Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
16 obserwujących
70 notek
54k odsłony
  426   1

Jestem Ferdydurke

Źródło: gettyimages.com
Źródło: gettyimages.com

No bo oczywiście – jako się rzekło, odświeżam sobie powoli dzieła mojego ulubionego pisarza, więc po „Trans-Atlantyku” musiał przyjść czas i na to: na jego powieść – na pewno najsłynniejszą, a według niektórych (acz nie mnie) najlepszą. Lekturę jej skończyłem jakiś czas temu, tym niemniej jakoś nie miałem nastroju, aby o niej pisać, w związku z czym niniejszym szybciutko nadrabiam to wielkie przeoczenie, wracając przy okazji do moich ulubionych pogadanek o literaturze.

No i cóż o niej napiszę? Raczej niewiele, bo o książkach tak ważnych w swoim życiu autor może pisać tylko bardzo krótko albo bardzo długo, no a na długości nie mamy tutaj miejsca. Dla mnie to nie jest książka, tylko życie – wielka synteza całego ludzkiego istnienia; żaden autor (powiadam) nie oddał tak doskonale jego natury. Rozumiem ją, po prostu, czuję, w sensie bardzo głębokim – od poczucia wiecznego „zagębowania” i niezgodności z sobą, przez pupę – wszechmoc i wszechobecność lekceważenia – po poczucie rozpadu rzeczywistości na „cząstki” – niesubstancjalności, nietrwałości, nad-analizy – wszystko to znam i pojmuję całym sobą, w sensie egzystencjalnym, a nie ledwie intelektualnym. Nie wspominając już o tym doskonałym poczuciu humoru i onirycznej nonsensowności, która najpełniej zresztą, ze wszystkich form artystycznych, „naśladuje życie”, jeśli brać ten termin w jego znaczeniu pierwotnym, a nie oświeceniowym. Krótko mówiąc: uważam, że Gombrowicz miał rację. I sądzę, że to najwyższa pochwała, jaką można sformułować pod czyimkolwiek adresem.

Oczywiście, z diagnozą egzystencjalną człowieka łączy się jeszcze wymiar polityczny (w sensie szerokim) tego niezwykłego dzieła, bezlitosna demaskacja pustki, nonsensu i obłudy wszelkich form społecznych, opartych na sztucznym wytwarzaniu poczucia sensu (przede wszystkim, rzecz jasna, edukacji). Tutaj też napotykamy mistrzostwo zgoła niedościgłe – i bystrość obserwacji, przed obiektywizmem której człowiekowi pozostaje wyłącznie pochylić głowę.

To jest, jak powiadam, książka kompletna, która powinna stanowić trwały i nietykalny element kanonu polskiej literatury. Niestety, o ile rozmawiałem trochę o niej ze studentami (z przyczyn oczywistych w stopniu bardzo ograniczonym) nie znalazłem pośród nich zbyt wielu jej entuzjastów. No cóż, tak to bywa, że i dzieł naprawdę genialnych się powszechnie nie docenia. A może to kwestia sposobu, w jaki nauczana jest literatura w szkołach średnich? Tak czy inaczej, jest to smutne zjawisko – bo bez „Ferdydurke” nie ma współczesnej kultury polskiej, a bez współczesnej kultury polskiej… No – jest niewiele, bo człowiek z konieczności musi wpierw, nim dojedzie do pewnej samodzielności, wyrastać we wspólnocie. Mniemam, iż uświadomienie sobie tego faktu pomogłoby nam zrozumieć wiele zjawisk naszego życia zbiorowego. Ale to ledwie dygresja.

Wracając do meritum: no cóż – uprzedzałem, że będę piał. Tym niemniej, moje pienia nie oznaczają bynajmniej bezkrytycznej afirmacji. Skądinąd, nie bardzo rozumiem, dlaczego by miały. Obserwuję to od pewnego czasu – na kanwie tak popularnej, jak i bardziej specjalistycznej: powie człowiek coś zupełnie niewinnie, stwierdzi, że zgadza się z tym lub innym co do tej lub innej kwestii, i zaraz się zaczyna: jakieś przedziwne rozdymanie, rozciąganie tego sądu aż do granic absurdu. Powiem: – Tak, Belloc dobrze opisywał wady współczesnego parlamentaryzmu. Natychmiast pada odpowiedź: – ALE CZY WIESZ, ŻE BELLOC BYŁ FASZYSTĄ?! Albo: – Wiele uwag Marksa jest naprawdę trafionych. – AHA, CZYLI CHCESZ WPROWADZIĆ W POLSCE KOMUNIZM?! Otóż śpieszę poinformować, po raz trzechtysięczny, że nie: jedno absolutnie nie wynika z drugiego i to, że się z kimś zgadzam w danej kwestii, a nawet w bardzo wielu, nie oznacza, że się z nim zgadzam we wszystkim. I podobnie jest z Gombrowiczem – bo choć uważam „Ferdydurke” za dzieło genialne i prawdziwe, to mniemam również, iż nie ma ono także pewne niedociągnięcia, które widać przede wszystkim, jeśli chodzi o element konstruktywny. Nie znajdujemy w niej, po prostu, odpowiedzi na pytanie, co zrobić, gdy zburzy się już fasadę fałszywych usensownień, póz i form, i stanie oko w oko z prawdą ludzkiego istnienia. Książka jest, mówiąc prosto, skrajnie pesymistyczna, zresztą znanie – i świadomie, o czym świadczy zakończenie, z żałosną ucieczką zagębowanego Józia, opromienionego światłem wszechpotężnej i wszechogarniającej pupy kosmicznej. Moim skromnym zdaniem to wizja dosyć przesadna – no i, jak sądzę, biografia samego Gombra dość wyraźnie pokazuje, że człowiek nie zajedzie za daleko na samych negacjach. Ostatecznie zawsze trzeba znaleźć jakiś sens, choćby był to sens w pustce i poprzez pustkę, jak w przypadku wielkiej intuicji buddyzmu. Negacja ze swojej natury zakłada jakąś afirmację. Dlatego też uważam „Ferdydurke” za lekturę niezbędną – ale na poziomie metody raczej, niż wyników, drogi, ale nie celu. Tym jednak, co udało się w niej na pewno przedstawić bardzo przekonująco, jest fakt, iż kultura zachodu, w swojej obecnej formie, zwyczajnie nie ma zdolności znalezienia tego sensu. Do tego bowiem, potrzeba zgoła innych narzędzi, niż te, którymi dysponuje wysuszony na wiór, materialistyczny i stechnicyzowany rozum racjonalistów, a które odnaleźć można raczej w wielkich tradycjach religijnych i filozoficznych Azji, a także na gnostycznych i alchemicznych peryferiach Europy. W tym wypadku bowiem, nic się nie „wymyśli” – trzeba coś przeżyć. A niczego się nie przeżyje – no, w każdym razie niczego, co by mogło dać nam sens istnienia – jeśli człowiek nie otworzy ducha na wyższe światy w akcie medytacji. Główny nurt kultury europejskiej zawdzięcza swoją tożsamość dokładnie temu, że się na ten akt zamknął. Najwyraźniej jednak przyszedł czas, aby to zmienić. Zresztą, przyszedł, czy nie przyszedł – po prostu stoimy przed wyborem: albo „ezoteryka” – albo otchłań bezsensu i nihilistyczny upadek, którego nie powstrzyma ekstrawertyczna religijność minionych epok. Ja się w każdym razie opowiadam za opcją numer jeden.

Pokazanie tego faktu, a przecież już nie w sposób świadomy, ale mimo woli, czyli najbardziej z głębi siebie, stanowi, moim skromnym zdaniem, największe dokonanie Gombrowicza jako autora „Ferdydurke”, a być może i jako autora w ogóle. Powiedziawszy co, natychmiast przekonujemy się, iż – mocą jakiegoś przedziwnego paradoksu – człowiek ten miał głęboką rację, nawet kiedy się bardzo mylił. No, ale to przecież dość pospolita cecha genialnych pisarzy.

Maciej Sobiech

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura