29 obserwujących
35 notek
201k odsłon
  658   0

Wodny świat

Są takie zdjęcia Ziemi, naszej planety. Ziemia z Kosmosu, na przykład wykonane przez kosmonautów, Ziemia widziana z Księżyca. Ale tu Ziemia jest duża, to całkiem spora planeta. Są i inne zdjęcia Ziemi, wykonane przez satelity, czy sondy, które wysyłamy do innych planet naszego układu gwiazdowego, a nawet na krańce układu. Na tych zdjęciach Ziemia jest mała, i coraz to mniejsza. Na koniec jest tylko świecącym punktem, malutką drobiną jaśniejąca odbitym światłem, tak jak my widzimy inne planety na naszym niebie. Najbliższego Marsa, czy największego Jowisza, gdy zbliżywszy się jakiejś koniunkcji planety te błyszczą na niebie jak dziwne gwiazdy widoczne nawet gołym okiem.

    Wiem, że tak jest. Gołym okiem tego nie zobaczę. Za słaby mam wzrok. Ale i ja również mogę to zobaczyć na zdjęciach, na ekranie monitora. Właśnie teraz mamy koniunkcję Jowisza i Saturna. Rzadkość, poprzedni taki układ planet był 800 lat temu, jak powiadają astronomowie. Inni mówią – gwiazda Betlejemska, ta sama gwiazda co wskazywała drogę trzem królom, czy magom, w drodze do Betlejem, aby pokłonić się nowonarodzonemu Jezusowi, synowi Boga jedynego i Maryi. Wracając do zdjęć Ziemi z Kosmosu. Moje ulubione zdjęcia to Ziemia na tle czarnego Kosmosu; Ziemia wielkości monety, pięciozłotowej, czy dwuzłotowej, mała, ale jeszcze na tyle duża, by widać było szczegóły: białe, czy szare smugi chmur i błękit oceanów. Nasza Ziemia. Drobina w kosmosie. Jasny krążek zawieszony w czarnej otchłani Kosmosu jaśniejący bielą i błękitem, niby drogocenny klejnot. W całym wszechświecie nie ma drogocenniejszego klejnotu niźli nasza mała, niebiesko – biała planeta. Biały, czy biało-szary kolor to kolor chmur. Chmury to para wodna, woda w stanie gazowym. Niebieski to kolor wody w stanie ciekłym. Ziemia to wodna planeta, wodny świat. Woda (H2O) – związek wodoru i tlenu. Wodór (1H, Z = 1) to najpowszechniejszy pierwiastek, budulec Kosmosu. Tlen (8O) to lekki pierwiastek, razem z węglem (6C), czy azotem (7N) występuje powszechnie. Wodór plus tlen daje wodę, jeden z najpowszechniejszych związków chemicznych we Wszechświecie. Nic dziwnego, że mamy tyle wody. Natura, ta idealna oportunistka, zawsze wykorzystuje to, co ma pod ręką, co jest w nadmiarze. Życie powstało w wodzie, życie jest w wodzie, nawet gdy opuściło oceany. Niebieski – kolor wody to kolor życia, podobnie biel, i zieleń. I inne kolory. Tylko czerń – barwa kosmosu i oślepiająca biel wybuchających gwiazd, wybuchu supernowych, to kolor śmierci.

    Nam ludziom trudno w to uwierzyć, żyjemy bowiem na lądach. Dwie trzecie naszego ciała stanowi woda. Nasze płyny ustrojowe odtwarzają skład morskiej wody, dlatego krew jest słona. Ciekawe, że w podobnym procencie, jaki w naszym ciele stanowi woda, oceany i morza pokrywają powierzchnię naszej planety. Zaiste, wodny świat. A my żyjemy na tej naszej małej planecie i wędrujemy wraz z naszym statkiem kosmicznym po odmętach kosmosu, niby dziwaczni kosmici, jak te drobne żyjątka, czy skorupiaki, co przyczepiwszy się do dna okrętów wędrują wraz z nimi po morzach i oceanach. Tyle że w skali bez porównania mniejszej.

    Kiedyś powiedziałem coś podobnego, a pewna studentka odparła z oburzeniem: nie jestem kosmitką! Była ładna, starannie i z gustem ubrana, młoda, atrakcyjna kobieta pewna swego miejsca i roli w życiu. Oburzało ja porównanie z jakimiś zielonymi Marsjanami, czy innymi kosmitami z siedmioma czy dziewięcioma par niby to czułków, czy odnóży, jak to się widuje w marnych filmach, czy komiksach. Jest pani kosmitka, ja też jestem kosmitą. Wszyscy jesteśmy kosmitami – powiedziałem. Ale nie sądzę, abym ja przekonał. A przecież jesteśmy kosmitami wędrującymi przez otchłanie Kosmosu na statku kosmicznym o nazwie Ziemia. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd. Jesteśmy Kosmitami być może dziwniejszymi niż owe śmieszne, zielone marsjańskie ludziki, i bardziej potworniejszymi i okrutniejszymi niż najgroźniejsi Obcy.

    Kiedy się patrzy na zdjęcie Ziemi, drobnej monety w czerni Kosmosu, dominuje uczucie kruchości życia. I Ziemi. Tak niewiele trzeba, aby nas wymazać, nas, jako gatunek, i życie. Zamienić Ziemię – żywy, niebiski klejnot w piekło Wenus, czy lodową martwiznę Marsa. Wystarczy byle okruch skalny, wielkości kilometra lub większy a wyparujemy jak kiedyś dinozaury. Takich kosmicznych śmieci jest bez liku, a są przecież inne zagrożenia. I ta myśl, że nic nie znaczymy, ani jako ludzkość, ani jako pojedynczy ludzie. Czy jesteśmy, czy nas nie ma. Bez różnicy. Mieszkańcy małej planety, krążącej wokół pośledniej gwiazdy na peryferiach zwyczajnej galaktyki jednej z miliardów podobnych. Skala Kosmosu to skala wykładnicza. Czterdzieści, pięćdziesiąt, czy sześćdziesiąt rzędów wielkości, albo liczba z sześćdziesięcioma zerami. W tej skali, nie tylko my, ale cała Ziemia mniej znaczy niż ziarnko pisaku na plaży, niż pojedynczy komar w porze deszczowej w lesie nad Amazonką, niż drobina pyłu w najpotężniejszej burzy piaskowej nad Saharą. A przecież Syn Boży nam się narodził. Dwa tysiące lat temu, w nędznej mieścinie zwanej Betlejem. W pośledniej rodzinie, a złożono go w żłobie, bo brakło miejsca w gospodzie.  

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo