29 obserwujących
40 notek
204k odsłony
  134   0

Inny świat

Kiedy chodziłem do szkoły, było to lata temu w czasach komuny, ważnym elementem wychowania, czy kształcenia, było wychowanie w duchu patriotyczno – komunistycznym. Temu celowi służyły uroczyste akademie w rocznicę wybuchu rewolucji październikowej, czy dnia zwycięstwa, obchodzone oczywiście 9 maja, porządkowanie grobów żołnierzy armii czerwonej, oraz spotkania z weteranami. Do szkoły przychodzili starsi panowie przy orderach, o ile pamiętam były to raczej miniaturki orderów opowiadający o latach wojny i okupacji niemieckiej. Ile oni mogli mieć lat? Zakładając, że urodzili się w latach dwudziestych XX wieku, to w latach siedemdziesiątych mieli mniej więcej tyle samo lat, co ja dziś, trochę mniej, lub trochę więcej. Dzieciom wydawali się bardzo starzy. Weterani byli dobierani: jak wojsko, to z Ludowego Wojska Polskiego, jak byli partyzanci, to z Armii Ludowej, i tak dalej. Bojownicy walki o wolną i demokratyczną Polskę Ludową przychodzili, opowiadali te same historie tymi samymi słowami, odpowiadali na te same pytania i odchodzili na kolejne spotkanie w następnej szkole. Czy to była tylko propaganda? Nie, nie tylko. Była w ich opowieściach prawda, ale co z tej prawdy o wojnie mogły zrozumieć dzieci w wieku dziesięciu, dwunastu lat? Sami nauczyciele, ci starsi, także mogliby wiele opowiedzieć. Były w szkole dwie starsze nauczycielki. Swoje przeszły, jak każdy, kto przeżył tutaj czas wojny i okupacji, ale milczały. Jedna z nich pięknie opowiadała, ale… bajki, bajki i przeczytane książki.

    Wśród lektur szkolnych poważną część stanowiła literatura wojenna. Jak wiersze, to oczywiście Władysław Broniewski i „Bagnet na broń”. Nawiasem mówiąc, Broniewski to wspaniały poeta, jeden z najlepszych ze straconego, z wybitego pokolenia dwudziestowiecznych polskich poetów. Był Mieczysław Moczar i jego „Barwy walki”, wspomnienia komunistycznego partyzanta z AL-u – czysta propaganda, książka całkowicie zakłamana, ale całkiem dobrze napisana, bo to nie Moczar był podobno jej autorem; inna lektura to „Łuny w Bieszczadach” Jana Gerharda, też świetna powieść. Była też literatura obozowa, może nie Tadeusz Borowski, jako zbyt czarny i pesymistyczny dla dzieci – Borowski i jego opowiadania to lektura w liceum – ale były to, chyba, „Dymy nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej. Autorka spisała swoje wspomnienia więźniarki obozu Auschwitz – Birkenau na świeżo, zaraz po uwolnieniu w 1945 roku. Ani dzieci w szkole podstawowej, ani później nastoletnia młodzież w liceum nie chciały tego czytać: tych ponurych, beznadziejnych opowieści o zbrodniach, o śmierci, o poniżeniu, o smrodzie palonych ciał. Ja przeciwnie, łykałem te lektury; więcej, biegałem po księgarniach i skupywałem wydawane wówczas masowo wspomnienia wojenne, w tym literaturę lagrową – pamiętniki więźniów i więźniarek niemieckich obozów koncentracyjnych. Żyjący wówczas więźniowie sowieckich łagrów, których przeżycia były równie ekstremalne, milczeli. Ich wspomnień nie wydawano, przynajmniej nie w oficjalnym obiegu. Ich po prostu nie było. Była za to przyjaźń polsko - sowiecka scementowana na wieki wspólnie przelaną krwią!

   I to mi pozostało. Oto fragment, znaleziony niedawno, opracowania naukowego o chorobie głodowej więźniów w niemieckich obozach koncentracyjnych, którego autorem jest prof. Jan Olbrycht: „Wskutek niedostatecznego odżywienia pod względem ilościowym i jakościowym i zmniejszonej stąd odporności ustroju zrozumiała jest kolosalna zapadalność więźniów na najrozmaitsze schorzenia, rozszerzanie się nawet drobnych spraw ropnych w rozległe ropowice i nagminne występowanie choroby głodowej. Choroba ta występowała w dwóch postaciach. Albo w postaci obrzęków ogólnych, zaczynających się od kończyn dolnych i posuwających się coraz wyżej, albo w postaci suchej, w której głodujący wyglądał jak szkielet kostny z naciągniętą skórą. U osób tych zanikała podściółka tłuszczowa, mięśnie wiotczały, i cieńczały, występowało coraz znaczniejsze osłabienie, twarz przybierała wygląd maskowaty, oczy w dal wpatrzone, o źrenicach rozszerzonych, apatia i senność, zwolnienie i osłabienie wszelkich procesów życiowych, a zwłaszcza psychicznych. Chorzy tacy źle widzieli i słyszeli, apercepcja, asocjacja, tok myślenia i w ogóle wszelkie reakcje były u nich zwolnienie, stąd nadano im ogólnie przyjętą nazwę muzułmanów, stąd także powolne wykonywanie zleceń, co było mylnie uważane za dowód biernego oporu i stawało się powodem bestialskich udręczeń przez esesmanów i funkcyjnych.” (Jan Olbrycht, „Sprawy zdrowotne w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu”, „Przegląd lekarski”, Kraków, 1962, nr 1a, s. 37)

    Suchy, medyczny opis choroby głodowej. Dwie postacie choroby głodowej. Pierwsza postać z obrzękami, począwszy do nóg posuwającymi się ku górze w Auschwitz występowała raczej rzadko. Umierający z głody wyglądał jakby był otyły! Tylko na pierwszy rzut oka. Obrzęknięte nogi, przypominające nogi słonia, utrudniały więźniowi poruszanie. Kto się nie ruszał, nie mógł też pracować, ani nawet udawać, że pracuje, był więc szybko mordowany przez esesmanów i więźniów funkcyjnych. Ten typ choroby głodowej występował może w szpitalu obozowym, czyli rewirze, ale też tylko do pierwszej selekcji – wybiórki chorych do gazu, czy do szpili – śmiertelnego zastrzyku w serce. Drugi, suchy typ choroby głodowej, był powszechny. Na wszelkich zdjęciach Z KL Auschwitz – Birkenau i innych obozów, widać te żywe szkielety obciągnięte skórą, z wydatną klatką żeber, z nogami najgrubszymi w kolanach, jak u konia. Absolutne minimum wagi niezbędne do przeżycia. Aż dziwne, że ci ludzie stoją, że się poruszają, że żyją. Ludzki organizm posiada jednak niezwykle możliwości i niesamowite rezerwy. Ale jeszcze pół, kilogram wagi w dół i ci ludzie umrą. Możliwości organizmu i rezerwy mają swoje granice.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale