28 obserwujących
35 notek
188k odsłon
2041 odsłon

Czterech jeźdźców Apokalipsy

Wykop Skomentuj10

Rankiem, gdy się niechętnie budzisz, pomyśl sobie: budzę się do trudu człowieka. Czyż więc czuć się mam niezadowolonym, że idę do pracy, dla której się zrodziłem i zesłany zostałem na świat? … Czyż zrodziłeś się dla przyjemności? Czyż nie do trudu, nie do pracy? Czyż nie widzisz, jak roślinki, wróbelki, mrówki, pająki, pszczoły czynią, co do nich należy, a stosownie do sił swoich przyczyniają się do harmonii świata? A ty nie chcesz czynić tego, co jest człowieczym (losem)?” (Rozmyślania, V, 1)


Zaraza i wojna

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami. Nieprawda, nieszczęścia chodzą stadami, a przynajmniej czwórkami. Czterej są jeźdźcy Apokalipsy: Głód, Zaraza, Wojna i Śmierć. Klęski żywiołowe sprowadzają nieurodzaj i głód. Głód równa pole dla zarazy. Zaraza potęguje głód, co wzmacnia zarazę. Głód i zaraza to objawy śmiertelnej dla państw choroby, która nazywa się słabość. Słabość prowokuje do ataku wrogów zewnętrznych i do buntu wrogów wewnętrznych. Przynosi wojnę. Wojna wzmacnia głód i zarazę. Koło się zamyka. Wszystko to razem równa się śmierci, równie powszechnej jak chleb. I tak to idzie. Jak pożar lasu. Las płonie, póki nie wypali się wszystko, co może się spalić.  

    Pierwsze nieszczęście to był katastrofalny wylew Tybru, który miał miejsce albo na jesieni 161 roku, albo na wiosnę 162 roku, czyli na samym początku panowania Marka Aureliusza. Tyber wylał z brzegów i zalał większość Rzymu, powodując głód, jak piszą historycy. Mylenie skutków i przyczyn. Rzeka wylała na skutek wyjątkowo obfitych opadów deszczu. Właśnie te ulewne opady deszczu spowodowały nieurodzaj, plony zgniły na polach, niewiele udało się zebrać, oraz dały katastrofalny wylew Tybru. Co wywołało późniejszy głód, który musiał sięgać do zbiorów roku kolejnego, a może i na następne lata. Fatalna zapowiedź na samym początku, w pierwszych latach rządów Marka Aureliusza, tak świetnych z pozoru. Głód panował jeszcze długo potem, gdy ulice Rymu już obeschły z powodzi a miasto wróciło do normalnego życia. W tym samym roku 161 zaatakowali Partowie. Marek Aureliusz rozkazał przerzucić legiony znad Dunaju na wschód do Syrii, by wzmocnić posiłkami tamtejsze wojska rzymskie. Nie miał innego wyjścia, cała wschodnia ściana imperium waliła się. Po pięcioletniej wojnie zawarto zwycięski dla Rzymu pokój w 166 roku. Marek Aureliusz rozkazał powrócić legionom nad Dunaj, bowiem w barbarzyńskich plemionach na północ od Dunaju, a zwłaszcza w państwie Markomanów, burzyło się, wrzało i zbierało się na wielką burzę. Przy okazji wydzielone, najlepsze jednostki uświetniły tryumf cesarzy Marka Aureliusza i Lucjusza Werrusa w Rzymie w 166 roku. Było to normalne postepowanie cesarzy. Granic wówczas strzegło 30 legionów plus drugie tyle wojsk sprzymierzonych w sumie około 300 tys. żołnierzy. W czasie małych zagrożeń tyle wystarczało. Gdy wybuchała wielka wojna, cesarze przerzucali legiony a to Syrii, a to nad Ren czy na limes naddunajski, tam, gdzie akurat groziła nawała. Przemarsz legionu znad Dunaju do Syrii, lub z powrotem, mógł trwać i pól roku, lub dłużej. Nie było przecież ani kolei, ani samochodów.

   Tym razem poszło jednak inaczej niż zwykle. Wracające ze wschodu wojsko wiodło ze sobą zarazę, pochodząca prawdopodobnie z Chin. Po raz pierwszy wybuchła ona wojskach rzymskich oblegających miasto Seleucję nad Eufratem w 165 roku. Epidemia stała się owym przysłowiowym kamykiem, który pociągnął lawinę wydarzeń ku wielkiemu kryzysowi państwa w kilkadziesiąt lat później. Rok później zaraza dotarła do Rzymu, by następnie ogarnąć całe imperium. Często uważa się, że zaraza zwana epidemia Antonimów to była dżuma, ale raczej to nie była dżuma, lecz inna choroba zakaźna. Znamy dokładny opis choroby pochodzący od największego lekarza okresy rzymskiego Galena. Galen obserwował wybuch zarazy w Rzymie w 166 roku i trzeba mu wierzyć. Galen fachowo zanotował objawy: gorączka, biegunka, zapalenia gardła, wraz z krostkowatymi lub suchymi wykwitami po dziewięciu dniach. Suche krosty na ciele świadczą, iż to nie była dżuma. Obecnie uważa się, że była to ospa, albo odra, raczej typując ospę. Jeśli to była ospa, to było to pierwsze zetknięcie Europejczyków z tą chorobą. Ludzie zazwyczaj utożsamiają ospę z jej najłagodniejszą postacią – ospą wietrzną. Zapominają, że ospa to straszliwa choroba. Istnieje kilka rodzajów ospy. Śmiertelność na ospę prawdziwą sięga nawet 95%! Oczywiście u osób nieszczepionych, ale w czasach Maraka Aureliusza nikt nie słyszał o szczepieniach. Poza tym ospa bardzo łatwo się przenosi, jest bardzo zaraźliwa. Rezultaty były straszliwe. Galen zaobserwował, że śmiertelność wynosiła 25%, umierał jeden na czterech chorych. Leków nie było żadnych, nic nie działo. Albo chory zwalczył chorobę siłami organizmu, albo nie. Ówcześni lekarze i ich „kuracje” tylko pogorszali stan chorego. Właśnie na początku opanowania cesarza Marka Aureliusza, około roku 165 n.e. tuż przed wybuchem epidemii, imperium rzymskie osiągnęło maksymalne zaludnienie. Jak się szacuje, zamieszkiwało go około 61 milionów ludzi,. Zaraza zabiła co najmniej 5 milionów ludzi, w przybliżeniu 10 % mieszkańców. W niektórych regionach wymarła 1/3 populacji. Opustoszały miasta i wsie, nie tylko na skutek śmierci od zarazy, ale też panicznej ucieczki, która sprzyjała rozprzestrzenianiu się choroby. Takie zarazy nazywa się współcześnie pandemią. Pandemią Antoninów najmocniej dotknięte zostały najgęściej zaludnione i najbogatsze regiony w tym największe miasta imperium: Rzym, Aleksandria i Antiochia. W Rzymie, w szczycie zarazy umierało dziennie dwa tysiące ludzi! Rzym liczył wówczas 400, góra 500 tysięcy ludzi, czyli mieścił się miedzy Szczecinem a Gdańskiem, jeśli chodzi o liczbą mieszkańców. Wedle naszych pojęć nie był wielkim miastem. Co by się działo, gdyby współcześnie w takim Gdańsku umierało dziennie 2000 ludzi? I to przez dwa, czy trzy miesiące, dzień w dzień? Epidemię historycy nazwali zarazą, czy pandemią Antoninów, umyślnie błędna nazwa. W VI wieku za ponawiania cesarza Justyniana w cesarstwie wschodnim wybuchła pandemia dżumy. Nazwana ja epidemią Justyniana od imienia panującego cesarza. Justynian był zresztą jedną z ofiar dżumy. Zatem i ta pandemia powinna nosić nazwę pandemii Marka Antoniusza, ale historycy niezmiernie lubiący cesarza – filozofa nazwali tę epidemię epidemią Antoninów.

    Trudno przecenić wpływ pandemii Marka Aureliusza, będę się trzymał tego terminu, na życie polityczne, społecznie i gospodarcze imperium rzymskiego. Było równie dewastujące jak epidemia „czarnej śmierci”, w 12 wieków później. Epidemia trwała około 15 lat, gdy wygasła ostatecznie około 180 roku nic w imperium nie było takie jak wcześniej. Jeśli to była ospa, to na ciałach i twarzach tych co przeżyli chorobę zostawiła blizny, dzioby po ospie. Okropnie szpecące. Musiała to być katastrofa, zwłaszcza dla kobiet. Można powiedzieć, że pandemia Marka Aureliusza złamała kręgosłup imperium. Imperium rzymskie przetrwało, ale ciężko poszkodowane, kalekie. Wypaczone. Inne. Nigdy już nie wróciło do dawnej potęgi. W dwa wieki później, w 350 roku liczyło około 40 milionów mieszkańców, 2/3 stanu z początku panowania Marka Aureliusza. Pandemia zmieniła nieodwołanie również balans sił między imperium rzymskim a barbarzyńcami na północ od Dunaju i na wschód od Renu. Pandemia przekroczyła Ren i Dunaj, ale plemiona barbarzyńskie rozproszone na dużych obszarach i nie mające wielkich miast ani skupisk ludzkich, ponieśli niewielkie straty od zarazy. Teraz barbarzyńcy byli znacznie mocniejsi, lub inaczej to Rzym był o wiele słabszy.

    Wspominałem, że zaraza najmocniej pożerała ludzi w ludnych miastach. Były jeszcze dwa centra zarazy. Pierwszym z nich to były obozy wojskowe. Żołnierze przynieśli zarazę ze wschodu. W osiemnaście wieków później, pod koniec I wojny światowej sytuacja powtórzyła się. Obozy wojskowe i koszary stały się wylęgarnią nowej pandemii, zwanej grypą hiszpanką. Powracający do domów żołnierze przynieśli epidemię, na którą umarło więcej ludzi niż zginęło od bomb i pocisków w czasie całej wojny. Tu wirus ptasiej grypy, tam, prawdopodobnie, wirus ospy. Żołnierzy kochają nie tylko panienki, lecz także wirusy. Marek Aureliusz spodziewając się uderzenia barbarzyńców ściągnął ze wschodu wysłane wcześniej tam legiony i skoncentrował je razem z pozostałymi na miejscu jednostkami, również tymi ze świeżego zaciągu. Logiczne, militarne posunięcie. Lecz nie w czasie zarazy. Żołnierze przynieśli ze sobą zarazę, która w skupisku ludzi stłoczonych w koszarach na niewielkiej przestrzeni wybuchła niczym stogu siana. Żołnierze służyli 20 lat, mieli żony, czy konkubiny i dzieci. Obok obozu wojskowego mieścił się drugi obóz, cywilny kilkukrotnie liczniejszy. Wszyscy i cywile i żołnierze padali ofiarą zarazy. Niewiele o tym wiemy, rzymscy kronikarze tylko o tym napominają, ale straty musiały być ogromne. W cywilach mniejsza, ale straty pośród legionistów były nie do przeceniania. Bez wyciągania mieczy z pochew rzymskie legiony poniosły większe straty od zarazy niż w najcięższej i przegranej wojnie.

   Wobec grozy zarazy i ogromnej liczby zmarłych i chorych załamała się rzymska dyscyplina, szerzyła się masowa dezercja. Rzymska dyscyplina była… bezlitosna. Nasz rzecznik Praw Obywatelskich zgłupiałby do szczętu, gdyby słyszał, jak traktowano legionistów. Za uśniecie na warcie – śmierć. Winowajcę musieli zatłuc na śmierć koledzy z drużyny, których naraził! Wszystkie przewinienia karano okrutną chłostą i/lub śmiercią. W każdym legionie na etacie zatrudniano kata, który miał pełne ręce roboty. Ale czasami kat nie dawał rady i musiał zatrudniać pomocników. Najsurowsza karą była decymacja, czyli dziesiątkowanie. W jednostce, która stchórzyła, co dziesiątemu, losowo wybranemu, żołnierzowi kat odrąbywał głowę na pniaku. W legionie liczącym około 5000 żołnierzy łatwo policzyć, ile to głów do odrąbania. Nic dziwnego, że kat się czasem nie wyrabiał. Karą za dezercję była śmierć, i to okrutna. Dezerterów krzyżowano, lub dla rozrywki zmuszano do walki przeciw sobie, czy rzucano na pożarcie dzikim zwierzętom. Egzekucje dezerterów, jak twierdzą historycy, dały początek walkom gladiatorów na arenie. Wobec grozy zarazy wielu żołnierzy wolało dezercje i tylko prawdopodobną śmierć w przypadku złapania, niż pewną śmierć w armii od choroby. Zresztą w ówczesnej sytuacji za bardzo nie było komu ścigać i łapać dezerterów. Licząc łącznie zmarłych, chorych i dezerterów rzymskie legiony mogły stracić od połowy do nawet 2/3 stanów. Lub więcej. Takie straty oznaczają, że stały się niezdolne do walki. Prócz prostych żołnierzy zaraza zdziesiątkowała też kadrę: oficerów i podoficerów. Trzeba było lat na odrobienie strat i odbudowę zdolności bojowych legionów. Dezerterzy uciekali głownie do barbarzyńców. No bo gdzie mieli się schronić? Ci, co wracali do domów stawali się karmą dla niedźwiedzi, czy lwów.

    W każdym traktacie, jaki Rzym zawierał z barbarzyńcami uparcie powtarzał się jeden punkt: barbarzyńcy mieli wydać rzymskich uciekinierów. Podobnego punktu w druga stronę nie było. Widać w którym kierunku uciekano: do barbarzyńców. Nie w drugą stronę. Powinno to dać historykom do myślenia, bo ludzie zawsze uciekają z gorszego do lepszego, ale… szkoda gadać. Upór z jakim Rzymianie ten punkt forsowali, świadczy o tym, że pozostawał martwą literą. Barbarzyńcy pod przymusem zgadzali się na papierze wydać uciekinierów, ale gdy uścisk Rzymu malał pogodnie to ignorowali. Dezercja z rzymskiej armii wielce służyła wrogom Rzymu. Po pierwsze osłabiała rzymskie legiony. Po drugie, dezerterzy byli źródłem nieocenionych informacji na temat rzymskiej armii: jej uzbrojenia, taktyki, stanu oddziałów i umocnień, zapasów żywności i broni, nawet charakterystyki dowódców. W drugą stronę to nie działo. Rzymianie niewiele, lub nic nie wiedzieli o barbarzyńcach i ich planach. Nic dziwnego, że na początku ponosili klęskę za klęską.

    Do zarazy doszła wojna z potężnym i przebiegłym przeciwnikiem. Nieszczęście przyciąga nieszczęście. Markomani, plemię germańskie, stworzyli najpotężniejsze państwo mniej więcej na terenach dzisiejszych Czech i Moraw. Markomani brzmią jak narkomani, co może śmieszyć, ale Markomanów, poza podobnym brzmieniem fonetycznym nic nie łączy z wycieńczonymi, chudymi jak szczapy, obojętnymi na wszystko poza narkotykiem współczesnymi narkomanami. Markomani to groźni wojownicy, silni i wytrzymali na trudy, waleczni i gardzący śmiercią. Ich wodzowie działali z wielką rozwagą. Najpierw poszukali sojuszników. W roku 167 Markomani sprzymierzywszy się z Kwadami i mniejszymi plemionami germańskimi, oraz z sarmackimi Jazygami roku sforsowali Dunaj i zaczęli palić i łupić północne prowincje imperium. Istotny był zwłaszcza sojusz z Jazygami. Germanie włączyli głównie pieszo, zaś sarmaccy Jazygowie dysponowali liczną i świetną kawalerią. Sarmaci to lud koczowniczy pochodzenia irańskiego, ale tak samo nienawidzili Rzymu jak Germanie. Jazygowie najechali Dację. Markomani ze sprzymierzeńcami przekroczyli Alpy i dotarli do Akwilei, ważnego strategicznie i potężnie obwarowanego miasta w pobliżu dzisiejszej Wenecji, paląc i niszcząc. Pierwszy raz od trzech stuleci barbarzyńcy najechali Italię! Marek Aureliusz czynił gorączkowe wysiłki, by ochronić Italię. Nowa rzymska armia złożona z nowych zaciągów i gwardii pretoriańskiej skoncentrowała się w Akwilei, ale dalej była dziesiątkowana przez zarazę. W tej niezwykle groźnej sytuacji Marek Aureliusz nie zawahał się poświecić własnej gwardii pretoriańskiej, by przekonać się, że gwardziści umierają na zarazę równie łatwo jak legioniści. Dwa lata później, w 169 roku, sytuacja była tak krytyczna, a wojska tak dziesiątkowane przez zarazę, że Marek Aureliusz zarządził przymusowy pobór do armii gladiatorów, kryminalistów, a nawet niewolników. By zdobyć fundusze, nakazał sprzedaż na licytacji wyposażenia pałacu cesarskiego: zastawy, naczynia, kobierce, ale również bezcenne rzeźby, wazy, obrazy, czy inne dzieła sztuki. Marek Aureliusz nakazał również obniżenie zawartości srebra w denarze, który to numer powtarzało tak wielu cesarzy, królów, czy władców po nim. Współcześni prezydenci, czy premierzy robią dokładnie to samo. Ale nie muszą psuć monety. Mamy przecież postęp i od czasów Johannesa Gutenberga drukarnie. Współcześni władcy mogą wydrukować tyle papierowych pieniędzy ile potrzebują, bo dysponują maszynami drukarskimi. Psucie monety nie daje chwały, ale przynosi wielki zysk władzy. Daleko większy zysk niż publiczna licytacja dzieł sztuki z cesarskiej kolekcji. Rzymianie żartowali, a był to czarny humor, że cesarz pozbawia ich igrzysk i zabiera im największe przyjemności po to, by przymusić ich do uprawiania filozofii.

   W roku 169 umiera cesarz Lucjusz Werus. Młody, 39 letni mężczyzna nagle umiera po krótkiej chorobie. Podobno na apopleksję, tak głosi oficjalna wersja. Przyboczny lekarz cesarki Galen nic nie mógł zrobić. Śmierć cesarza, mężczyzny w sile wieku, po krótkiej chorobie bardziej wygląda na śmierć od zarazy. Oficjalnie podano inną przyczynę, by nie wzmagać paniki. Nie była to pierwsza śmierć od zarazy w rodzinie cesarskiej, ani ostatnia. Po śmierci przybranego brata Lucjusza Werusa Marek Aureliusz pozostaje sam. Nie ma nikogo na kim mógłby się oprzeć, komu mógłby zaufać.

   Wojna dalej toczy się ze zmiennym szczęściem i ma bardzo dramatyczny przebieg. Niewiele wiadomo dokładnie o tych walkach, brak źródeł. Marek Aureliusz kazał postawić kolumnę na polu Marsowym w Rzymie na pamiątkę wojen markomańskich. Kolumnę ukończono za cesarza Kommodusa. Na szczycie stał pomnik Marka Aureliusza, który się nie zachował, ale kolumna przetrwała w dobrym stanie. Pośród przedstawionych na kolumnie scen znajdziemy cesarza przemawiającego do żołnierzy, marsze, czy pochody legionów, składanie ofiar, oraz, a jakże, ścinanie jeńców! A także dwa cuda: cud pioruna i cud deszczu. W cudzie pioruna Marek Aureliusz wymodlił od bogów pioruny, które zapaliły machiny wojenne wroga. Cud deszczu wydarzył się, gdy Kwadowie otoczyli rzymski legion na pozbawionym wody miejscu. Rzymianie nie mieli już wody, zużyli wszystkie zapasy, był upalny letni dzień. Kwadowie nie atakowali. Czekali. Po co tracić ludzi, gdy pragnienie powali Rzymian? Wówczas wypiętrzyły się chmury i lunął ulewny deszcz. Rzymianie ocaleli dzięki interwencji bogów z tym wszyscy się zgadzali. Niezgoda panowała, co do autorów cudu. Tradycjonaliści przypisywali cud rzymskim bogom, chrześcijanie, bo i tacy wówczas byli, swojemu Bogu. Spór pozostaje nie rozstrzygnięty. Kolumna Marka Aureliusza jest wykutym w marmurze dowodem, jak ciężka i dramatyczna była ta wojna. Nawiasem mówiąc twarz Marka Aureliusza przedstawiona jest na kolumnie 59 razy. Nie licząc okazałego posągu na szczycie. Nieźle jak na skromnego cesarza – filozofa, którego ideałem było umiarkowanie, cnota i rozum.

   W roku 170 Markomanowie na polu bitwy niszczą armię rzymską złożoną z trzech legionów, zabijając około 20 tysięcy żołnierzy i znów docierają do Akwilei. Widać rzymscy bogowie zaspali. Ale to już ostanie sukcesy barbarzyńców. Rzymianie odzyskują oddech i rzucają coraz to nowe siły. Pomaga im gasnąca zaraza. Do końca 171 roku Rzymianie powrócili nad Dunaj przywracając granicę imperium. W następnym roku zaczęły się wyprawy odwetowe wojsk rzymskich na terytoria barbarzyńców. Wojska rzymskie stosują taktykę spalonej ziemi. Nie biorą jeńców, zabijają wszystkich: mężczyzn, kobiety i dzieci, niszczą plony, palą co się da, by tych co uciekli zamorzyć głodem. Zasadę: jeśli wróg się nie poddaje, to trzeba go zniszczyć, Rzymianie stosowali od początku swego panowania. Wymordowali tak wiele ludów, które stawały im na przeszkodzie, lub ośmieliły się buntować: od Kartagińczyków przez Żydów po Daków za cesarza Trajana. Metodyczne ludobójstwo było jednym z elementów rzymskiego sytemu rządzenia. Cele kolejnych kampanii wybierano tak, by rozbić sojusz wrogich plemion. Wojska rzymskie zmusiły do zawarcia odrębnego pokoju najpierw Jazygów, potem Kwadów. Sukcesy były tak duże, że cesarz Marek Aureliusz przybrał przydomek: Germanicus i odbył w 176 tryumf w Rzymie. Cesarz – filozof bardzo lubił te tryumfalne wjazdy. Na koniec przyszła kolej na Markomanów, przeciwko którym w 178 i 179 wyruszyły wielkie wyprawy wojenne. Dowodził osobiście cesarz Marek Aureliusz, któremu towarzyszy syn i wspólcesarz Kommodus. Marek Aureliusz umiera w marcu 180 roku w obozie wojskowym Vindobona, dzisiaj Wiedeń, szykując kolejną wyprawę na Markomanów. Czy Marek Aureliusz był pierwszym wiedeńskim cesarzem? Po śmierci ojca, cesarz Kommodus wyrusza na Markomanów i przez wiosnę i lato prowadzi intensywną kampanię przeciwko z całą mocą, by… zawrzeć pokój. Markomani, już na skraju zagłady, zgadzają się na wszystkie warunki. Pokój zawarty. Cesarz Kommodus z wojskami wraca za Dunaj i wkracza tryumfalnie do Rzymu.

    Do dziś toczą o to spory. Akademiccy profesorowie, którzy „nie wąchali prochu” i nie zmoczyli sobie stóp w marszu, siedząc w fotelu i popijając kawę, lub coś innego, dowodzą ze swadą, że Kommodus popełnił straszny błąd zawierając pokój. Że zmarnował wieloletnie wysiłki ojca! Kommodus to tyran i błazen, a Marek Aureliusz to geniusz na tronie. Czy Marek Aureliusz planował podbić Markomanów i utworzyć nowe prowincje rzymskie na terenach dzisiejszych Czech i Moraw? Być może. Wątpliwe jednak, czy był w stanie to uczynić. Cesarstwo wycieńczone pandemią i głodem uginało się pod ciężarem wojny. Wojny, która nie przynosiła żadnych zysków, tylko olbrzymie koszty. Jeśli nawet powstałyby nowe prowincje, to Rzym nie byłby w stanie ich obronić przed nieuchronnymi najazdami barbarzyńców. Wizja, że legiony rzymskie przekraczają bramę Morawską, a były już blisko, i wkraczają na tereny dzisiejszej Polski to zupełne fantasmagorie.

   Współczesną analogią jest inwazja wojsk usa na Afganistan. Wojna nie do wygrania, zbyteczna, bo co Ameryce po Afganistanie? Wojna, która ekonomicznie wykańcza Amerykę. Polityczny geniusz okazał nie Marek Aureliusz, lecz Kommodus. Z całą potęgą zaatakował Markomanów, by zmusić ich do zawarcia pokoju. Pokoju który przetrwał kilkadziesiąt lat. Ewenement w tej epoce. Polityka to sztuka osiągania realnych celów, a nie gonienia za mrzonkami, zwłaszcza mrzonkami uniwersyteckich profesorów. Współcześnie amerykańscy władcy nie mają tyle rozsądku, co „szalony” Kommodus i dalej topią potęgę ameryki w afgańskim bagnie. Dwanaście lat panowania Kommodusa to jednej z nielicznych okresów w dziejach imperium rzymskiego, kiedy panował pokój! Pokoju i spokoju, odbudowy i budowy nowego życia mieszkańcy imperium potrzebowali najbardziej. Kto zatem okazał się lepszym władcą imperium i ojcem narodu: szlachetny ojciec, czy jego zdeprawowany syn?

   „Aleksander Macedoński i jego poganiacz mułów po śmierci ten sam los osiągnęli. Zaiste bowiem wchłonięci zostali w tę samą myśl twórczą wszechświata albo rozproszyli się w równy sposób w atomy.” (Rozmyślania, IV, 12).

Prawie sto lat później cesarz Aurelian (Lucius Domitius Aurelianus, 214-275, panował od 270) porzucił rzymską prowincję Dację, zdobytą jeszcze przez cesarza Trajana. Stało się to około 271 roku. Wobec najazdu Gotów cesarz Aurelian uznał, że nie jest w stanie obronić Dacji. Zamiast bronić prowincji nie do obrony, cesarz Aurelian ewakuował Dację i wycofał za Dunaj rzymskich osadników, kupców i żołnierzy. Na porzuconą i bogatą Dację rzuciły się plemiona barbarzyńców prowadząc między sobą zajadłe wojny trwające kilkadziesiąt lat. Oto szczególny przypadek rozsądku politycznego. Cesarz Aurelian zamiast „walczyć do ostatniego żołnierza” rzucił Dację na łup barbarzyńców, jak kość sforze psów, przedłużając żywot cesarstwa może nawet o 20, czy 30 lat. Cesarz Aureliana mimo krótkiego panowania – ledwie 5 lat, zginał zamordowany przez własnych żołnierzy, co było normalną śmiercią cesarzy w tym czasie – uważany jest za jednego z najwybitniejszych cesarzy strasznego dla cesarstwa III wieku. Kryzys wieku III-go – w ciągu 50 lat panowało ponad 50 cesarzy „legalnych” i/lub „uzurpatorów”, często dwóch, trzech naraz i skutek – ciągła wojna domowa – to również odłożony w czasie skutek pandemii Marka Aureliusza. Rozsądek Aureliana to całkowite przeciwieństwo Marka Aureliusza. Marek Aureliusz, po wielkiej pandemii zarazy, chciał walczyć do końca o podbój państwa Markomanów, o nową prowincję nie do obrony na dłuższą metę, trwoniąc bezpowrotnie i tak skromne zasoby imperium. Po co czynił to Marek Aureliusz, który pisał, że Aleksander Wielki i jego poganiacz mułów są tyle samo warci? Są tyle samo warci, ale po śmierci, nie za życia. Żywy cesarz, imperator Marek Aureliusz miał całkiem inną hierarchię wartości niż tę zapisaną w pamiętniku, dla potomnych. Świadczy o tym jego kolumna na polu Marsowym – tradycyjnym miejscy parad i defilad wojskowych w Rzymie – jak również jego parady triumfalne w stolicy imperium. I ludobójcza kampania Marka Aureliusza przeciw barbarzyńcom.


Wszystkie cytaty za:

Marek Aureliusz, Rozmyślania, tłumaczenie Marian Reiter,


  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.  


Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura