Maciej Sobiech Maciej Sobiech
313
BLOG

Pozytywne myślenie, czyli "herezja" współczesności

Maciej Sobiech Maciej Sobiech Kultura Obserwuj notkę 39

Dzisiaj, nareszcie, dajmon mnie puścił i nie muszę pisać o polityce. A więc będzie o czymś, o czym chciałem napisać od dawna, a co należy do mojej ulubionej sfery duchowo-psychologicznego eksperymentu, czyli tzw. juju (oczywiście chodzi tylko o dobre juju).

Pozytywnego myślenia chyba definiować zbyt dokładnie nie muszę, było o nim głośno w Wolsce naszej swego czasu. Chodzi, z grubsza zatem, o wszystkie owe amerykańskie szkoły duchowościowe, głoszące, że myśl kształtuje świat, a nie na odwrót. Wniosek: zmieniając swój sposób myślenia, możemy zmienić także swoje życie -- i to bardzo głęboko, łącznie ze sferą faktów. Nauczyciele pozytywnego myślenia uczą, że zmieniając umysł -- oczywiście umysł głęboki, podświadomy -- człowiek jest w stanie odmienić swój status materialny, dokonywać samoleczenia i uzdrowień, znaleźć miłość swojego życia, słowem: osiągnąć wszystko, czego w życiu pragnie. Najlepszą chyba książką nt. pozytywnego myślenia, jeżeli ktoś potrzebuje referencji, jest The Power of Your Subconscious Mind Josepha Murphyego (1963).

Ludzie zazwyczaj zajmują wobec pozytywnego myślenia pozycje skrajne: niektórzy się z tej koncepcji śmieją, inni jej nienawidzą, jeszcze inni ją uwielbiają. Ja osobiście, od momentu, kiedy natknąłem się na pierwszy wykład przedstawiający koncepcje tego ogólnie pojętego nurtu, miałem przeczucie, że, jak większość rzeczy na świecie, pozytywne myślenie ma naturę dialektyczną, czyli pod jednym względem niesie pewne dobro ("coś w tym jest"), ale pod innym wyrządza szkody. Moje późniejsze doświadczenia i przemyślenia utwierdziły mnie w tym przekonaniu, które niniejszym tutaj pokrótce przedstawię.

Zacznijmy zatem od tego, co jest w pozytywnym myśleniu (oczywiście pozytywnego). A są trzy rzeczy. Po pierwsze, pozytywne myślenie przekazuje ważną prawdę o obiektywizmie myśli, w zachodniej kulturze już praktycznie zatraconą. Z perspektywy tego systemu, myśli i uczucia są czymś równie realnym, jak drzewa i kamienie, no i tak to przecież dokładnie jest, co wiedzieliśmy jeszcze do stosunkowo niedawna, zanim człowiek ubrdał sobie, że wszystko, co stoi bytowo stopień wyżej od kamienia, jest iluzją. Po drugie, istotnie, zgodnie z intuicjami pozytywnego myślenia, owa myśl obiektywna kształtuje rzeczywistość, co potwierdzają nawet badania prowadzone w paradygmacie materialistycznym, np. przez Carla Gustava Junga. Jung bardzo dobrze wykazał, zresztą poniekąd za Freudem, że nieświadoma sfera w człowieku dąży, w pewnym sensie, do wyrażenia się w sferze faktów, prowokując pewne zachowania i wydarzenia. Logicznie zatem, to, co kryje się w sferze naszej nieświadomości, wpływa na jakość i historię naszego życia. Po trzecie zaś, w związku z tym właśnie dlatego tak ważne jest kultywowanie czegoś, co za Steinerem moglibyśmy nazwać ogólnie pozytywnym stosunkiem do świata jako do, w ostatecznym rozrachunku, dzieła Dobrego Boga: Positivitaet, ponieważ owo pozytywne nastawienie przynosi daleko idące skutki egzystencjalne (wielkim piewcą owej Positivitaet był również Chesterton, który coraz częściej ostatnio mi się na myśl nasuwa, nie wiem czemu).

Problemem z pozytywnym myśleniem natomiast jest to, że stanowi ono herezję.

Co to jest herezja? 

Oczywiście, wszystkie owe terminy można sobie definiować dowolnie. Heretyk to, z greckiego, ktoś, kto z doktryny wybiera sobie jeden ulubiony element i buduje wokół niego teorię. Z tego względu, Jerzy Prokopiuk, na przykład, rozumiał herezję w sensie pozytywnym, jako świadomy wybór tego, w co chcę wierzyć. Podoba mi się ta definicja, ale nie jej tutaj używam, bo i zresztą to by było bez sensu. Ponieważ herezja ma, oprócz elementu świadomego wyboru, także drugą konotację, nie tak pozytywną, mianowicie: wyolbrzymienie tego naszego ulubionego elementu, rozdęcie go do rangi pierwszej zasady. I w tym sensie, pozytywne myślenie ma naprawdę charakter "heretycki", ponieważ wszystkie trzy wymienione wyżej prawdy mają charakter ledwie cząstkowy -- i właściwy sens zyskują w pewnej szerzej perspektywie. Jeżeli natomiast je owej perspektywy pozbawić, zamieniają się w -- no właśnie, nie wiem do końca jak to opisać, ale w coś zgoła raczej złowrogiego. Każdy chyba obdarzony minimum intuicji od razu czuje, jakie kryją się tutaj niebezpieczeństwa. Myśl kształtuje rzeczywistość, OK, i wiele problemów to faktycznie kwestia naszych podświadomych "złogów"; ale czy... wszystkie? Pozytywne myślenie odpowiada, że tak -- i tutaj pojawia się ogromny problem, ponieważ jeżeli tak, jak wytłumaczyć ogrom zła, które dokonuje się dzisiaj na świecie, wojny, obozy koncentracyjne, handel ludźmi, gwałty, kradzieże, złamana i stracone życia, całą tę niezawinioną krzywdę, którą cierpią miliony, o ile nie miliardy ludzi?

Oczywiście w ten sposób, że ona wcale nie jest niezawiniona, tylko również wynika z negatywnego nastawienia... ofiar. Pozytywne myślenie ma zatem złotą radę dla każdej zgwałconej kobiety: przestań się użalać nad sobą, weź pełną odpowiedzialność za swoje życie i zrozum, że to, co cię spotkało, to tylko i wyłącznie twoja wina.

I w tym punkcie moje drogi z pozytywnym myśleniem się rozchodzą. Bo tych negatywnych konsekwencji amerykańskiej "herezji" jest więcej, ale wszystkie stanowią logiczne rozwinięcie tej jednej obserwacji. Gdybym chciał ująć tę stronę pozytywnego myślenia jednym słowem, to bym użył takiego: ABSURD.

Bo to naprawdę jest absurdalne.

Czemu zaś, ostatecznie, pozytywne myślenie popada w absurd? Dokładnie dlatego, że brakuje mu owej szerszej perspektywy, o której wspomniałem wyżej. Owszem, umysł kształtuje rzeczywistość -- ale nasz umysł nie jest jedynym umysłem na świecie. Wszyscy ludzie mają umysły, umysły mają również istoty sporo od człowieka wyższe (kto wie, ten wie), Umysłem jest także Bóg. I mój umysł stanowi tylko jeden element tego niezwykle skomplikowanego systemu. Z tego względu, moje życie również nie jest tylko moje. Ono jest moje do pewnego stopnia, i to jest wielkie personalistyczne odkrycie kultury zachodniej: mogę je kształtować, stanowię, jak pisał wielki Jacques Maritain, "centrum wolności i poznania". Ale z drugiej strony, nie znosi to całkowicie mojej przynależności do czegoś większego. I ponieważ jestem uwikłany w owe wszystkie większe całości, w ich historię i ewolucję, to, co mnie spotyka, w oczywisty sposób nie zależy tylko od mojej osobistej odpowiedzialności, ale zdarza się tak, że ponoszę konsekwencje zdarzeń i sił, z którymi osobiście nie mam związku. Jak pisał Steiner: istnieje karma indywidualna, ale istnieje również karma ludzkości. I prawdziwa mądrość oraz wielkość moralna zasadzają się (a jakże trudno je zdobyć!) właśnie na rozumieniu tych relacji i dostrzeganiu, że sens mojego życia wykracza poza kwestie wyłącznie osobiste, że autentycznie przyczynia się w pewien sposób do ewolucji Człowieka i Kosmosu. Z tego też względu, sens ten nie zawsze oznacza osiągnięcie osobistego szczęścia i zadowolenia. Z różnych względów, w życie ludzkie wpisany jest zawsze pewien element cierpienia, tragizmu, porażki. I tak po prostu jest. I nie wynika to z niczyjej "winy".

Pozytywne myślenie nie jest w stanie zrozumieć tej wielkiej prawdy, dlatego też ma wielki problem z pewnymi elementami Biblii, na którą, w amerykańskim stylu, często się powołuje, szczególnie z takim jednym szczegółem, jakim jest ukrzyżowanie. Kwestia śmierci krzyżowej Chrystusa jest trudna i również, jeśli ją źle rozumieć, niesie ryzyko absurdu, ale ma do siebie przynajmniej to, że komunikuje ową trudną prawdę o nieodłączności od ludzkiego życia pewnej dozy niezawinionego tragizmu. Z tego względu, na przykład taki Murphy, choć sam uważał się za chrześcijanina, robił wszystko, aby przekonać swoich słuchaczy, że ukrzyżowanie jest tylko alegorią i nie dokonało się fizycznie, a czynił to do tego bardzo często w jawny sposób naginając fakty. "Uderz w stół, a nożyce się odezwą", jak to się mawiało. Męczyło, to ewidentne. A męczyło dlatego, że nie zgadzało się z naiwnym przekonaniem, że człowiek może osiągnąć w życiu dosłownie wszystko, czego zapragnie, a każdego cierpienia można uniknąć, jeśli się "myśli pozytywnie".

Oparte na tym przeświadczeniu pozytywne myślenie okazuje się zatem, w ostatecznym rozrachunku, pewną odmianą amerykańskiego materializmu. Finalnie bowiem chodzi w nim wyłącznie o osiągnięcie dóbr materialnych: zdrowia, pozycji, pieniędzy, na tym horyzont się kończy. Te pieniądze, swoją drogą, to jest kolejny problem, o którym można tutaj w przelocie napomknąć -- bo ostatecznie wszystkie owe "szkoły pozytywnego myślenia" okazują się skądinąd podejrzanie sprawne w obracaniu mamoną. Oczywiście, mówi przeze mnie duch nieudacznika i zazdrośnika, to na pewno, tym niemniej we mnie zawsze bliskie sąsiedztwo duchowości i dużych pieniędzy wywoływało pewną wątpliwość. Na tym może poprzestanę: jaki koń jest, każdy widzi.

(Nawiasem dodajmy, że na tej kanwie dość ewidentny okazuje się polityczny wymiar pozytywnego myślenia: ponieważ w swoich dalszych konsekwencjach, służy ono zasadniczo do totalnego usprawiedliwienia amerykańskiego systemu politycznego. Nie będę o tym tutaj pisał, bo to temat na osobną notkę, ale przecież chyba nietrudno zauważyć, że Murphy, Goddard, Holmes, Wattles i prawie wszyscy ci prorocy pozytywnego nastawienia [z kilkoma sympatycznymi wyjątkami, takimi jak William Walker Atkinson, James Allen, Thomas Troward czy Phineas Quimby, którzy chyba naprawdę chcieli stworzyć, nazwijmy to, Coś Więcej] ostatecznie kończyli na tym, na czym powinien kończyć każdy amerykański "patriota": na kulcie milionerów, do których kółeczka zresztą sami często należeli).

Podsumowując stwierdzam, że pozytywne myślenie, niosąc pewne pozytywne pierwiastki, jednocześnie jest owocem zwiedzenia: lucyferycznego (mania grandiosa -- "ja i Bóg jedno jesteśmy", mój umysł kształtuje świat) i arymanicznego (materializm, pożądanie sławy i pieniądza). Dobrze jest czytać te książki, ale tylko po to, aby je później porzucić. Pozytywne myślenie może stanowić sympatyczną odtrutkę na drugie ekstremum: tak charakterystyczny dla naszej kultury i kościelnego chrześcijaństwa doloryzm, kult upokorzenia, upodlenia i śmierci dla samej śmierci. Ostatecznie jednak, okazuje się kolejną skrajnością, czy, jak napisałem: "herezją", równie szkodliwą, jak skrajność/"herezja" przeciwna. Człowiek rozumny szuka dwóch rzeczy: Równowagi i Pełni. W pozytywnym myśleniu dla samego pozytywnego myślenia ich nie znajdzie.

Wędrówka trwa, bo trwać musi.

Maciej Sobiech

"People have called me vulgar, but honestly I think that's bullshit". - Mel Brooks "People think I'm crazy, 'cause I worry all the time -- if you paid attention you' d be worried too". - Randy Newman

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura