29 obserwujących
40 notek
192k odsłony
157 odsłon

Produkt skrojony do potrzeb

Wykop Skomentuj6

Więc mamy znowu wybory. Tak, wiem. Od więc, nie zaczyna się zdania! Więc mamy nowe wybory na prezydenta RP! I drugi etap, czy druga turę, albo drugą rundę. Dlaczego właściwie znowu musimy iść do wyborów? Bo ktoś kiedyś sobie wymyślił, że ma być dogrywka, gdy żaden z kandydatów w pierwszej turze nie przekroczy 50 procent poparcia? Wybory się dobyły. Ktoś zyskał najwięcej głosów, więc wygrał, reszta przegrała. Koniec. Po co dogrywka? Jeśli jest druga runda, to może zrobić jeszcze trzecią? Czwartą, piątą? Albo piętnaście rund jak w meczu bokserskim? Ten, co to wymyślił, to był z głęboki mędrzec, z gatunku głębinowych nurków myślowych, profesor prawa z najlepszego naszego uniwersytetu, co miał wszystkie prawa w… palcu. Niekoniecznie małym palcu. Spośród szacownego grona profesorów, profesorowie tzw. nauk prawnych to szczególny gatunek. Jak akwariowe ryby g(ł)upiki, inaczej zwane: pawie oczko, pośród ssaków naczelnych. Profesor to ten, co zna się na swojej dziedzinie nauki. W przypadku nauk prawnych rzecz przedstawia się zgoła odwrotnie. Cóż, jak nauka, tacy profesorowie. No i taka ordynacja wyborcza, spłodzona w męce twórczej przez profesorów praw i konstytucjonalistów, która nam, zwykłym ludziom, odbija się czkawką.

   Wracamy do wyborów. Mamy dwóch kandydatów i zaciętą kampanię wyborcza, w której toczy się walka o każdy głos. Pierwszy to pan D., urzędujący prezydent RP, wybraniec jakże szczęśliwie rządzącej nami od pięciu lat partii instytucjonalno – rewolucyjnej. Nie żartuję, naprawdę była kiedyś taka partia, rządziła bardzo, bardzo długo. Czy szczęśliwie? Dla swoich działaczy na pewno. Było to w Meksyku. Meksyk, jak to Meksyk. Teraz mają tam wojnę domową, dla niepoznaki zwaną walką z gangami narkotykowymi. Po burzy jest pogoda, powiadają, ale to działa i w drugą stronę. Po latach spokoju i szczęścia (sic!) po dziesięcioleciach zrównoważonego rozwoju, pod wodzą wszechmocnej i wszechmądrej partii rządzącej, przychodzi burza. Pan D. i jego partia, propaguje zrównoważony rozwój w naszym, kraju, no i niezmiernie dumny jest z planu 500+, czyli płacenia na cudze dzieci w imię solidarności społecznej! Zdając się nie zauważać, że w ten sposób promują tych, co nie mają własnych dzieci. Bo ci płacą tylko raz – na cudze. Ci, co mają swoje dzieci, płacą dwa razy: na swoje i na cudze. A najlepiej maja ci, co jak te trutnie: tylko zapylają, a potem znikają. Same plusy, zero kosztów własnych. Są przecież rozliczne państwowe fundusze. Jest solidaryzm społeczny. Cwaniacy, oszuści i złodzieje zawsze i wszędzie mają lepiej: i za reżimu i za demokracji. Czemu nie? Kim jestem, by temu się sprzeciwić? By sypać piachem w tryby! By zatrzymywać walec postępu!? By tłumić ludzkie odruchy? Czy sprzeciwiać się solidarności z tymi, co mają mniej?! Skoro władza chce, by płacić na cudze dzieci? I to władza najlepsza, bo wybrana w demokratycznych wyborach!? Niech tak będzie. Trzeba płacić. Nie unikniesz podatków, ani śmierci. Pamiętam takie hasło z czasów komuny: WSZYSTKIE DZIECI SĄ NASZE. Komuna upadła. Hasło zostało. Władza wie lepiej! Podsumowując wizje kandydata D. i partii zrównoważonego postępu można by rzec: słodko i zaszczytnie jest płacić alimenty na cudze dzieci. Jest to obowiązek każdego dobrego obywatela, a nawet człowieka. Po za tym nie warto być antyspołecznym, czy antyludzkim indywiduum. Władza, każda władza, tak demokratyczna, jak totalitarna, takiego aspołecznego typa usadzi. I dostanie po łapach. Oj, będzie bolało. Co mu się słusznie należy! No, chyba, że ta, czy inna partia postanowi inaczej. Bo to wszystko zależy od wyników wyborów. A wybory przed nami.

   Tu dochodzimy do drugiego kandydata, pan T, kandydat partii zwanej platformą. Wielu, zwłaszcza z tak zwanej prawicy dostaje na jego widok białej gorączki. A ja lubię kandydata na prezydenta T. Kandydata na prezydenta i zarazem prezydenta naszej stolycy, alias warszafki. Kandydat - prezydent T. jest zrobiony tak, aby go lubić na pierwszy rzut oka. Młody, w średnim wieku, ale wygląda młodziej, przystojny, z dwudniowym zarostem, coś a’la buntownik, oswojony buntownik, taki kanapowy, ale zawsze. Ostatnio kandydat T. zaczął się golić. Kampania ma swoje wymagania. Poprzednia kandydatka postępowej platformy liberalnej, pani Ka-Be też mi się podobała. Był(a) to naprawdę świetna kandydat(ka) na prezydenta RP. Wybrana w partyjnych wyborach. Platforma ściągnęła na nasz grunt amerykański wynalazek prawyborów pośród członków partii na kandydata na prezydenta. Pani Ka-Be wygrała te prawybory. Nie było lepszej od niej kandydatki, ani kandydata. Pani Ka – Be, posągowej postaci kobieta, zaczęła od 30 % poparcia a skończyła na dwóch! Co tylko wychodziła do dziennikarzy – a wywiady, wystąpienia, to praca kandydata – to zaraz śmiech. Bardzo lubiłem wystąpienia arystokratycznej damy polskiej polityki. Nikt nie miał pojęcia, co pani Ka – Be powie. Członkowie jej sztabu wyborczego pewnie nie spali po nocach z lęku, co nazajutrz ich kandydatka chlapnie do mikrofonów. Wydawać by się mogło, że to nic trudnego. Nauczyć się tekstu, wyjść i powiedzieć coś do rzeczy. Gdy dziennikarze naciskają, mówić to, co się chce, na tematy luźno powiąże i te nie wiążące. Abecadło polityka(czki) – pływanie w morzu słów. Albo sztuka wodolejstwa. Są też pomoce techniczne. Pani Ka – Be, była marszałkini Sejmu, kobieta obyta w polityce od 20 lat powinna to mieć opanowane. Okazało się, że nie. Pani Ka – Be częściej mówiła od rzeczy, niż do rzeczy. Jak to się stało, że taka głupia baba była marszałkiem Sejmu, drugą osobą w państwie? Niezgłębione są ścieżki opatrzności. Ale z panią Ka – Be nie było ani chwili nudy. Był to wielki atut tej niesłusznie odrzuconej kandydatury.

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka