32 obserwujących
34 notki
87k odsłon
  2702   0

Stalin by nie czekał...

Nastroje w tych kręgach obrazują słowa ambasadora RP w Moskwie, Wacława Grzybowskiego, który pod koniec 1938 roku mówił wiceszowi MSZ Janowi Szembekowi, żeZwiązek Radziecki słabnie, a „problem rosyjski dojrzewa”. Grzybowski podkreślał, że „Polska powinna mieć wpływ na losy tego problemu, a przy jego rozwiązywaniu winna zachować samodzielność, nie puszczając Niemiec do Rosji”.

W tym samym czasie jeden z najbliższych współpracowników ministra Józefa Becka, Józef Potocki, mówił, iż „w związku z możliwością dalszego rozkładu Rosji rozważana jest u nas w różnych kołach myśl, czy nie dałoby się przy tej okazji rozszerzyć naszych granic na Wschód, obejmując rejon Kamieńca Podolskiego i Żytomierza”

Podkreślmy – nie znaczy to, że rząd polski rozważał wtedy atak na wschód, ani samodzielny, ani razem z Hitlerem (tego rodzaju propozycje Berlina odrzucał konsekwentnie, co stało się zresztą bezpośrednią przyczyną agresji III Rzeszy na nasz kraj). Ale oznacza to, że co najmniej znaczna część rządzących Polską lewitowała wtedy gdzieś daleko od realiów.

Andrew Nagorski cytował w „Newsweeku” pochodzące z sierpnia 1939 zapiski Jay P. Moffata, szefa wydziału Europy w Departamencie Stanu USA:

„Dzwonił polski ambasador. Nie miał nic nowego do powiedzenia, dał tylko po raz kolejny wyraz przekonaniu swojego rządu, że przecenia się siłę Niemiec. (…) Stwierdził, że niemiecka armia nie jest armią z roku 1914. Oficerowie są słabo wyszkoleni… Najlepszych generałów zlikwidowano, pozostali to tylko partyjne płotki. Niemieckie społeczeństwo nie chce walczyć, a rozpoczynanie wojny w czasach, gdy warunki są już tak ciężkie, że racjonuje się żywność, byłoby samobójstwem”.

„Cała ta rozmowa ujawniała tak przesadnie optymistyczny punkt widzenia i tak wyjątkowo bezsensowne niedocenianie przeciwnika, że jeśli są to postawy typowe dla polskiego myślenia w ogóle, zaczynam mieć bardzo złe przeczucia” – konkludował Moffat.

Zaś H.R. Knickerbocker, amerykański korespondent w Berlinie, wspominał, że wówczas wszystkich zajmowało pytanie, jak długo Polacy zdołają się utrzymać w oczekiwaniu na francuską ofensywę. „Optymiści z polskich kręgów mówili o trzech latach, pesymiści - o roku” – pisał.

Tego rodzaju cytaty można mnożyć.O wielkiej winie polskiej przedwojennej propagandy, która konsekwentnie przygotowywała naród nie tylko na zwycięstwo, ale na zwycięstwo szybkie i łatwe, pisał już w czasie okupacji Aleksander Kamiński w konspiracyjnym wydaniu „Kamieni na szaniec”…

Poświęciłem tyle miejsca opisowi stanu umysłów ówczesnej elity rządzącej i społeczeństwa, bo moim zdaniem w jakimś sensie nadal wpływa on na dotyczącą roku ‘39 refleksję współczesnych Polaków. Był to bowiem stan emocjonalno-intelektualny tak silny, że mimo brutalnego skorygowania go przez niemieckie czołgi, przetrwał gdzieś głęboko w podświadomości narodowej. Nie wpływa raczej na nasze myślenie o obecnej polityce polskiej, ale uaktywnia się, gdy wspominamy rok ’39.

Krótko mówiąc – tak intensywnie przeżywaliśmy wtedy złudzenie mocarstwowości, że nawet i teraz, myśląc o owym historycznym momencie, zaczynamy do pewnego stopnia w nią wierzyć.

Objawia się to przede wszystkim w czasie dyskusji, czy mogło być inaczej. I w pewnym, momentami przeważającym, rodzaju wizji tego „inaczej”.

 

Imperium na Wschodzie…

 

Wielu uczestników tej dyskusji daje bowiem wyraz przekonaniu, że fundamentalnym błędem sanacyjnego rządu było nie wyrażenie zgody na propozycje Hitlera. Na oddanie Gdańska, autostradę przez Pomorze, sojusz antyradziecki i wspólną z Niemcami wyprawę na Wschód. Ten „rewizjonistyczny” nurt polskiego myślenia zapoczątkował Jerzy Łojek, kontynuował prof.Paweł Wieczorkiewicz.

Podstawowe elementy tych koncepcji alternatywnej historii to, po pierwsze, przekonanie, że udział WP, dozbrojonego przez niemieckiego sojusznika, zadecydowałby o klęsce ZSRR. Po drugie – że sojusz z Niemcami nie zaowocowałby udziałem Polaków w holocauście. A po trzecie – że potem udałoby się z sojuszu z Niemcami wyplątać, zmieniając w odpowiednim momencie sojusznika na aliantów zachodnich, i w związku z tym w końcu byłoby optymalnie – Związku Radzieckiego nie ma, a Niemcy rozbite. No i dla Polski świetlana przyszłość…

To w wersji „profesorskiej”. A w wersji popularnej, „popkulturowej” wygląda to tak mniej więcej: Wspólna, niemiecko-polska, defilada na Placu Czerwonym… Wspólna okupacja Rosji… Potężne polskie imperium na Wschodzie…

Zostawiając na boku wersję „popkulturową”, obecną zwłaszcza w powieściach fantastycznych, musze stwierdzić, że żaden z elementów koncepcji „profesorskiej” nie wytrzymuje moim zdaniem krytyki.

Po pierwsze - wątpię w to, aby polska armia, którą w rzeczywistości realnej Niemcy rozbili w puch w ciągu dosłownie kilku dni, była w stanie przy boku tychże Niemców wykazać znacząco większą wartość bojową.

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura