarda Gierka (bądź co bądź, co najmniej niezbyt słusznie, cenionego przez wielu Polaków polityka)? Pojęcie ustroju „faszystowskiego” kojarzy się z kolei przede wszystkim z ustrojem Włoch pod rządami Mussoliniego. Ale czy za taki ustrój można byłoby uznać np. ustrój wprowadzony w Hiszpanii przez gen. Francisco Franco? Z tego, co przeczytałem, wynika, że są na ten temat różne opinie: są tacy, którzy uważają, że frankizm był po prostu jedną z odmian faszyzmu, że też jednak i tacy, którzy są zdania, że był on czymś innym. Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że był on ustrojem niedemokratycznym, autorytarnym i dyktatorskim. Lecz art. 256 par. 1 k.k. zabrania mimo wszystko publicznego propagowania totalitarnego ustroju państwa – nie zaś propagowania po prostu zniesienia demokracji (i ustanowienia w jej miejsce np. monarchii absolutnej, która w swej praktyce w co najmniej wyobrażalny sposób nie musiałaby być totalitarna) czy wprowadzenia dyktatury (znów, niekoniecznie totalitarnej w tym sensie, w jakim państwami totalitarnymi były np. III Rzesza, Związek Radziecki w czasach Stalina, a obecnie jest nim Korea Północna). W kontekście innego niż nazistowski, komunistyczny i faszystowski totalitarnego ustroju państwa warto jest z kolei zwrócić uwagę na rozpowszechnioną niegdyś przez izraelskiego historyka Jacoba Leiba Talmona (1916 – 1980) koncepcję totalitarnej demokracji. Jak można przeczytać w Wikpedii (zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Demokracja_totalitarna) „Koncepcja demokracji totalitarnej opiera się na konstatacji, że bliski totalitarnemu modelowi poziom zaangażowania władzy państwowej, lub kontroli sprawowanej przez państwo nad każdym przejawem życia społecznego może zaistnieć także w ramach demokracji parlamentarnej, bez likwidacji formalnie wolnego rynku i własności prywatnej, bez masowego terroru, i jawnie działającej cenzury.

Na przykład w państwie bezpieczeństwa socjalnego, sprawowanie anonimowej kontroli nad społeczeństwem ułatwia uzależnienie go od opieki społecznej, systemu przymusowych ubezpieczeń, manipulowanie nim za pomocą dyskretnie nadzorowanych wpływami z reklamy mediów, których działanie staje się zależne od interesów elit politycznych faktycznie sprawujących władzę”. Czy „totalitarna demokracja” – która, chciałbym zauważyć, faktycznie mogłaby odpowiadać ustrojowi zaproponowanemu niegdyś przez francuskiego filozofa epoki oświecenia J.J. Rousseau, w którym to ustroju lud mógłby uchwalić absolutnie wszystko, włącznie np. z własną historią, a pojęcie indywidualnych praw osobistych jednostki, których władzom nie wolno naruszać, by nie istniało – lecz która jest pojęciem w najlepszym wypadku spornym, jeśli chodzi o jakikolwiek realnie istniejący ustrój państwowy – jest „innym totalitarnym ustrojem państwa” za którego publiczne propagowanie można obecnie trafić za kratki? Szczerze mówiąc nie wiem – chciałbym tu przy okazji zwrócić uwagę na to, że można dyskutować o tym, czy to, co Talmon nazwał „totalitarną demokracją” jest totalitarnym ustrojem państwa w podobnym sensie, jak nazizm, komunizm (zwłaszcza w jego „twardej” stalinowskiej wersji) i faszyzm. Zwróćmy uwagę na to, że w koncepcji totalitarnej demokracji lansowanej (oczywiście w sposób krytyczny) przez J.L. Talmona jest mowa o np. przymusowych ubezpieczeniach i opiece społecznej, jest tam też mowa o tym, że ustrój „totalitarnej demokracji” może istnieć w ramach demokracji parlamentarnej, bez likwidacji formalnie wolnego rynku i własności prywatnej, bez masowego terroru i jawnie działającej cenzury. Jeśli chodzi o to, o czym była tu mowa to chciałbym zauważyć, że w Polsce – podobnie, jak w wielu innych krajach świata – istnieją np. przymusowe ubezpieczenia, a także – choć słaba w naszym kraju – opieka społeczna. Czy zatem Polska jest totalitarną demokracją w rozumieniu tego pojęcia przez J.L. Talmona? We wspomnianej tu koncepcji jest mowa o czymś takim, jak państwo bezpieczeństwa socjalnego. Czy zatem propagowanie „welfare state” – co przecież robi np. Partia Razem – jest czymś, co można byłoby uznać za propagowanie „totalitarnej demokracji” - a więc „innego totalitarnego ustroju państwa” w rozumieniu art. 256 par. 1 k.k.? Znów, nie w jakiś oczywisty sposób, choćby dlatego, że odnośnie samej totalitarnej demokracji w tym sensie, w jakim pojęciem tym operował Talmon można byłoby co najmniej w sposób sensowny dyskutować, czy rzeczywiście jest ona ustrojem totalitarnym czy też nie. Niemniej jednak, istnienie w art. 256 par. 1 k.k. zapisu o zakazie propagowania „innego totalitarnego ustroju państwa” każe zadać pytanie o to, czy propagowanie np. totalitarnej demokracji mogłoby zostać uznane za przestępstwo – bez dobrej oczywiście na to pytanie odpowiedzi.

Nie jest też jasne, co można rozumieć pod pojęciem „propagowania” nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa”. Najbardziej oczywistym, „łopatologicznym” przykładem propagowania takiego ustroju byłoby jakieś jego szczegółowe opisanie, z zamiarem oczywiście przekonania innych do takiego ustroju (który to zamiar jest według Sądu Najwyższego niezbędny do popełnienia wspomnianego tu przestępstwa). Ale przecież tego rodzaju praktykowanie nazistowskiego (do 30.09. 2023 r. „faszystowskiego”) lub innego totalitarnego ustroju państwa jest czymś, z czym w praktyce trudno, lub wręcz nie sposób jest się spotkać. Jako przestępstwo publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa były więc uznawane takie zachowania, jak wyciągnięcie prawej ręki w geście faszystowskiego (nazistowskiego) pozdrowienia, czy nabazgranie gdzieś swastyki. Takie zachowania budzą zrozumiałe oburzenie co najmniej znacznej części opinii publicznej. Ale czy o zachowaniach tych można bez żadnej wątpliwości powiedzieć, że mają one na celu przekonywanie ich ewentualnych obserwatorów do faszystowskiego lub nazistowskiego ustroju? Ktoś, kto wyciąga rękę w geście kojarzonym jako nazistowskie pozdrowienie czy też rysuje gdzieś swastykę niekoniecznie musi mieć zamiar przekonania innych do tego, że w Polsce powinno wprowadzić się ustrój nazistowski czy też faszystowski – zachowanie takie może być (teoretycznie rzecz biorąc niekaralnym w świetle orzecznictwa SN dotyczącego art. 256 k.k.) wygłupem, czy też (również teoretycznie rzecz biorąc niekaralną) prowokacją. Poza tym, jeśli nawet ktoś prezentuje gest nazistowskiego pozdrowienia, czy też swastykę mając w głowie miłość do nazizmu (a przekonani neonaziści mogą prezentować takie gesty czy symbole mając przy tym tego rodzaju myśli i emocje) to chciałbym zwrócić uwagę, że istnieje pewna różnica propagowaniem czegoś, w sensie usiłowania przekonania innych do tego czegoś, a wyrażaniem aprobaty dla tego czegoś, w sensie wyrażenia opinii, że „mi się to podoba”. Publiczne propagowanie nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa – w sensie przedstawiania takiego ustroju (swoją drogą, można uznać przedstawianie swastyki lub gestu „heil Hitler” za przedstawianie ustroju państwa?) w zamiarze przekonania innych do takiego ustroju jest, owszem, przestępstwem. Lecz po prostu publiczne wyrażenie aprobaty dla takiego ustroju już nie (pamiętajmy o zasadzie „nullum crimen sine lege”). Przypuszczam, że co najmniej większość zachowań tego rodzaju, co prezentowanie gestu nazistowskiego pozdrowienia bądź swastyki odbywa się z „zamiarem” raczej wyrażenia aprobaty dla nazizmu lub faszyzmu, niż z zamiarem przekonania innych do nazistowskiego czy też faszystowskiego ustroju państwa. Niestety jednak, różnica między tymi dwoma rodzajami zamiarów jest na tyle subtelna, że można wątpić, by sądy mogły w swej praktyce orzeczniczej odróżnić jeden rodzaj zamiaru od drugiego. Można też – a nawet warto, biorąc pod uwagę fakt wyraźnego wpisania ustroju komunistycznego do art. 256 par. 1 k.k. - zadać pytanie, co będzie można uznać za karalne propagowanie takiego właśnie ustroju totalitarnego. Biorąc pod uwagę, że zakazane przez wspomniany przepis propagowanie ustroju niekoniecznie musi polegać na jakimś choćby tylko ogólnikowym opisywaniu takiego ustroju (z zamiarem przekonania innych do niego) lecz obejmuje zachowania w rodzaju przedstawiania gestów czy symboli w wyobrażalny sposób mogą za coś takiego zostać uznane takie zachowania, jak eksponowanie symboli sierpa i młota oraz czerwonej gwiazdy (symboli totalitarnego państwa komunistycznego, jakim był ZSRR), wymachiwanie czerwoną flagą (symbolem komunistów), śpiewanie hymnu ZSRR, śpiewanie „międzynarodówki”, wyrażanie opinii, że w okresie PRL, a więc w komunistycznym państwie totalitarnym nastąpił bezprzykładny rozwój naszego kraju, bądź powiedzenie czy napisanie gdzieś czegoś w stylu „za komuny było lepiej”, albo „komuno, wróć”.

Według obowiązującej od 1 października 2023 r. wersji k.k. przestępstwem jest nie tylko publiczne propagowanie totalitarnego ustroju państwa, ale także ideologii nazistowskiej, komunistycznej lub faszystowskiej, a także ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne. Ten zakaz jest jeszcze bardziej niejasny od tego, o którym była mowa powyżej. Pojęcie „ustroju państwa” jako takie jest bowiem w miarę jasne: ustrój państwa to jego organizacja. To to, kto w państwie sprawuje władzę, i w jaki sposób władze w państwie są powoływane, pojęcie to obejmuje też relacje między poszczególnymi organami państwa, a także między państwem, a jego obywatelami (czy w ogóle mieszkańcami) i wreszcie między samymi obywatelami (mieszkańcami) w zakresie w jakim relacje te regulowane są przez państwo (choć oczywiście nie jest jasne, gdzie przebiega granica między ustrojem totalitarnym, a jedynie autorytarnym, którego – jeśli nie jest on totalitaryzmem – propagowanie nie jest zabronione przez art. 256 par. 1 k.k., nie jest również jasne to, co może stanowić propagowanie takiego ustroju – jak już wspomniałem, sądy uznawały za propagowanie ustroju np. faszystowskiego zachowania, odnośnie których można byłoby mieć poważną wątpliwość czy faktycznie były one propagowaniem takiego ustroju w sensie publicznego przedstawiania takiego ustroju z zamiarem przekonania obserwatorów danego zachowania do niego). Ale czym jest w ogóle ideologia? Jak można przeczytać na stronie https://ideologia.pl/o-serwisie/Ideologia (z greckiego idéa – wyobrażenie, lógos – słowo, nauka) jest zbiorem idei, poglądów i przekonań opisujących rzeczywistość oraz zawierających jej ocenę i zasady postępowania grup, ruchów społecznych i partii politycznych. Ideologia tworzy obraz świata istniejącego i prezentuje wizję przyszłości”.

Co z tej definicji wynika, to m.in. to, że ideologia jest zbiorem takich czy innych idei, poglądów i przekonań. Co za tym idzie, jakiś pojedynczy pogląd nie jest jeszcze ideologią – ideologią może być bowiem dopiero zespół jakichś poglądów. Skoro art. 256 par.1a k.k. zakazuje publicznego propagowania ideologii nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne to można mniemać, że nie zabrania on propagowania po prostu poglądów o charakterze nazistowskim, komunistycznym, czy faszystowskim – tak długo, jak poglądy te nie stanowią jakiegoś w miarę spójnego zbioru, który można byłoby uznać za ideologię. Lecz gdzie jest granica między pierwszym, a drugim? Można tą granicę wyznaczyć w sposób nie arbitralny? Zakładając poza tym nawet, że czyjeś publiczne wypowiedzi mają charakter prezentowania takiej czy innej ideologii (o której jest mowa w art. 256 par. 1a k.k.) można w sposób bezpieczny określić, czy takie wypowiedzi są zakazanym przez wspomniany przepis propagowaniem takiej ideologii, czy też może wciąż dozwolonym przedstawianiem takiej ideologii? Biorąc pod uwagę, że do popełnienia przestępstwa publicznego propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa – jak do niedawna przestępstwo to było sformułowane w art. 256 par. 1 k.k. – niezbędny jest bezpośredni zamiar, tj. chęć przekonania innych do takiego właśnie ustroju, przypuszczać można, że za warunek skazania kogoś za przestępstwo publicznego propagowania ideologii nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej bądź ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne również będzie uznawany zamiar przekonania do jakiejś tego rodzaju ideologii. Lecz wyobraźmy tu sobie np. kogoś, kto prowadzi stronę internetową, na której umieszcza on teksty „klasyków” komunizmu: Marksa, Engelsa, Lenina, Trockiego, Stalina, Mao Tse Tunga, Kim Ir Sena, Pol Pota itd. Czy ktoś taki po prostu prezentuje przykłady ideologii komunistycznej – co wciąż nie jest rzeczą prawnie zakazaną – czy też publicznie propaguje taką ideologię, co już stanowi przestępstwo? Kryterium oddzielającym jedno od drugiego jest, jak już wspomniałem, określony zamiar. Lecz jak taki zamiar można stwierdzić? Przecież nie da się zajrzeć do mózgu człowieka, który umieszczał w internecie jakieś teksty Lenina, Stalina itd. i na tej postawie ocenić, czy chciał on przekonać swych czytelników do prezentowanej w dziełach tych komunistycznych tyranów ideologii, czy też nie. Zasada prawna „in dubio, pro reo” powinna prowadzić do uniewinnienia kogoś, komu nie udowodniono w jednoznaczny sposób zamiaru przekonywania innych do wskazanej w art. 256 par. 1 k.k. ideologii (bądź umorzenia dochodzenia w takiej sprawie, jeśli jest to jasne już na jego etapie). Czy jednak łatwo jest ocenić to, czy dana osoba miała taki zamiar, czy też nie? Czy przypadkiem nie byłoby łatwo doszukać się u kogoś takiego zamiaru „na skróty”? Nie można byłoby przypisać komuś takiego zamiaru w sposób złośliwy, bez nawet poważnego wnikania w to, czy takie zamiar po jego stronie faktycznie występował? Niestety, podejrzewam, że to wszystko jest nie tylko możliwe, ale także wysoce prawdopodobne.

Zaś jeśli chodzi o zapisany również w art. 256a par. 1 k.k. zakaz publicznego propagowania ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne, to uważam, że ten zakaz należy przede wszystkim rozróżnić od zakazu publicznego nawoływania do takiej przemocy, które może być karane jako publiczne nawoływanie do popełnienia przestępstwa, o którym jest mowa w art. 255 k.k., a w odniesieniu do niektórych przestępstw (takich, jak ludobójstwo, czy stosowanie przemocy przeciwko członkom jakiejś grupy narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej, bądź charakteryzującej się bezwyznaniowością) w art. 126a k.k. Do popełnienia przestępstwa, o którym tu jest mowa nie jest konieczne osobiste nawoływanie do jakiegokolwiek użycia przemocy w celu wywarcia wpływu na życie polityczne lub społeczne, lecz wystarczające jest to, by do użycia takiej przemocy nawoływała propagowana przez daną osobę ideologia.

W tym przypadku warunkiem popełnienia przestępstwa zapewne też byłoby celowe przekonywanie innych osób do takiej akurat ideologii, czyli że nie byłoby przestępstwem po prostu jakiekolwiek prezentowanie, czy opisywanie takiej akurat ideologii. Lecz granica między jednym, a drugim w oczywisty sposób jest niejasna, a jej wyznaczenie podatne na działanie subiektywnego „widzimisię” dokonującej oceny czyichś wypowiedzi osoby (np. prokuratora czy sędziego, który, zauważmy, musiałaby ocenić dwie rzeczy: czy ktoś publicznie prezentował w jakiś sposób ideologię nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne i czy robił on to w zamiarze przekonania innych do takiej ideologii). I co w ogóle można uznać za „ideologię nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życia polityczne lub społeczne”? Ideologie, w tym sensie, w jakim zazwyczaj chyba o nich myślimy, są czymś rozbudowanym, mającym szereg przedstawicieli – weźmy tu takie rodzaje ideologii, jak komunizm, nazizm, faszyzm, anarchizm, liberalizm, libertarianizm, socjalizm, monarchizm, feminizm. Ideologie te były propagowane przez różne osoby, z których jedne były bardziej radykalne (czy nawet „krwawe”), a inne mniej. Załóżmy, że ktoś w swojej publicznej wypowiedzi nie odwołując się wprost do przemocowych aspektów jakiejś ideologii stwierdziłby, że ktoś będący reprezentantem takiej czy innej ideologii właściwie postrzegał pewne problemy społeczne. Czy o kimś takim można byłoby powiedzieć, że propaguje on ideologię nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne? Nie jest czymś całkiej oczywistym, że tak, lecz również nie jest oczywiste, że nie – ocena czegoś takiego musiałaby zależeć od widzimisię prokuratora (czy też wcześniej policjantów lub agentów ABW), a następnie też ewentualnie sądu.

Jakiś czas temu w zauważyłem, że internecie pojawiła się krytyka zakazu publicznego propagowania ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne. Jak można przeczytać na stronie https://www.prawo.pl/prawnicy-sady/propagowanie-ideologii-wplywajacych-na-zycie-spoleczne-kara,510913.html adwokatka Patrycja Dyluś – Borcz stwierdziła, że znamię „ideologia nawołująca do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne jest niezwykle trudne w identyfikacji. Może to rodzić ryzyko dowolnej interpretacji i powodować zagrożenie, że przepis ten będzie wykorzystywany w walce z przeciwnikami politycznymi oraz przeciwko osobom krytykującym działania władzy lub walczącym o swoje prawa. Można sobie wyobrazić sytuację, w której przepis ten będzie narzędziem, po które sięgać się będzie w kontekście protestów, demonstracji czy też innego sposobu okazywania sprzeciwu wobec decyzji władzy i wprowadzanych zmian”. Negatywnie o wspomnianym zapisie wyraziła się też prof. Teresa Gardocka, która stwierdziła, że „Wygląda na to, że feminizm może być uznany za ideologię nawołującą do użycia przemocy (np. strajków i demonstracji ulicznych) w celu wpływania na życie polityczne (np. dokonanie zmiany restrykcyjnej ustawy zakazującej aborcji) lub społeczne (np. informowanie o możliwości dokonania aborcji za granicą)”. Z kolei sędzia Sądu Najwyższego prof. Włodzimierz Wróbel w wywiadzie dla TVN24 powiedział, że „Przepis wygląda pozornie niewinnie, ale może tu chodzić o ograniczenie organizowania zgromadzeń publicznych”. Z kolei prof. dr hab. Jacek Giezek, Kierownik Katedry Prawa Karnego Materialnego Uniwersytetu Wrocławskiego stwierdził, że całkowita uznaniowość i dowolność interpretacji przez organ procesowy tak nieprecyzyjnych znamion rodzi niebezpieczeństwo, że przepis ten przerodzić się może w narzędzie zwalczania swobody światopoglądowej, dławienia form oporu czy nieposłuszeństwa obywatelskiego (zob. https://www.prawo.pl/prawo/feminizm-karany-jak-symbole-komunizmu,516261.html)

To wszystko są oczywiście bardzo trafne uwagi. Czy jednak zakaz publicznego propagowania ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne jest czymś gorszym od zakazu propagowania ideologii nazistowskiej, komunistycznej lub faszystowskiej? Niezależnie od tego, czy tak jest (a ocena tego jest oczywiście kwestią subiektywną), to jasne wydaje się jedno: pomysł wprowadzenia do kodeksu karnego takiego zakazu najprawdopodobniej nie pojawiłby się bez pomysłu wprowadzenia do k.k. zakazu publicznego propagowania ideologii nazistowskiej, komunistycznej i faszystowskiej oraz istnienia już wcześniej w k.k. takiego m.in. zakazu, jak zakaz publicznego propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, a także np. zakazu „nawoływania do nienawiści”, czy też jeszcze innych zakazów wypowiedzi – np. zakazu rozpowszechniania lub publicznego prezentowania treści mogących ułatwić popełnienia przestępstwa o charakterze terrorystycznym w zamiarze, by przestępstwo takie zostało popełnione (krytykowanego przeze mnie m.in. w tym tekście https://www.salon24.pl/u/kozlowski/376804,kolejne-bezsensowne-ograniczenie-wolnosci-slowa) czy też (również przeze mnie krytykowanego, zob. http://bartlomiejkozlowski.pl/pedo.htm) zakazu publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim. Istnienie bowiem tego rodzaju (czy jeszcze innych – dotyczących np. znieważania władz, obrażania uczuć religijnych, itd.) ograniczeń wolności słowa ma skutek w postaci normalizacji ograniczeń tej wolności. Co dla wolności tej – która w demokratycznym, szanującym prawa jednostki kraju powinna być przecież zdecydowaną regułą, podlegającą uchyleniu jedynie wówczas, gdy jest to niezbędne dla ochrony nie mniej ważnych, niż prawo do swobodnego wypowiadania się wartości (takich np. jak fizyczne bezpieczeństwo ludzi) – w oczywisty sposób nie może być rzeczą dobrą.     

Warszawiak "civil libertarian" (wcześniej było "liberał" ale takie określenie chyba lepiej do mnie pasuje), poza tym zob. http://bartlomiejkozlowski.pl/main.htm

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka