Pogrążeni w dyskusji zstąpili na skraj wody, ignorując śpiącego Kamila i zastygłą w bezruchu Kasię. Być może sprawiała to leniwie płynąca rzeka i kompletny brak ruchu na Wisłostradzie, ale docierało do niej każde słowo, mimo że dialog prowadzony był w jakimś rzadkim języku (wiele lat później oglądając „Pasję” Mela Gibsona, zorientowała się, że był to aramejski.) Jednak jej podświadomość nie miała najwyraźniej żadnych kłopotów ze zrozumieniem. Niedobrana para dyskutowała zawzięcie o roli jednostki w historii:
– Oczywiście znam te wszystkie dyrdymały, że gdyby Kleopatra miała nieco brzydszy nos i gorszą figurę, inaczej potoczyłyby się losy Imperium Rzymskiego, ale nie podzielam ich – twierdził mężczyzna. – Jednostki w lepszym lub gorszym stopniu wpisują się w niezależne od nich procesy dziejowe...
– Wy, marksiści! – prychnęła pogardliwie jego rozmówczyni. – Nie stać was na nic lepszego niż wiarę w siły wytwórcze i środki produkcji, bez uwzględniania roli ludzkiego ducha.
– Protestuję przed nazywaniem mnie marksistą – obruszył się szpicbródka. – Jest to nowa, a już mocno sfatygowana teoria, podczas gdy za mną idzie, jakby nie było, doświadczenie tysiącleci. Jest oczywiste, że w połowie I wieku przed nowa erą...
– Przed Chrystusem! – poprawiła blondynka.
– Nie spierajmy się o terminologię! W każdym razie jest oczywiste, że w onym czasie nic nie mogło uratować ani Egiptu Ptolemeuszy, podobnie jak i Republiki Rzymskiej. Gdyby nie Cezar, założycielem imperium stałby się jakiś Pompejusz czy Antoniusz. Podobnie teraz. Przeżywamy iluzję, że oś się zmienia, podczas gdy tak naprawdę to już koniec historii..
– Raczej początek. Wielkie rozmrożenie dziejowej lodówki! Osobiście nazwałabym to preludium do Jesieni Ludów. Wczoraj władze Węgier otworzyły granice z Austrią i tłum Niemców, zamiast wracać z wakacji do swego DDR, gremialnie ruszył na Zachód. Wiesz, co to oznacza?
– Doskonale wiem. Co więcej orientuję się, co będzie dalej. Posypią się NRD, Czechy, przyjdzie kolej na Rumunię i Bułgarię, a nawet kochany Związunio zacznie się sypać... Ale czy to wiele zmieni?
– Wszystko!
– Zazdroszczę ci naiwnego optymizmu! Tutejsi ludzie pozostaną sobą. Zdemoralizowaną postsowiecką hołotą, która szybko znudzi się demokracją i zatęskni do dawnego pana.
– To już będzie zależało od przywódców.
– A jakich mają przywódców? Chłopokróla i salonowych inteligenciaków, którzy umierają ze strachu przed własnym narodem, że pewnego dnia rozliczy ich minione grzeszki i wytknie nie najlepsze pochodzenie etniczne. Ale gdyby nawet mieli innych... Powiem więcej, tu nie poradziłby sobie lider nawet o talentach Napoleona i Talleyranda w jednym.
– Polemizowałabym. Jeden właściwy człowiek we właściwym czasie mógłby zmienić bardzo wiele.
– Zaprawdę? To nie ja wymyśliłem bon mot: „Dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami nic!” Ten skądinąd sympatyczny narodek, z którym osobiście przyjaźnię się od czasów Twardowskiego, skazany jest na wieczną niemoc, na kordianizm, walenrodyzm, uwikłanie między apatią tumiwisizmu i euforią mesjanizmu, który po niewczasie przeradza się w kundlizm...
– Mój szanowny przeciwnik zdecydowanie nie docenia tego narodu.
– Zatem załóżmy się... Wiem, wiem, regulamin wam zabrania zakładów, ale tylko gdy w grę wchodzą wartości materialne. A mnie w tym wypadku wystarczy satysfakcja. Pozwolę ci dokonać cudu. Wstrzymam się na jakiś czas z kontrreakcją. I zobaczymy.
– O jakim cudzie mówisz?
– Daj im wodza na miarę wyzwań. Wskrześ Piłsudskiego lub Chrobrego. Spraw, że papież będzie miał bliźniaka. Nie będę przeszkadzał. Przynajmniej przez jakiś czas.
– Nie bardzo mi wolno...
– Bez przesady. Zresztą twój szef wie wszystko i widzi wszystko, i gdyby miał coś naprzeciwko, cud się nie zdarzy. Spróbuj. W końcu ten Naród uważa, że Pan Bóg jest Polakiem.
– A jaki ty masz w tym interes?
– Drobną satysfakcję, gdy eksperyment poniesie klapę. I trochę dobrej zabawy.
Na następny odcinek zapraszamy jutro o godzinie 18.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)