Kultura romantyczna
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
9 obserwujących
50 notek
36k odsłon
  232   0

Romantyzacja ludu, czyli (drugi) największy błąd G.K. Chestertona

Mykola Pymonenko (1862-1912), "Ofiara fanatyzmu", ca. 1899
Mykola Pymonenko (1862-1912), "Ofiara fanatyzmu", ca. 1899

Odpowiedź, jak mniemam, wydaje się jasna.

Istota błędu, popełnianego przez Gilberta zasadza się – jak większość błędów – na pomyleniu pojęć, to znaczy: na utożsamieniu tego, co „zwyczajne” z tym, co „normalne” (jest to zresztą błąd bardzo częsty). „Zwyczajne”, to termin czysto faktyczny, empiryczny, oznaczający to, co właściwe większości jakieś grupy. „Normalny” jednak, ma inne znaczenie: opiera się on bowiem nie na faktach, ale na istocie, do której docieramy poniekąd „poprzez” fakty, a poniekąd mimo faktów (takie to, mospanie, paradoksy myślenia). „Normalny” nie oznacza zatem „zwyczajny” ale „najlepszy, najwłaściwszy” dla człowieka – to, co najbardziej zgodne z jego naturą. Jak przedstawia się relacja tego, co normalne, do tego, co zwyczajne? Odpowiedź zależy tutaj oczywiście od filozoficznego punktu wyjścia – perspektywy, którą się reprezentuje – tym niemniej zdrowa filozoficzna tradycja Europy stwierdza jednoznacznie – wydaje się, że nie bez rozsądku – że przynajmniej problematycznie. To bowiem, co dla człowieka najbardziej odpowiednie, najwłaściwsze, najbardziej przystojne (słowem: duch, rozum, intelekt) wymaga pewnych dość wzniosłych zdolności, których większość ludzi nie chce w sobie rozwijać, z tego prostego względu, że – jak każdy gatunek królestwa zwierząt (do którego jednak po części przecież należymy) – mamy skłonność do minimalizowania wysiłku i osiągania wszystkiego jak najmniejszym kosztem. Czy większość jest sensu stricto ZŁA, niska, skazana na wieczną kąpiel w bagnie instynktów i głupoty, to inna sprawa. Na pewno jednak utożsamienie normalności ze zwyczajnością jest po prostu logicznie i faktycznie niezasadne. Prowadzi to do niebezpiecznej romantyzacji rzeczywistości i nie pozwala spojrzeć jej w twarz taką, jaką ona jest, co zawsze generuje bardzo wiele niebezpieczeństw, to jednak przede wszystkim, że może prowadzić do negacji najcenniejszego humanistycznego dziedzictwa cywilizacji europejskiej, jakim jest – związany z odkryciem rzeczywistości duchowej – ideał ciągłej pracy nad sobą, ta starożytna mądrość mówiąca, że człowiekiem się w takim samym stopniu jest, w jakim należy się nim stać. Ideał aspirowania ciągle wzwyż, bezustannego przekraczania własnych ograniczeń. Czyli, krótko mówiąc, kultura sensu stricto. Kultura bowiem, to przecież nic innego, jak uprawa, kultywacja – przekształcanie własnym wysiłkiem danego materiału, tak aby wydobyć z niego tendencje najlepsze, najpiękniejsze, najbardziej twórcze. Ta postawa, jak wszystkie w życiu postawy, może mieć swoje własne przesady i wypaczenia, szczególnie, jeśli – wobec zatracenia właściwego rozumienia ludzkiej istoty – dochodzi do jej swoistej jak gdyby „materializacji”: stanu, w którym pracę nad naszym bytem psychoduchowym traktuje się na podobieństwo ćwiczeń fizycznych, czy zgoła prostego dodawania części do części. Niewątpliwie i jestem ostatnim człowiekiem, który by to negował. Tym niemniej, to są właśnie ledwie przesady i wypaczenia. Co do istoty swojej jednak, nie ma – powiadam – niczego cenniejszego w dorobku Europy, czy właściwie całej ludzkości (której Europa stała się pod tym względem – ułomnym, ale jednak – reprezentantem), niż właśnie ten opisany wyżej ideał, ideał dobrze pojętej autokreacji.

Czy w pismach Chestertona można ten ideał znaleźć? Niestety, ale, przynajmniej według moich doświadczeń (a przecież znam jego dorobek, powiedzmy, nie najgorzej) nie za bardzo. Dokładnie ze względu na ten błąd, który opisaliśmy wyżej. I o to mam, szczerze powiedziawszy, do Gilberta po ludzku – po prostu – żal. Był bowiem jednym z niewielu ludzi, którzy mogli na ten temat powiedzieć ogromnie ciekawe rzeczy. I powiedzieć się ich nie zdecydował. W wyniku filozoficznego błędu dość zresztą banalnej natury. To wielka strata. I nie pozostaje jego miłośnikowi nic chyba zgoła, niż tylko wyobrażać sobie, co by było, gdyby Gilbert, nieskrępowany więzami „lojalności” wobec owego „zwykłego człowieka”, którego obraz sam sobie wytworzył, pokierował swą myślą inaczej i napisał kilka książek, których nie napisał. Nie ma wielkiego sensu w gdybaniu, ale jednak – no cóż; zawsze ciężko jest pogodzić się ze zmarnowanym potencjałem. I to w więcej, niż jednym znaczeniu. Wydaje mi się bowiem, że akurat w tym wypadku, owe błędy intelektualne miały bezpośrednie przełożenie na życie autora „Człowieka, który był czwartkiem”. Niechęć do wysiłku, autokreacji, przełamywania własnych ograniczeń – cechowało to wszystko nie tylko myśl i pisma Gilberta, ale chyba niestety także i jego czyny. Może to i głupie rozważania, niemniej nie raz się już zastanawiałem: a co, gdyby jednak trochę mniej pić, trochę mniej palić, trochę zdrowiej jeść i od czasu do czasu przynajmniej pobiegać czy w ogóle zadbać o nieco ruchu – czy naprawdę byłoby to aż tak ogromnym ustępstwem na rzecz abstynencji, wegetarianizmu, teozofii i innych tych wszystkich „elitarystycznych” tendencji ówczesnego świata, z którymi Chesterton walczył i które, niepotrzebnie, nieco demonizował? Osobiście, nie sądzę. A chyba byłoby lepiej zobaczyć, co miałby Gilbert do powiedzenia światu w wieku 70 i 80 lat. Tak sobie nad tym medytuję i smutno mi się robi.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura