92 obserwujących
472 notki
624k odsłony
1824 odsłony

Przepraszam za ekshumacje

Wykop Skomentuj85

Na temat smoleńskiej katastrofy media znowu zawrzały. Pod tytułem „A jed­nak był tro­tyl” Marek Pyza i Marcin Wikło w marcowym numerze tygodniku Sieci, piszą: „Dowiedzieliśmy się [...], że przed kilkoma tygodniami do polskiej prokuratury nadeszło pismo informujące o cząst­ko­wych wy­ni­kach badań prowadzonych w Forensic Explosives Laboratory (FEL), pod­leg­łej bry­tyj­s­kie­mu ministerstwu obrony jednostce specjalizującej się w badaniach kry­mi­na­lis­tycz­nych zwią­za­nych z materiałami wybuchowymi. Opisują, że na zdecydowanej więk­sz­oś­ci z nich (prze­ba­da­nych już próbek - red.) znaleziono ślady substancji u­ży­wa­nych do pro­du­k­cji materiałów wybuchowych. Jak się dowiadujemy, chodzi o trotyl, ale też inne skła­do­we.”  

Polska prokuratura zamiast zaufać polskim specjalistom i uzyskanym przez nich wy­ni­kom odnośnie zawartości śladów materiałów wybuchowych w próbkach pobranych pra­wie 7 lat temu z wraku naszego tupolewa ustawionego na stojance smoleńskiego lot­nis­ka, wy­sy­ła te zbadane już u nas próbki do ponownego zbadania ich składu przez kil­ka(!) ja­kichś firm za­gra­nicz­nych. Warto zauważyć, że ich odpowiedź nie wnosi nic nowego do tematu smo­leń­skiej kata­strofy - żad­nych nowych informacji. 

Przypomina mi to jak, po opublikowaniu na portalu Salon24.pl przez redaktora Łu­ka­sza Warzechę 19 kwietnia 2010 tekstu: „Zamach” - słowo tabu”, w którym autor sta­wiał wie­le pytań mających w jego ocenie zweryfikować lub wzmocnić krążącą w Polsce już od pierwszych minut po katastrofie hipotezę, że katastrofę tę spowodował zamach Rosjan na polskiego prezydenta. Niemal każdy analizujący wówczas temat, mający mi­ni­mum spo­s­trze­gaw­czoś­ci, mógł stwierdzić, że niebagatelny, a nawet klu­czo­wy wpływ na przebieg zda­rzeń podczas tamtej tragedii miało zaistnienie gęstej mgły na ostatniej części podej­ścia do lą­do­wa­nia. Łącząc to z hipotezą „zamachu” należało przypuścić, że tamtą mgłę musiał sztu­cz­nie wywołać jego sprawca. Przywoływano u rosyjskich spec­ja­lis­tów umiejęt­ność kontrolowania mgły nad moskiewskim Pla­cem Czerwonym w dniach wielkich defilad. Wprawdzie nad Placem Czerwonym rozpędzano zamglenia i chmury deszczowe - ale skoro potrafią mgłę roz­pę­dzić, to - sądzono - również umieją mgłę ut­wo­rzyć.  

Temat smoleńskiej katastrofy jest mi bliski zarówno z ciekawości aspektów tech­nicz­nych jak również ze względów osobistych, o których teraz nie wspomnę, a które mnie za­in­spi­ro­wa­ły po katastrofie, zwłaszcza po zasugerowaniu przez rosyjskiego ge­ne­ra­ła lotnic­twa Aleksandra Aloszyna na konferencji prasowej już kilka godzin po wy­pad­ku hipotezy „błę­du pilota”, którą media natychmiast rozniosły po świecie i która tkwi w nim do dziś. Szczególnie aktywnie hipotezę „błędu pilota”, nawet bar­dziej niż MAK, lan­so­wa­ły ówczesne polskie sfery rządowe, bliskie im media i blogi tzw „lemingów”.  

Jako że technicznymi aspektami tamtej katastrofy zająłem się od samego po­cząt­ku, a również dlatego temat tej mgły mnie wciągnął, bo fizyka atmosfery wykładana na Wy­dzia­le Lotniczym PW przez znakomitego profesora meteorologii, zarazem wy­czy­no­we­go lotnika szybowcowego, prof. Władysława Parczewskiego, była dla mnie przed­mio­tem ważnym. Zagadnieniami fizyki atmosfery zajmowałem się też zawodowo przez wiele lat pracując w Instytucie Lotnictwa w projekcie i realizacji rakiet „METEOR” son­du­ją­cych at­mo­sfe­rę, zarówno w pra­cach projektowych rakiet, badaniem ich trajektorii oraz a­na­li­zo­wa­niem wyników pomiarów.

 Portal Salon24.pl, z którego wyszło kilku znanych później aktywistów „zespołu par­la­men­tar­ne­go”, stał się wtedy jednym z głównych forów dyskusji merytorycznych. Nas­tęp­nego dnia po tekście p. Warzechy opublikowałem w tym portalu tekst pro­po­nu­jący proce­durę weryfikacji hipotezy „sztucznej mgły” a już dwa dni później, po sa­mo­dziel­nym zreali­zowaniu tej procedury zamieściłem wyniki falsyfikujące tę hipotezę.

Na pod­s­ta­wie dostęp­nych fotografii satelitarnych tej mgły o grubości około 400m, pół­noc­nym skrajem dotyka­jącej Smoleńska i rozciągającej się nad pokrytymi grubo śniegiem pa­ru­ją­cy­mi rozlewiska­mi Dniepru o powierzchni ponad 100km² oszacowałem, że dla do­wie­zie­nia wody dla jej wy­peł­nie­nia nie starczyłoby razem wziętych samolotów Rosji i państw NATO. Analizując ra­por­ty meteo dla tego regionu zauważyłem, że tylko w kwie­t­niu 2010 dni z identycznym porannym zamgleniem było sporo: 1.04; 4.04; 9.04; 10.04. Premier Tusk lądujący tam 7.04 miał więc szczęście, że akurat tamtej środy mgły tam nie było.

Dla oceny decyzji naszych pilotów i dyspozytora lotniska ważnym jest, że me­teo żadnego pań­s­twa przed mgłą w tam­tym rejonie tamtego po­ranka nie os­t­rze­ga­ło.

https://www.salon24.pl/u/almanzor/173798,falsyfikacja-hipotezy-sztucznej-mgly

Zdumiało mnie, kiedy kilka miesięcy później polska prokuratura wystąpiła do pro­ku­ra­tu­ry amerykańskiej o zbadanie hipotezy możliwości ustawienia 10. kwietnia 2010 sztucznej mgły na ścież­ce zejścia naszego tupolewa. Uznałem to wtedy publicznie za „obciach” pol­s­kiej prokuratury, która zamiast zapytać o to jakiegoś polskiego ab­sol­wen­ta fizyki lub nawet zdolnego studenta, zawraca tym głowę amerykańskiej prokuraturze narażając siebie i Polskę na śmieszność.

Tym razem oceniam sytuację podobnie. Wskazana brytyjska firma nie badała wra­ku na­sze­go tupolewa spoczywającego na stojance smoleńskiego lotniska Północnego, nie po­bierała z niego próbek, ale tylko potwierdziła, odnośnie składu chemicznego tych pró­bek to samo, co zbadali w nich polscy specjaliści w końcu 2012 roku. Polska pro­ku­ra­tu­ra ko­lej­ny raz wykazuje swoja słabość deprecjonując fachowców krajowych, którzy skład tych pró­bek określili identycznie w skądinąd szablonowym badaniu, którego czas wykona­nia spec­ja­lis­ta chemik oszacował mi na tydzień - w tym 3 dni na sporządzenie raportu.

Ostatnie sekundy życia ludzi na pokładzie naszego tupolewa były straszne. Po ude­rze­niu w błotnisty grunt prawym podwoziem (co spowodowało owinięcie roślinnością pra­we­go koła i prawej goleni samolotu) w punkcie zarejestrowanym przez amerykań­ski system jako TAWS#38 (landing) - a zatajonym przez raport MAK - odbity bezwładnie 30 stopni w le­wo od kie­run­ku lotu nieste­rowalny od tego momentu kadłub samolotu, skierowany kikutem zła­ma­ne­go tym uderzeniem lewego skrzydła do dołu, zadar­ty nosem w górę z włączonymi na max "bezsilnymi" w takim położeniu silnikami, szorując o zie­mię końcówką ogona prze­miesz­czał się w przeraźliwym krzyku zrozpaczonych na po­kła­dzie ludzi. Kiedy kikut lewego skrzydła zawadził o grunt, kadłub kapotował, rozgniótł kok­pit o grunt zatrzymał się potężnym uderzeniem na wrędze lączącej kokpit z pokładem pasażerskim i przewrócił się na plecy. Za­war­tość kokpitu została zgnieciona na miazgę a reszta ka­dłuba poddana została hamowaniu ocenianym na przyspiesznie -100g.

Ciała ludzi poddane zostały stra­sz­liwemu przys­pie­sze­nie hamującemu ponad 100g (dla przykładu po­dam, że ciało człowieka o masie 80kg przy takim opóźnieniu  rozrywane było pasami i roz­gnia­ta­ne uderzeniem siłą ponad 8 Ton). Spo­wo­do­wa­ło to rozrywanie ciał zapiętymi pasami a szczątki ludzkie rozgniatały się ude­rza­jąc w grunt. Wszystkie fotele zostały z kadłuba wyrwane.

W tego rodzaju katastrofach „po­skła­da­nie” ciał nigdy nie jest możliwe, zwła­sz­cza że ich kawałki rozlatują się i są często od­naj­dy­wa­ne po dłuż­szym szukaniu. Naj­bar­dziej humanitarnie wobec zwłok by było aby wszystkie ciała i ich fragmenty zos­ta­ły ra­zem złożone we wspólnym grobie a odnajdywane później ich frag­menty powinny być kremowane. Po ka­ta­s­tro­fie w Lesie Kabackim, ła­godniejszej dla ciał ofiar, wiele ciał pochowano wspólnie, bo tak było trzeba. Po katastrofie smoleńskiej postąpiono niestety inaczej. Na skutek nad­zwy­czaj­noś­ci sytuacji pod­ję­to decyzję indywidualizowania trumien często niezawierających kompletnych zwłok. 


Kiedy w styczniu 2013 ogłoszono iż w leżących przy smoleńskim lądowisku częś­ciach wraku nasi badacze odkryli śladowe ilości trotylu, co niektórzy uważali za pot­wie­r­dze­nie hi­po­te­zy dra Grzegorza Szuladzińskiego mieszkającego w Australii (nota bene mojego ko­legi ze studiów) jakoby przyczyną rozbicia naszego tupolewa były dwa(!) wy­bu­chy ładun­ków tro­ty­lo­wych w jego konstrukcji - nie wytrzymałem. Tam gdzie mogłem starałem się wykazać nie­do­rzecz­ność tej teorii. Wdałem się w e-mailową po­le­mi­kę z drem Szuladziń­skim. On swo­ją hipotezę wybuchu we wnętrzu kadłuba wywiódł z wi­do­cz­nej na fotografii spęczeniu za­cho­wa­ne­go jego fragmentu wykazując mi, że w swej pracy doktorskiej badał podobny cha­rak­ter odkształceń konstrukcji w wyniku wybuchu w jej wnętrzu. Ja ze swojej strony przy­pom­nia­łem, że badaniem odkształceń cien­koś­cien­nych lotniczych cy­lin­dry­cz­nych kon­stru­kcji skorupowych w wyniku ich ścis­ka­nia siłami równoległymi do osi zaj­mo­wa­łem się w mo­jej półrocznej pracy przej­ś­cio­wej w Katedrze Wytrzymałości Kon­strukcji Lotniczych pro­fe­so­ra Zbigniewa Brzoski. Po tej dyskusji, brutalnie wobec mnie przerwanej przez doktora Bi­nien­dę, kontakt nam się ur­wał, ale chyba dr Szuladziński, konsultując zespół par­la­men­tar­ny, hipotezy o wybuchu w kadłubie tupolewa później już nie wspierał. Inni głosili, że wybuchy nie były w kadłubie ale w skrzydle.

W swojej notce Czy Rosjanie wsypali trotyl do wraku tupolewa? wystawionej 12. stycznia 2013 w Sa­lo­nie24.pl, a wcześniej w świątecznym (51/52-2012) numerze ty­god­ni­ka Naj­wyż­szy Czas, odpowiadając na tytułowe pytanie napisałem: „Hipoteza wybuchu trotylu w sa­mo­lo­cie zwalnia od odpowiedzialności Rosjan. Uzbrojenie bomb trotylowych możliwe byłoby tylko w hangarze na lotnisku Okęcie kontrolowanym przez polskie służ­by. Rosjanie [po ka­tas­tro­fie] przez ponad dwa lata mieli nieskrępowany dostęp do wra­ku tupolewa. Rozpylić w nim „jony wysokoenergetyczne” mogli bez problemu. Przy­pusz­czam, że to wła­śnie Rosjanie puścili tego trotylowego bąka. ­Tylko zbadanie zwłok ofiar katastrofy wy­wiezionych z miejsca tragedii w ciągu kilku godzin po wy­pa­d­ku może być miaro­dajne do de­fi­ni­tyw­ne­go stwierdzenia czy w momencie ka­ta­s­tro­fy i tuż po niej w at­mo­s­fe­rze kabiny pasażerskiej były ślady trotylu.­”

Pisząc, że gdyby trotyl rzeczywiście był w samolocie w chwili katastrofy to wia­ry­go­d­nie można by to stwierdzić tylko w zwłokach pasażerów bezpośrednio po wy­pa­d­ku za­bra­nych z miej­sca zdarzenia nie spodziewałem się, że to zdanie spowoduje decyzje przy­mu­so­wej ekshumacji wszystkich 96 ciał ofiar pochowanych po katastrofie. W prze­pro­wa­dzo­nych 96 ekshumacjach śladów ma­te­r­ia­łów wybuchowych w ża­d­nych zwłokach ofiar nie wykryto, co dla badania przyczyn katastrofy jest zna­mien­ne.

Przepraszam za moje teksty które, bez moich po temu intencji, praw­do­po­do­b­nie spo­wo­do­wa­ły decyzję o przymusowej ekshumacji wszystkich 96 ofiar i trau­mę ich rodzin. Zrobiono to niepotrzebnie, bo hipotezę „wybuchu” można było wy­klu­czyć w prostszy sposób.

j4171541-1728



Wykop Skomentuj85
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka