5 obserwujących
30 notek
30k odsłon
  595   1

Gdzieżeś jest – ideale?

William Blake, "Isaac Newton", 1795
William Blake, "Isaac Newton", 1795

Powiedzieć, że w życiu publicznym w Polsce czegoś brakuje, to nic nie powiedzieć (właściwie bardziej konstruktywnie chyba byłoby mówić o tym, czego nie brakuje, aczkolwiek wtedy lista tematów wyczerpałaby się dość szybko), niemniej są rzeczy, których brakuje bardziej i takie, których brakuje mniej. Ta zaś, której brakuje chyba najbardziej, jest idealizm – w sensie nie wiary w idee (aczkolwiek to też), ale ideały, tak zwane wartości wyższe. Właściwie, jako społeczeństwo nie myślimy w kategoriach ideałów już właściwie zupełnie, a skutki są niezmiennie tragiczne.

Złapałem się na tym niedawno podczas rozmowy. Tak to wyszło, że dotyczyła ona istoty instytucji małżeństwa. „No dobrze”, zapytała nagle moja interlokutorka, „ale w ogóle PO CO się żenić albo wychodzić za mąż?”. Na co oczywiście zacząłem wyjaśniać: że stabilność życiowa, że kwestie prawne i majątkowe, że można się odwiedzać w szpitalach, załatwiać nawzajem niektóre swoje sprawy i tak dalej – aż nagle, w pewnym momencie, urwałem w pół słowa; bo oto spłynęła na mnie, naprawdę niby jakaś epifania, krystalicznie czysta i jasna myśl (dawno nie miewałem takich jasnych myśli), że to jest w ogóle nie to, jak o tym powinienem mówić. Małżeństwo stanowi bowiem rzeczywistość przede wszystkim egzystencjalną, a nie prawną. I idea jej, a właściwie ideał: ideał związku między dwiema osobami, który ma głębię tak ogromną, że staje się związkiem istnienia, związkiem samego bytu, pewną mistyczną unią, dzięki której możemy powiedzieć, że małżonkowie istotnie jak gdyby współ-istnieją, że razem kroczą po swoich ścieżkach w labiryncie kosmosu, jest godna afirmacji nie dlatego, że jest praktyczna, politycznie korzystna, obyczajna, odpowiedzialna – ale przede wszystkim dlatego, że jest PIĘKNA, w tym starym znaczeniu, w jakim Grecy mówili o czymś, że jest kalokagathos (czy w tym wypadku kalokagatha), a zatem łączącym piękno z dobrem, z wysoką doskonałością moralną. I nie ma sensu zadawać tutaj pytania „po co?”. Wysokie ideały moralne urzeczywistnia się dlatego, że są wysokimi ideałami moralnymi, że pozwalają dążyć do pełni człowieczeństwa, do pełni naszej istoty – i nie potrzebują żadnego innego uzasadnienia.

Niestety, jako społeczeństwo (a chyba już jako naród, ponieważ wchodzi to do narodowej kultury) daliśmy się, jak powiadam, wplątać w takie głupie myślenie w kategoriach „po co”. I ofensywa na tym froncie idzie ze wszystkich stron. Ideały, czy po prostu wyższe wartości, tak zwane dobro samo w sobie, onegdaj zupełnie oczywisty element europejskiego myślenia, nie mają się dzisiaj najlepiej. Lewica i ogólnie pojęte środowiska postępu atakuje je jako „konstrukty społeczne”, będące wyrazem kulturowej hegemonii jednej klasy społecznej, narodu (kolonializm), ostatnio także płci. Prawica, nieodmiennie strojąca się w piórka „obrońców tradycji” i „dziedziców klasycznego rozumu”, obśmiewa je jako utopijne mrzonki, niemające związku z życiem. W każdym niemal środowisku, w każdej dowolnej szkole myślenia, króluje utylitaryzm, który teraz odkrywa się, jak gdyby był nie wiadomo czym. Kategorię naczelną stanowi korzyść: indywidualna czy zbiorowa, finansowa, polityczna, ogólnożyciowa, czy – czasami stosowana z nią wymiennie (błędnie zresztą) – przyjemność. Na aksjologię, na wartości sensu stricto, miejsca nie ma. I nieprzypadkowo może napisać sobie w dzisiejszych czasach pewien popularny polski publicysta (to było dawno dość temu, ale kto chce, ten chyba znajdzie), i nikogo to nie oburza, że jedną z najgorszych cech Polaków przez wieki był brak pogardy wobec „nieudaczników, ‘loserów’”, która stanowi przecież jeden ze znaków rozpoznawczych na przykład społeczeństwa angielskiego (no i której czym prędzej musimy się nauczyć). Nie ma, chyba, rzeczy bardziej niechrześcijańskiej, niż takie pieprzenie. No ale, jak powiedzieliśmy, kto by sobie chrześcijaństwem (takim prawdziwym, nie pustym rytuałem) głowę zawracał.

Oczywiście, nic się nie dzieje bez przyczyny i opisany tutaj wyżej kryzys myślenia moralnego wynika z bardziej fundamentalnego kryzysu metafizyki. Wartości wyższe bowiem, w ostatecznym rozrachunku opierają się na afirmacji rzeczywistości ducha. Mówimy bowiem o czymś, co jest dobre zawsze, wszędzie i w każdym warunkach – czymś, co (według trafnej formuły bodaj Gilsona) doskonali człowieka dokładnie jako człowieka, a zatem ma wymiar ogólnoludzki, dotyka człowieczeństwa po prostu – jako człowieczeństwa. Takie pojęcie człowieczeństwa może nam dać natomiast jedynie duch. Świat materialny nie dostarcza niczego (nawet jeśli przyjmiemy Arystotelesowską teorię poznania), co samo w sobie nadawałoby mu sens, czy chociażby pozwalało je wytworzyć. Materia z samej natury nie zna trwałości, niezmienności, powszechności, uniwersalności, egzystencji jako takiej. I jeśli znajdujemy przynajmniej prefigurację takich jakości w przyrodzie, to dlatego, że przyroda jako taka przepojona jest myślą i duchem. To są rzeczy tak kompletnie oczywiste, że aż wstyd je tłumaczyć. Ale jednak trzeba je tłumaczyć. Ponieważ choć to, co widzialne z konieczności odsyła do tego, co niewidzialne, ponieważ nawet najmniejszy element obserwowalnej rzeczywistości jest nie do wyobrażenia bez towarzyszącej mu idei, człowiek współczesny robi ogromnie dużo, aby o tym zapomnieć. Zapominając zaś, zaczyna się wynaturzać. I taki człowiek wynaturzony – skarlały, zdegenerowany, z przedziwnym maskowanym egotyzmem („Potwór drogi samemu sobie”, napisze Maritain) nazywa się „materialista”.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo