25 obserwujących
41 notek
173k odsłony
158 odsłon

O przyjaciołach i sojusznikach

Wykop Skomentuj

   Nasz minister obrony narodowej w zeszłym tygodniu zakupił od Amerykanów za potężne pieniądze z dziesięć baterii rakiet średniego zasięgu, co wprawiło go w szampański humor i powiększyło kolekcje plastikowych zabawek w stylu militarnym na kominku. Te dziesięć baterii i ze czterdzieści rakiet wystarczyłoby, gdyby na nasz kraj chciała napaść na przykład Andora. Albo księstwo Lichtenstein żywiło wobec nas wrogie zamiary… Tak, te dziesięć baterii rakiet  utemperowałoby ich wrogie plany. Ale nie graniczymy z Andorą, czy z księstwem Lichtenstein, ani żadne z tych państewek za przeproszeniem nie planuje nas zaatakować, o ile wiem. Każdego cieszy coś innego, nic tak nie podnieca statystów z partii rządzącej jak mityczny fort Trump. Amerykanie, gdy zadzwonili do naszego ministra sprawa zagranicznych, by powiedzieć mu, że organizuje konferencję bliskowschodnią w Warszawie, na pewno wspomnieli o forcie Trump.

   Z fortem Trump jest jak z duchami. Wszyscy o nim piszą, a nikt go nie widział. Nasi włodarza chcieliby fort Trump z siłą korpusu, jakieś dwie, trzy dywizje, z dużą ilością broni ciężkiej. Atoli nie pogardzili byt nawet jedną dywizją, najlepiej pancerną. Amerykanie przebąkują co najwyżej o brygadzie, jedna trzecia dywizji, a i to tylko, gdy czegoś pilnie chcą, jak na przykład zorganizowania konferencji pokojowej w ich interesie. Jacyś Amerykańskie wojska chyba są w naszym kraju, albo bywają. Wiadomo o tym po wypadkach drogowych. Wydawało by się, że Amerykanie od dziecka obeznani z samochodami są dobrymi kierowcami. Nawet tego nie umieją. Co raz słychać, że amerykański pojazd wpadł do rowu,  albo utknął pod przejazdem. Skasował cywilny, polski samochód, lub kilka, bowiem woskowe pojazdy są duże i ciężkie, często opancerzone. Czasem, że amerykanie pobili się w jakieś knajpie z naszymi. O gwałtach,  kradzieżach, czy morderstwach na razie jakoś nie słychać, a są to częste przypadki amerykańskich usa-menów poza granicami. Nawet jakby się coś takiego zdarzyło, będzie cicho sza, bo to przecież sojusznicy, poza tym nasz rząd godził się na to, żeby sądziły ich tylko amerykańskie sądy. Nasz wymiar sprawiedliwości nic amerykańskim żołnierz zrobić nie może, cokolwiek by nie uczynili. Nasze władze chwalą się głośno tym, ze bywa u nas rotacyjnie, czyli czasami, amerykański batalion. Batalion nie brzmi groźnie. Prawdę mówiąc, batalion to tyle co nic, ukuto więc nową nazwę: Batalionowa Grupa Bojowa.

   Tak brzmi już lepiej, prawda? Batalionowa Grupa Bojowa brzmi o wiele lepiej niż batalion, nawet Amerykanów. BGB w skrócie. Jeszcze lepiej: Batalionowa Grupa Bojowa Amerykańskich SuperMenów, czyli BGBASM. Na pewno Rosjanie trzęsą się ze strachu, jak osiki, gdy słyszą o Batalionowej Grupie Bojowej amerykańskich wojsk stacjonujących rotacyjnie w Polsce. A jakby wprowadzono BGBASM to ci nieszczęśni ruscy wojacy powariowaliby do szczętu z rozpaczy. Rzuciliby to wszystko, porzucili cały ten obwód kaliningradzki i uciekliby aż do Moskwy. Albo i uciekaliby dalej i nie ustaliby, aż dotarliby nad Ob, czy Jenisej, i dopiero tam w głębi syberyjskiej tajgi poczuliby się bezpieczni i chronieni przed straszliwa Batalionową Grupa Bojowa Amerykańskich SuperMenów. Taka grupa bojowa złożona z Supermena – nadczłowieka (niem. Übermensch) człowieka – pająka, człowieka – mrówki, człowieka - budki telefoniczne, tego gościa z okrągła tarczą - kapitan Ameryka, jeszcze kobieta kot, człowiek – chomik, człowiek – debil, diabeł z dna piekieł i inni super hiper amerykańscy bohaterowie w przerwie między jedną a druga ciętą ripostą dadzą radę nie tylko całej potencji rosyjskiej, ale również armii wściekłych, krwiożerczych mutantów, Marsjan – zombie.

   Nic dziwnego, iż w obliczu takie ofiary naszego sojusznika zza wielkiej wody nasz rząd bez słowa sprzeciwu zgodził się na organizację w Warszawie Bliskowschodniej Konferencji Pokojowej, czy wojennej, zależnie jak kto mówi. I głośno się chwalili, jaki to nas zaszczyt spotkał, że awansowaliśmy do pierwszej ligi państw, ba. Co poniektórzy w randze  ministra już przebąkiwali, ze jesteśmy już mocarstwem. Prawie mocarstwem. Mocarstwem in spe. Potem poszło już z górki. Dyplomaci przyjechali, nażarli się, napili, nagadali i pojechali. Problem pokoju na Bliskim Wschodzie? Tak samo bliski rozwiązania przed konferencją warszawska, jak po. Wszystko byłoby zatem tak, jak się tego można było spodziewać, gdyby nam, gospodarzom, przy okazji w podzięce za gościnę nie napluto w twarz. Kto? Ci, którzy mogli, czyli rząd usa w osobie wiceprezydenta, drugiej osoby w państwie, oraz premiera Izraela. Trzeba przyznać, iż byle komu nie pozwalamy sobie pluć w twarz, duma w rządzących rośnie i pewność siebie, być może to skutek owego sławetnego powstania z kolan. Splunęli nam w twarz tylko uprawnieni: Obywatele z najwspanialszego kraju na ziemi i premier Izraela, reprezentujący najwyższą ludzką rasę.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale